20. rocznica śmierci Karola Wojtyły. Z dzisiejszej perspektywy to wezwanie „Nie lękajcie się” może brzmieć jeszcze mocniej niż w 1978 roku. Dziś lęków mamy więcej – boimy się już nie tylko prześladowania politycznego, braku praworządności, utraty pracy, choroby, biedy, ale mamy też nowe źródła niepokoju: kryzys ekologiczny, media społecznościowe, polaryzacja polityczna. Ale na samym końcu najbardziej boimy się samych siebie – tego, co znajdziemy w chaosie naszych głów, rodzin, wspólnot – mówi prof. Michał Łuczewski w rozmowie z tvp.info o pontyfikacie Jana Pawła II. Jaki był pontyfikat Jana Pawła II? Co możemy w nim uznać za najważniejszą kwestię? Możemy z marszu wymienić kilka takich najważniejszych kwestii, ale nie uchwycą one istoty wyjątkowości Jana Pawła II. Mówimy: Obalił komunę, dowartościował rolę kobiety, bronił praw człowieka, dokonał ważnych gestów ekumenicznych, pielgrzymował po całej ziemi i odmienił jej oblicze, dał nam nowy Katechizm Kościoła Katolickiego, tysiące świętych i Solidarność… Ale… Ale najważniejszy w pontyfikacie Jana Pawła II był zawsze człowiek. W tych wszystkich wielkich gestach chodziło o człowieka: o konkretnego człowieka mierzącego się ze swoimi wyzwaniami, ale na samym końcu i na samym końcu o konkretnego człowieka: Karola Wojtyłę, polskiego inteligenta z Wadowic. Po co papież miałby zyskać cały świat, a stracić swoją duszę? My czasami myślimy, że papieże zostali stworzeni dla nas, że ich pielgrzymki są pielgrzymkami do nas, ale papieżowi musi chodzić w pierwszym rzędzie o zbawienie jego duszy i swoją własną pielgrzymkę do Boga. W pontyfikacie Jana Pawła II najważniejszy był więc Karol Wojtyła, w pontyfikacie Benedykta XVI – Joseph Ratzinger, w pontyfikacie Franciszka – Jorge Mario Bergoglio. Dobrze to rozumieliśmy, bo Karol Wojtyła to była dla nas osoba z krwi i kości, którą mogliśmy poznać czasami lepiej przez jego gesty, pisma, poezję niż swoich najbliższych. Jaki był początek tego pontyfikatu? Czy tym pierwszym ważnym punktem był głośno wyrażany przez niego antykomunizm? Walka z tym systemem, o której pan już wspomniał? Antykomunizm był bardzo ważny, ale nie sprowadzajmy Jana Pawła II do bycia jednym z super bohaterów zimnej wojny, obok Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, którzy pokonali imperium zła. Walka z komunizmem była tylko jedną z odsłon papieskiego pozytywnego projektu przemiany świata. Jan Paweł II głęboko rozumiał napięcia współczesności i wchodził w nie, by nadać im sens, kierunek i spójność. W jego ocenie komunizm reprezentował materialistyczne podejście do człowieka – redukujące go do roli istoty ekonomicznej, pozbawionej duszy. To był podstawowy „błąd antropologiczny” komunizmu, który doprowadził komunizm do upadku. To, o czym czasem nie pamiętaliśmy, to fakt, że Wojtyła był również krytykiem zachodniego materializmu, który opierał się i nadal opiera na tym samym błędzie. Pamiętamy pierwszą pielgrzymkę do Polski w 1979 roku, ale nie pamiętamy, że jeszcze w tym samym roku odwiedził USA, gdzie wbrew swoim znajomym wygłosił krytyczne uwagi o kapitalizmie. Oba systemy – komunizm i kapitalizm – sprowadzały człowieka do wymiaru czysto materialnego. Papież widział potrzebę przemiany duchowej, opartej na trosce o duszę i godność osoby ludzkiej. W jego wizji polska „Solidarność” była odpowiedzią na oba materializmy: komunistyczny i kapitalistyczny. Dla mnie to był „socjalizm z boską twarzą”, który unikał cieni obu systemów, a jednocześnie adresował prawdziwe pytania, na które oba systemy były odpowiedzią. Nasze