Ukraina poniosła porażkę? Kilka dni temu Rosjanie ostrzelali rakietami Sumy. Trafili m.in. w szkołę, w której trwały zajęcia. Na szczęście lekcje rutynowo odbywały się w schronie. Nikt zatem nie zginął, skończyło się „tylko” na konieczności uwolnienia uczniów spod gruzów. Pociski upadły też na inne cywilne obiekty, łącznie poszkodowanych zostało prawie 80 osób, w tym trzynastu najmłodszych mieszkańców miasta. Leżące nieopodal rosyjskiej granicy Sumy są przez Rosjan atakowane regularnie. Ostrzały nasiliły się w ostatnich dniach, po tym, jak armia ukraińska opuściła większość okupowanych obszarów obwodu kurskiego.Koncept „kordonu sanitarnego”Dziś Ukraińcy trzymają jeszcze skrawki ziemi po rosyjskiej stronie, ale generalnie linia kontaktu wojsk przesunęła się bliżej Sumów. Mniejszy dystans ułatwia Rosjanom prowadzenie ognia, w mieście mówi się, że to przygrywka do czegoś większego. Rosyjscy decydenci z Władimirem Putinem na czele nie kryją, że chcieliby „kordonu sanitarnego” wzdłuż swojej granicy – stworzonego rzecz jasna kosztem terytorium Ukrainy. W tym ujęciu cały obwód sumski staje się oczywistym celem ataku.Czy do niego dojdzie? Moim zdaniem, armia rosyjska nie jest obecnie zdolna do przeprowadzenia większych operacji zaczepnych. Co nie zmienia faktu, że terroryzować Sumy – ogniem dalekonośnej artylerii rakietowej oraz dronami – jak najbardziej może. Czasy względnego spokoju – jakie mieszkańcom miasta dało wyrąbane przez armię ukraińską kurskie wybrzuszenie – minęły. Co podkreślam, bo Ukraińcy najechali Rosję także w ramach działań wyprzedzających. Koncept „kordonu sanitarnego” nie jest nowy – Rosjanie mówią o konieczności jego budowy od dawna. Właśnie dlatego wiosną 2024 roku weszli ponownie na obszar Charkowszczyzny, ten sam manewr planowali powtórzyć na Sumszczyźnie. Ukraińcy ich ubiegli i zbudowali własny bufor.Czytaj też: Amerykańscy żołnierze zaginęli na Litwie. Prawdopodobnie nie żyjąObecnie sytuacja wróciła do stanu z lata 2024 roku. Zasadniczo obie armie stoją u siebie, jednak to ukraińska strona – mocniej zurbanizowana i liczniej zamieszkała – jest bardziej narażona. Z tej perspektywy patrząc, operacja kurska ZSU okazała się jedynie chwilowym sukcesem, finalnie zaś przyniosła niepowodzenie.Samoograniczający się charakter ofensywyLogika wojskowa to jedno, ale za decyzją o wyprawie na Kursk stała też kalkulacja polityczna. „Nie potrzebujemy tej ziemi. Nie chcemy tam wprowadzać naszego stylu życia”, zapewniał Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC. Te słowa padły w połowie sierpnia 2024 roku, kilka dni po rozpoczęciu ukraińskiej ofensywy. Z dalszej części wypowiedzi prezydenta Ukrainy wprost wynikało, że Kijów planuje utrzymać okupowane obszary bezterminowo – miały być kartą przetargową w przyszłych negocjacjach z Moskwą.Optymistycznie rzecz ujmując, pod koniec marca 2025 roku jesteśmy u progu rozmów pokojowych, a kwestia kurska już spadła z agendy. Ukraińcy „nie dowieźli” zdobyczy do momentu, w którym stałyby się one przedmiotem negocjacji. Nie będzie więc wymiany „ziemia za ziemię”, na którą liczono w Kijowie, co należy uznać za ukraińską porażkę.Warto zastanowić się, dlaczego do niej doszło.Szukając odpowiedzi, musimy zwrócić uwagę na samoograniczający się charakter ukraińskiej kontrofensywy. Ujmując rzecz obrazowo: pyton może połknąć świnię, ale słonia już nie. Ukraińcy mogliby wyszarpać większe zdobycze, lecz najpewniej nie byliby w stanie ich „strawić” (lub wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami). Gdy piszę o „trawieniu”, mam na myśli całe spektrum działań: od skutecznej kontroli zajętego terytorium, w tym przestrzeni powietrznej, po zapewnienie sobie (ale i