Pół wieku od płytowego debiutu. Jest jedną z najpopularniejszych, a przy okazji najbardziej cenionych wokalistek w Polsce. „Psalm stojących w kolejce”, „Małe tęsknoty” czy „Jesteś lekiem na całe zło” – to piosenki, które świetnie znają fani muzyki, niezależnie od pokolenia. Mogłaby osiąść na laurach, ale Krystyna Prońko… nie ma na to czasu. Artystka cały czas sporo pracuje, na co zresztą wcale nie narzeka. Wyjątkowo cieszy to słuchaczy, którzy raczej nie pozwolą gwieździe szybko przejść na emeryturę. Jak to jest być żywą legendą polskiej muzyki? (śmiech) Ja się nie czuję legendą. Nie czuje się pani legendą? Może za 20 lat bym się czuła, ale wtedy już mnie nie będzie. Tego akurat pani nie wie. Przeczuwam. Proszę pani, wie pani, ile ja mam lat (śmiech)? Wiem.Nie będzie mnie za 20 lat. Nie ma cudów, nie dożyję. Przy tym trybie życia, chociaż staram się rozsądnie gospodarować swoim czasem i swoim życiem, przy tym trybie pracy i stresie, który temu towarzyszy, to nie ma szans. Chociaż jestem, że tak powiem, dość zaawansowana w tym, że mogłoby się udać. W każdym razie na razie wszystko jest okej. Nie rozmyślam nad tym i nie robię z tego żadnych wyrzutów ani problemu komukolwiek, sobie też nie. Ale słyszę, że żyje pani zdrowo? Tyle, o ile. Na przykład lubię sobie pospać, a nie zawsze mogę. Nie wiem, czy to jest zdrowe, czy to nie jest zdrowe (śmiech). Ale staram się trzymać kondycję, żeby móc też pracować, bo przecież ta praca, którą wykonuję, to jest ciężka praca fizyczna. Publiczność nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo to zajęcie jest wyczerpujące fizycznie. Naprawdę to jest duży wysiłek intelektualny, a zarazem fizyczny, porównywany do ciężkiej fizycznej pracy. Natomiast bez tej fizyczności, która temu towarzyszy, nie da się tego robić, więc trzeba dbać o kondycję.Ludziom często wydaje się, że artysta, tym bardziej taki, który nie ma jakiejś wymyślnej choreografii i nie biega po scenie przez pół wieczoru, po prostu przyjdzie, trochę sobie pośpiewa i wyjdzie. Proszę w takim razie powiedzieć, co się za tym naprawdę kryje. Bo właśnie nikt nie mówi o tym, co za tym stoi, nikt o to nie pyta. Ale przecież nie o to chodzi, żeby opowiadać, co jest przed, tylko o to, żeby zobaczyć efekt. Ja za dużo też o tym nie powiem, natomiast ten efekt poprzedzają czasami nawet wielomiesięczne przygotowania do niektórych sytuacji, choćby takie, żeby zebrać właściwy repertuar do zaśpiewania i próby. Na dodatek, ja często tego akurat nie robię, ale czasem trzeba jeszcze trafić w gusta publiczności, albo dopasować repertuar do okoliczności, czyli nauczyć się czegoś od początku do końca i taka sytuacja, w mojej głowie, powoduje olbrzymi stres. Kiedyś, bardzo dawno temu – tutaj pani przyniosłam singiel z tym tytułem – nagrałam taką piosenkę „Trafić w czas”. I to jest właśnie taka sytuacja. Czyli idealnie?Trudno to ocenić jednoznacznie. To były lata 70., tutaj chyba nawet jest data, kiedy ta piosenka dokładnie powstała.Nagranie oryginalne: 1977 r. No to ja zaczęłam parę lat wcześniej, w 1970 r. Ale to bardzo ładny numer, powiedziałabym nośny. Śpiewam tę piosenkę do dzisiaj. Kiedy ktoś chce, żebym to śpiewała oczywiście. To na specjalne życzenie publiczności? Nie, mam przygotowanych parę programów. One się różnią w zależności od tego, czy gram z zespołem, czy w trio, czy może z big-bandem, a może jeszcze z orkiestrą symfoniczną. Po prostu mam popisane partytury, więc to jest powtarzalne, jeśli chodzi o big-band i orkiestrę symfoniczną, ale już w przypadku zespołu i tria, to jesteśmy wolnymi ptakami. Co nam przyjdzie do głowy, to szybko robimy. Koncerty różnią się repertuarem, ale to „Trafić w czas” jest w repertuarze koncertu z big-bandem i dość łatwo da się to umieścić w repertuarze koncertu z zespołem. Akurat teraz mam koncerty z zespołem, więc przypomnę sobie. Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Tak. Tak? To mnie pani zaskoczyła! Jakby mnie pani zapytała pięć lat temu, to bym powiedziała, że nie. Teraz już sobie wyobrażam (śmiech). Ja się z tym pogodzę, bo nie ma co szaleć, ale będzie mi trudno. Ponieważ jest to również aktywność fizyczna, to będzie mi ciężko, bo kondycja zacznie „siadać” i parę innych rzeczy również, więc nie będzie ciekawie. Póki co jest pani w doskonałej formie, pewnie wielu młodszych artystów mogłoby pani pozazdrościć. Może doskonałej nie, ale faktycznie wokalnie nie mam problemu, tylko że ja dbam o to, żeby ta kondycja istniała. I to nie tylko tak, że czegoś nie jem. Od czasu do czasu sobie przypominam, że są jakieś ćwiczenia. Teraz też zawsze rozśpiewuję się przed występem. Ponadto przed koncertem najważniejszą dla mnie rzeczą, jeśli chodzi o śpiewanie, jest wypoczynek. Odpoczywam, bardzo lubię spać. Lubię się zdrzemnąć jakieś 3-4 godziny przed koncertem. To nie jest oczywiście drzemka, która trwa 3 godziny, bo to już byłby sen, tylko taka faktyczna drzemka, 15-20 minut maksymalnie, żeby się rozluźnić. Jeśli kondycji nie będzie, to śpiewania też nie będzie. CZYTAJ TEŻ: Zdobywca Oscara wraca po kilkuletniej przerwie. „Aktorstwo to wakacje”Wspomniała pani o początkach swojej kariery. Dała się pani poznać światu podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu, w 1969 r., to właśnie tam została pani zauważona. Tak, ale nie jako wokalistka. I to jest w tej historii najlepsze: została pani wyróżniona za grę na organach. Mimo to została pani ostatecznie sławną wokalistką, a nie znaną pianistką. Zawsze pierwsze było dla mnie śpiewanie. Natomiast z tą karierą pianistyczną było tak, że ja miałam ogromną łatwość przyswajania materiału i zdolności manualne. Naprawdę! Nie trzęsłam się, ale robiłam się blada (śmiech). Widać było, że jestem w dużym stresie. Potem to się bardzo mocno ujawniło na studiach, gdzie jako obowiązkowy instrument miałam fortepian. Na egzaminach strasznie stresowała mnie obecność komisji, w której zasiadały sławy pianistyczne tego kraju. Studiowałam w Katowicach, wtedy jeszcze była to Wyższa Szkoła Muzyczna, która w tej chwili jest Akademią Muzyczną. Jeśli w komisji zasiadał nauczyciel Krzysztofa Zimermana, albo jeszcze jakiś inny bardzo ważny artysta, bo wszystkich nazwisk nie pamiętam, to mnie zaczynały się trząść ręce, nie trafiałam po prostu w dźwięki. To było straszne, przerażające. Pamiętam, że ktoś z komisji powiedział mi: „To niech pani postawi nuty”. Zrobiłam to i dalej nie trafiałam. Natomiast przy śpiewaniu nie mam nic, potrafię się tak skoncentrować, że nic mi nie przeszkadza. Głos to jest po prostu mój instrument. Fortepian nie. Owszem, jest bardzo pomocny i radzę sobie z nim do tej pory. Nie mam problemu z czytaniem nut, chociaż robię to bardzo wolno, bo nie praktykuję, ale to nie jest mój instrument. Widać zawsze gdzieś było to śpiewanie, które wygrało. Chyba sprawia mi to więcej radości, dlatego tak jest. Dzwoni telefon.Przepraszam bardzo! Muszę to odebrać, bo praca mnie gania znowu. Bardzo się cieszę, że mnie gania (śmiech). Okazuje się, że panią Krystynę czeka bardzo wczesna pobudka. Zmora: ranne wstawanie. Zmora. No, ale to wynika właśnie z tego przestawienia się, to są konsekwencje pracy, którą wykonuję. Koncerty są zazwyczaj wieczorem. Kiedy już zejdę ze sceny i próbuje się zrelaksować, adrenalina nie daje mi spać. Organizm zasypia wtedy, kiedy chce, a nie wtedy, kiedy ja bym chciała. Efekt jest taki, że zasypia się między drugą a trzecią w nocy, kiedy już powinna przypadać kolejna faza snu. Jeśli do tego mam wstać wcześnie, to nie zrelaksuję się w ciągu tego czasu. Ale to nie jest tylko mój problem.Wczoraj na przykład miałam taką rozmowę z koleżanką, która brała udział w show tanecznym. Treningi są tam bardzo intensywne, codziennie, po południu. Ci ludzie, tacy pobudzeni po ćwiczeniach, wracają do domu, załóżmy o godz. 21:00. Efekt jest wtedy taki, jakby mieli jakąś aktywność zawodową, która nie daje im później spokojnie zasnąć. Zmęczenie to za mało. Opowiadała mi, że zasypiała około drugiej, trzeciej w nocy, a około dziewiątej czy dziesiątej już musiała wsiąść w auto, żeby pojechać z powrotem do tego studia. Ta dziewczyna była ciągle niewyspana, jeszcze przy takiej ciężkiej pracy fizycznej, jaką jest taniec.Jest w Polsce parę przypadków wokalistów i