życie nie ma być skolektywizowane, czego bali się wyznawcy wolnego rynku, patrząc na komunizm, ale nie ma być też zindywidualizowane, narcystyczne i niestabilne, czego obawiali się twórcy socjalizmu, patrząc na społeczeństwa zachodnie. Jan Paweł II był personalistą i chciał iść pomiędzy tymi skrajnościami. Właściwy system polityczny powinien chronić zarówno wspólnotę, jak i jednostkę. Czytaj też: Skradziono relikwię św. Jana Pawła II. Wyjątkową w tym krajuMożna powiedzieć, że to pojęcie „solidarności”, które komuniści również w pewien sposób wykorzystywali, przerobił w hasło bardziej powiedzmy subtelne, wartościowe? Dobrze, że do tego nawiązujemy. Samo pojęcie „solidarności” jest pojęciem, które wywodzi się z czasów rewolucji francuskiej, wprowadził je Pierre Leroux, który chciał zastąpić „solidarnością” chrześcijańską caritas, miłość. Pojęcie “miłości” wydawało mu się zbyt pasywne, pozbawione dynamiki rewolucyjnej, nieegalitarne, służyło według niego Kościołowi do zaciemniania stosunków władzy w społeczeństwie feudalnym. Ze względu na rewolucyjną proweniencję pojęcie “solidarności” było wykorzystywane następnie przez socjalistyczne ruchy lewicowe, z których czerpali komuniści. Starsi czytelnicy będą pamiętać, że w latach 70. używane było w kontekście solidarności z bratnimi narodami, np. w 1965 roku powołano Polski Komitet Solidarności z Narodami Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Mniej więcej w tym samym czasie Karol Wojtyła wykuwał własne pojęcie solidarności, które pojawiło się jako kluczowe w kontekście postaw autentycznych w „Osobie i czynie” (1969) oraz Soboru Watykańskiego II (“U podstaw odnowy”; 1972). Lewica chciała zastąpić katolicką miłość rewolucyjną solidarnością, a Wojtyła sprawiał, że rewolucyjna solidarność na powrót stawała się katolicką miłością. Kiedy przypomnimy sobie strajk w Stoczni Gdańskiej, to zobaczymy, że ikonami “Solidarności” nie był Marks, ale Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska i Jezus Miłosierny. Dzięki temu „Solidarność” nabierała naraz boskiej, a nie tylko ludzkiej, twarzy. To była miara sukcesu Karola Wojtyły. Pokazuje to strategię Wojtyły, która polegała nie na tym, żeby odrzucać solidarność, bo pochodziła z wrogiego słownika, ale na tym, żeby ją przejąć, podnieść, wysubtelnić i uszlachetnić. W kontekście Jana Pawła II pojawia się często stwierdzenie, że był jednym z nielicznych współczesnych myślicieli, którzy myśleli na wielką skalę, a nie tylko tu i teraz. Zgodzi się pan z tym? Pomyślmy w tym kontekście nie tylko o myślicielach, ale o nas samych. Każdy z nas musi przetrwać dzień – biegniemy, gonimy, próbujemy sprostać wymaganiom codzienności. W takim systemie, w jakim dziś żyjemy, łatwo podważyć naszą siłę i godność. Dziś często uzależniamy swoją wartość od prestiżu, zarobków, pozycji. A przecież to wszystko można łatwo utracić – przez chorobę, życiowe dramaty, spadki na giełdzie. Jak więc budować godność, której nikt nie będzie w stanie nam odebrać? Wojtyła miał na to odpowiedź. I on przecież musiał przetrwać – tak jak my - każdy dzień. Ale robił to w innym stylu! Wojtyle nie można było ani za komuny odebrać godności – ani nie odbierzemy mu jej teraz nawet teraz, kiedy po jego śmierci spada na niego krytyka. Wcześniej, za życia, Polacy go ubóstwiali – czasem ubóstwialiśmy siebie, że go tak ubóstwiamy, i ubóstwialiśmy jego, żeby siebie ubóstwić jeszcze bardziej, ale często nie rozumieliśmy, że zamiast Wojtyłę podziwiać lepiej go naśladować i szukać dla siebie źródeł siły tam, gdzie