miejscowej ludności) wydolnej logistyki i zaopatrzenia.Czytaj też: Rosyjska dziennikarka zginęła od miny. Wcześniej śmiała się z UkraińcówZadeptali boisko mrowiem stópPrzez pierwsze tygodnie po rozpoczęciu ofensywy kurskiej wszystkie te aktywności i wymogi były realizowane: wojsko ukraińskie w Rosji trzymało pozycje, bez problemów rotowało oddziały, ewakuowało rannych i uszkodzony sprzęt. Obok dostaw jedzenia, paliw i amunicji na miejsce docierały konwoje humanitarne, które zaspakajały potrzeby cywilów.By iść dalej, Ukraińcy potrzebowaliby większych sił. Tak naprawdę operacja kurska jednorazowo angażowała nie więcej niż 15 tys. ludzi. Problem w tym, że liczniejszego kontyngentu dowództwo ZSU delegować nie mogło – uniemożliwiała to skala wyzwań związanych z operacją obronną na rdzennie ukraińskim terytorium. I tak błędne koło się domykało. Pod kontrolą Ukraińców znalazło się nieco ponad 1000 km kw. terenu – to tyle, ile wynosi powierzchnia przeciętnego powiatu w Polsce. Do odbicia tego terenu Rosjanie zmobilizowali nieproporcjonalnie duży potencjał – w chwili największego zaangażowania liczącą ponad 60 tys. ludzi armię. Znów obrazowo rzecz ujmując, zadeptali niewielkie boisko mrowiem swoich stóp. Miejsca dla innych nie starczyło…Zabrakło „mięsnej pulpy”Ale właśnie – owo mrowie, ta skala rosyjskiej mobilizacji – każą powstrzymać się od jednoznacznie negatywnej oceny operacji kurskiej.Spójrzmy najpierw nieco szerzej. Siły zbrojne Rosji nie odniosły w 2024 roku strategicznego zwycięstwa w Ukrainie. Prowadzona od października 2023 roku ofensywa nie doprowadziła do załamania się frontu, Rosjanie zdobyli kilka miasteczek i kilkadziesiąt wiosek, punktowo (w Donbasie) przesunęli się o 30 km (za cenę 430 tys. zabitych i rannych…). W tym samym czasie Ukraińcy przenieśli działania zbrojne na obszar Rosji właściwej. Łącznie w operację kurską zaangażowanych było 100 tys. wojskowych z Rosji i Korei Północnej, co stanowi ekwiwalent połowy sił przeznaczonych do inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Połowa z nich została zabita lub ranna.Czytaj też: Rozejm za zniesienie sankcji. „Byłby to okropny błąd”Krytycy operacji kurskiej podkreślają, że nie spowodowała ona znaczącego odpływu rosyjskich wojsk z innych odcinków frontu – na co zapewne liczono w ukraińskim dowództwie. Istotnie, mieliśmy do czynienia z niewielką rotacją, która objęła głównie jednostki odwodowe. Elitarnych formacji zrotowano niewiele, po prawdzie, nigdy nie stanowiły one istoty zgrupowania kurskiego.Ale nie zapominajmy, z jakich wzorców czerpie współczesna armia rosyjska. Punktem odniesienia są dla niej sowieckie siły zbrojne, które nigdy nie słynęły z kunsztu, a cele osiągały masą. W ataku sprowadzało się to do uporczywego zmiękczania przeciwnika co rusz następującymi szturmami. „Mięsnymi”, jak zwykło się o nich mówić. Dopiero po takim przygotowaniu do akcji wchodziły lepsze, gwardyjskie jednostki – i idąc po stosach własnych trupów, przełamywały pozycje wyczerpanego wroga.Kilkadziesiąt lat później nic się nie zmieniło – armia rosyjska nadal stosuje synergię masy i brutalności. Dwie trzecie jej stanu to jednostki „na przemiał”, bez przyzwoitego wyszkolenia, zgrania, a często i podstawowego wyposażenia. Obiektywnie patrząc, niegotowe do walki, ale dowodzone przez ludzi gotowych je pod ogień wysłać. Ta „mięsna pulpa” to nieodzowny element rosyjskich działań ofensywnych. To ona rusza pierwsza, to jej rotacje, nie zaś elitarnych spadochroniarzy, znamionują rosyjskie przygotowania. To tej „pulpy” zabrakło pod Pokrowskiem, Toreckiem, Czasiw Jarem i w innych miejscach dotąd niezdobytych przez Rosjan…Oto wymierny, pozytywny skutek kurskiej wyprawy.