on je odnajdywał. Był głęboko zakorzeniony w swoim narodzie – i to miało znaczenie. Bycie Polakiem było dla niego ważne. Polskość była dla niego zarówno normalnością, jak i – by tak rzec – rzeczywistością metafizyczną, nadnaturalną, gdyż pozwalała mu prowadzić dialog z nieżyjącymi, ale dla niego wciąż żywymi wielkimi duchami polskiej kultury, historii i polityki, z „królami-duchami” polskiego narodu, jak sam mówił, cytując Juliusza Słowackiego. Potrafił rozmawiać z poetami, świętymi, myślicielami, hetmanami, królami. Drugim ważnym wymiarem jego tożsamości była Słowiańszczyzna. Reprezentował tę część świata zniewoloną przez komunizm i nigdy się jej nie wypierał. Słowiańszczyzna dopiero dzięki niemu mogła przemówić wreszcie własnym głosem, bez tłumaczy z Zachodu. Wojtyła, wsparty przez prorocze orędzie z Fatimy (1917), wierzył, że uda się Rosję nawrócić. Proszę pomyśleć, kto dziś ma takie poczucie misji? A trzecie źródło godności Wojtyły to Kościół. Wojtyła więc to nie tylko polski inteligent, ale głowa Kościoła, który postrzegał swoją misję w perspektywie globalnej. Kto z nas myśli w perspektywie tysięcy lat? Najpierw obok prymasa Wyszyńskiego upamiętnił tysiąclecie polskiego chrztu, a po wyborze na papieża prymas Wyszyński powiedział mu: „Wprowadzisz Kościół w nowe tysiąclecie”. Wojtyła postrzegał siebie jako tego, który idzie śladami Abrahama, Mojżesza – jako przewodnika na granicy epok. Za Wojtyłą stał zatem Kościół, Słowiańszczyzna i polski naród. Kto stoi za nami? Za naszymi rządzącymi politykami? Ja widzę tam pustkę. Stąd bierze się polaryzacja, gdyż własną wartość budujemy na resentymencie, kosztem drugiej partii, a nie budując własne godności. Czytaj też: Świat wstrzymał oddech, czyli zamach na papieża Jana Pawła IIWojtyła pokazywał, jak ważne jest zarówno spojrzenie globalne, jak i lokalne. Zdecydowanie tak. Widać to choćby w Tryptyku rzymskim, gdzie z jednej strony mamy dziejową, kosmiczną perspektywę – sięgającą Księgi Rodzaju, Słowa, które było na początku, czasów patriarchów, z drugiej zaś uniwersalną, w kontemplacji nad Kaplicą Sykstyńską. Aby przedstawić stworzenie człowieka, Michał Anioł pomalował dach nad głową papieży, tworząc największe arcydzieło sztuki. A jednak obok tego szerokiego spojrzenia, pojawia się także głęboko ludzki, lokalny wymiar – pełen czułości i zakorzenienia. Tryptyk rozpoczyna się od słów: „Zatoka lasu zstępuje w rytmie górskich potoków” – to odniesienie do przełomu Wisłoka, miejsca dobrze mu znanego, gdzie spędzał czas z Wandą Półtawską na “beskidzkich rekolekcjach”. Poezja Wojtyły jest esencją jego osoby. W Tryptyku, jak i w całym jego pontyfikacie, spotykają się historia ludzkiej kultury, najpiękniejsze dzieła ludzkich rąk, i zarazem tęsknota za naturą – polską przyrodą, której bardzo mu brakowało. Dlatego poświęcił jej ostatni swój poemat. Powiedział pan w jednym z wywiadów, że Jan Paweł II był „pomocnikiem, przyjacielem ekonomii”. Co to właściwie oznacza? Przecież nie był zwolennikiem kapitalizmu. On był przede wszystkim współpracownikiem Prawdy i przyjacielem „naszego Boga”, który był jego Przyjacielem. Najważniejsza dla niego była tzw. ekonomia Boża. Nie chodziło o system gospodarczy, ale o tajemnicę wcielenia – przygodę Boga i człowieka. Dlaczego Bóg wszedł w ludzkie dzieje? Z tej właśnie perspektywy papież patrzył na świat: jako wysłannik Boga, prorok, kapłan i król – bo każdy chrześcijanin, jak często podkreślał, ma potrójną godność. Przychodził jako reprezentant innego, „niebieskiego” świata i oglądał ten nasz ziemski – bez złudzeń. Tak jak chciał dać boską twarz socjalizmowi, tak też chciał nadać ją kapitalizmowi. Dziś może wydawać się to nawet bardziej karkołomne, bo komunizm upadł, a kapitalizm trwa i będzie trwał do końca świata i jeden dzień dłużej. Wojtyła wspierał wolną przedsiębiorczość i krytykował wypaczenia kapitalizmu – dehumanizację, podporządkowanie człowieka zyskowi, podporządkowanie pracy kapitałowi. Jednocześnie dostrzegał wartość wolności i twórczości – ekonomia powinna być wyrazem ludzkiego ducha, nie jego zniewoleniem. My realizując swoje cele, powinniśmy zaczynać od siebie, nie traktować siebie jako środki do celów, ale jako cele. Bardzo łatwo potrafimy dostosowywać nasze wartości do naszych interesów, ale Wojtyła cały czas pytał, czy nasze interesy są na naszą miarę. Jak rozumieć jego słynne słowa: „Nie lękajcie się”? Z dzisiejszej perspektywy to wezwanie może brzmieć jeszcze mocniej niż w 1978 roku. Dziś lęków mamy więcej – boimy się już nie tylko prześladowania politycznego, braku praworządności, utraty pracy, choroby, biedy, ale mamy też nowe źródła niepokoju: kryzys ekologiczny, media społecznościowe, polaryzacja polityczna. Ale na samym końcu najbardziej boimy się samych siebie – tego, co znajdziemy w chaosie naszych głów, rodzin, wspólnot. Dziś wszystko się rozpada i tracimy punkty orientacyjne. Kiedyś było wiadomo, że komunizm jest zły, a Solidarność dobra, dziś nie boimy się dyktatorów, ale naszych miłych znajomych z Facebooka, którzy w każdej chwili mogą się od nas odwrócić i skancelować, boimy się ukrytego, „uprzejmego prześladowania”, jak papież Franciszek określił charakterystyczne dla nas zjawisko uśmiechniętego wykluczania chrześcijan, nie boimy się walczących autokratów, ale raczej demokratów z maczetą, ludzi, którzy głoszą wolnościowe idee, żeby wolność ograniczyć. Coraz częściej nam odpowiedzieć na pytanie, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Choć przywołane przez Panią słowa stały się symbolem całego pontyfikatu, to wezwanie Boga, abyśmy się nie lękali, jest swoistym refrenem Biblii zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu. To wezwanie oznacza, że nie jesteśmy i nie musimy być naszym lękiem. Mamy duszę, mamy to „więcej”, którego lęk nie może zniszczyć. Jeśli przestaniemy się utożsamiać z naszym strachem, możemy poczuć się wolni – i wtedy możliwe jest zrobienie kroku w stronę, której wcześniej się baliśmy. Bo wiele naszych wyborów – karier, relacji – opartych jest właśnie na lęku. Co ważne, nie robimy jednak tego kroku sami, lecz prowadzi nas Bóg. To, dlatego Jan Paweł II mówił: „Nie lękajcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie lękajcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!”.Czytaj też: Benedykt XVI. Papież-myśliciel, którego spuścizna jest wciąż żywa Często mówi się, że Jan Paweł II był człowiekiem „integralnym”. Co to właściwie znaczy? To jedno z jego ukochanych słów. Za papieżem Pawłem VI pisał o rozwoju integralnym, to jest pełnym rozwoju człowieka i każdego człowieka. A jednocześnie integralność człowieka to rzeczywistość, że nikt i nic nie może odebrać nam godności. Kiedy patrzymy na Karola Wojtyłę, widzimy człowieka integralnego: kogoś, kto rozwinął całe swoje człowieczeństwo, kto sprawiał, że my staliśmy się bardziej ludzcy i że nigdy nie stracił swojej duszy. Takich ludzi nazywamy świętymi. Jakie było podejście Jana Pawła II do demokracji? Myślę, że Wojtyła był ostatnim przedstawicielem demokracji szlacheckiej! W takiej demokracji król jest tylko primus interes pares. Wojtyła demokratyzował arystokratyczny “republikanizm z Ducha” Słowackiego, jego mesjanizm nie ograniczał się do wybitnych jednostek, ale był mesjanizmem dla mas. Każdy z nas mógł bowiem naśladować Mesjasza i odkrywać w sobie mesjańską godność Syna Bożego. Msza prymicyjna Wojtyły odbyła się w kaplicy św. Leonarda na Wawelu wśród wspomnianych „królów-duchów”. Są tam pochowani Tadeusz Kościuszko, ks. Józef Poniatowski i Jan III Sobieski. Na tym polegał egalitaryzm Wojtyły – w Polsce każdy może stać się królom równy i spocząć koło nich, jak jego mistrzowie, Juliusz Słowacki czy Adam Mickiewicz. Czy Jan Paweł II zmienił postrzeganie komunizmu nie tylko w Watykanie, ale na całym Zachodzie? Trzeba sobie zadać pytanie, jakie wówczas było postrzeganie komunizmu? Kościół miał tendencję, tak jak dzisiaj z papieżem Franciszkiem, do uprawiania Realpolitik. Wojtyła z tym zerwał. Wbrew nierealistycznym realpolitykierom zmienił postrzeganie komunizmu na bardziej realistyczne, ale jednocześnie pokazał, że do tego systemu nie należy ostatnie słowo. Postrzegał go jako system zła, w którym obecne jest misterium nieprawości, ale ostatnie słowo należało do Solidarności! Wojtyła jako papież nie grał w grę tego świata z mocarzami, lecz rzucał im wyzwanie. I nie chodziło tylko o Breżniewa czy Gorbaczowa. Ale też znacznie później – np. o George W. Busha. Gdy wszyscy popierali wojnę w Iraku, Jan Paweł II był przeciw. I to on miał rację. Czy można powiedzieć, że Jan Paweł II nie dawał się wtłoczyć w żadne schematy? Wojtyła był pontifexem, tj. budowniczym pomostów między sprzecznościami. Dlatego tak trudno go zaszufladkować. Dla jednych był za bardzo postępowy, dla innych – zbyt tradycyjny. Dla liberałów zbyt moralny, dla konserwatystów zbyt otwarty. Papież łączył Wschód z Zachodem, duszę z ciałem, kobietę z mężczyzną, wiarę z rozumem, pamięć z tożsamością, dar z tajemnicą, osobę z czynem. To nie była tylko intelektualna synteza – to była duchowa droga. A jednak samo integrowanie tych niezwykle życiodajnych sprzeczności jest trudne. Czasem wręcz niemożliwe. Wojtyła wiedział, że pełna integracja nie jest możliwa tu, a ze wszystkich schematów uda nam się wyswobodzić dopiero w niebie. W jednym z wywiadów powiedział pan tak: „Kiedy Jan Paweł II z kimś się spotykał, to ten człowiek miał wrażenie, że on mu patrzy w duszę. A my, spotykając się z kimś, z góry wiemy, co powie druga strona i nawet nie słuchamy”. To takie bardzo o nas? Robert Korzeniowski, nasz najbardziej utytułowany chodziarz, dał w prezencie papieżowi swojego… buta, w którym poszedł po olimpijskie złoto. Patrząc na ten dar, Jan Paweł II mógł widzieć przepocone obuwie lub sportowca, który nie ma miary, ale – jestem przekonany – rozumiał, że w tym bucie jest całe serce sportowca, że to najcenniejsza rzecz, jaką może dać. Wojtyła umiał patrzeć ponad powierzchnią w serce. Polacy przychodzili do Wojtyły ze swoimi „butami”, ale on widział nasze serce. A serce jest metaforą duszy, jest ikoną wiary, nadziei i miłości, tzn. wskazuje nie na siebie, ale na Boga. Stanisław Grygiel, powtarzał, że Wojtyła klękał przed każdym człowiekiem. Kto z nas dzisiaj klęka przed kimś? Raczej chcielibyśmy, żeby to przed nami klękano albo sami byśmy przed sobą uklęknęli. A dlaczego Wojtyła klękał? Bo wiedział, że w naszym sercu, w naszej duszy jest tabernakulum, w którym kryje się Bóg. ***Michał Łuczewski: prof. UW, socjolog, psycholog, metodolog, wiceprezes Fundacji Polska Wielki Projekt, wieloletni dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II.