wokalistek, którzy najpierw śpiewali w chórkach u innych artystów, a potem rozwinęli własne kariery. Właściwie wszyscy oni przyznają, że to było świetne doświadczenie, bo mogli podpatrywać, jak działa ta branża, za to sami właściwie niczym nie ryzykowali. Dokładnie tak było ze mną, ale ryzyko, że się nie uda, jest zawsze – i w moim przypadku było. Ten pierwszy kontakt z manufakturą polskiego szołbiznesu, tak to nazwijmy, miał miejsce w 1970 r. Od razu wpadłam pod skrzydła ludzi, którzy tak samo jak ja startowali, ale okazało się, że są życzliwi i wszystko bardzo ładnie zadziałało. Z zespołem Respekt (pod kierownictwem Antoniego Kopffa – przyp.) wystąpiliśmy jako support w trasie koncertowej Czesława Niemena. Nie wiem, jak to się stało, że nas zaproszono, ale wylądowaliśmy tam. Przy okazji nagrałam swoją piosenkę, moją kompozycję, „Cały maj”, która w maju 1970 r. miała pierwsze miejsce na liście radiowej „Trójki”. To była jakaś manipulacja prawdopodobnie, bo debiutantom takie rzeczy się nie zdarzają (śmiech). Tylko że ktoś tam coś planował, zauważył nasz zespół, mnie i ten chórek, w ogóle całą tę sytuację – i złożył to w jeden koncert. Ten koncert przez cały maj wędrował po Polsce i graliśmy w dużych halach. W ówczesnych dużych halach, bo zbyt wielu ich nie było. To tak naprawdę były hale sportowe, z tragiczną akustyką, bo wtedy nie było takich możliwości, żeby o dźwięk zadbać naprawdę dobrze. Czasem było lepiej, czasem gorzej, ale wszyscy się bardzo starali. Graliśmy te koncerty, daliśmy chyba 30 takich występów. Było parę miejsc, gdzie graliśmy po dwa razy. Później Czesław zaprosił nas (chórek w składzie: Zofia Borca, Ela Linkowska, Krystyna Prońko) do Opola, bo miał tam recital. Jeszcze był występ z Czesławem na Jazz Jamboree i na koniec tego 1970 r. zaprosił nasz chórek do nagrania albumu winylowego składającego się z dwóch płyt. Byłyśmy w trzech piosenkach, w niektórych utworach tej płyty były nagrane również Alibabki. CZYTAJ TEŻ: „Wielki rekord artysty”. Ponad 6 milionów złotych za obrazWłaściwie na tym się kończy ta współpraca, bo zespół się później rozpadł, został chórek. A potem zaczęły się propozycje dotyczące wyjazdów zagranicznych. Dołączono nas do Skaldów, pojechałyśmy w trzymiesięczną trasę po ówczesnym Związku Radzieckim. Pamiętam, że całość reżyserował Jerzy Michotek, który znakomicie mówił po rosyjsku. Jak chciał coś załatwić, a okazywało się to niemożliwe, to zaczynał w tym Związku Radzieckim wrzeszczeć i wtedy się wszystko znajdowało. Taką miał metodę.Potem była trasa z Czerwonym Gitarami, znowu podobna sytuacja, tylko inni wykonawcy. W każdym razie miałam dwa takie wyjazdy do Związku Radzieckiego, one były długie, bo trzymiesięczne. Na jednej z tras, chyba tej drugiej, był jakiś problem z pianistą i dojechał do nas Janusz Koman. Poznaliśmy się w Baku, bo on dojechał właśnie do Baku, a później został na resztę trasy. Po jakimś czasie, już jako para, myśleliśmy o wspólnym zespole i zaczęliśmy snuć jakieś plany. Wtedy właściwie skończyły się chórki. I od tej pory w moim repertuarze chórek jest naprawdę ewenementem, bardzo rzadko mi się zdarza, chyba że sama ten chórek zaśpiewam.Ale to, co pani powiedziała, że praca w chórku daje możliwość obserwacji, to prawda. W każdym razie to tak jest, że podgląda się, patrzy, słucha. Ja jeszcze miałam ten fart, że wpadłam między bardzo wysoko wówczas cenionych artystów. Mogłam z tego czerpać, jeśli mi się tylko chciało, a chciało mi się, pełnymi garściami. I to jest nauka, której w żadnej szkole bym nie miała, bo na studia zdawałam dopiero po dwóch czy trzech latach swojej pracy na scenie. Swoją drogą te studia też są dosyć zaskakującym faktem w pani biografii. Tak, wszyscy się dziwili: po co mi te studia? Zwłaszcza w takim momencie, kiedy pani była już na scenie, miała spore doświadczenie. Skąd więc taki pomysł? Ja po prostu nie czułam się pewnie, a po studiach zaczęłam się czuć pewnie, bo nauczyłam się paru rzeczy takich czysto zawodowych, technicznych, niezbędnych do śpiewania, które procentują do dziś. Mówi się, że śpiewać każdy może. Nie, nie każdy. I śpiewanie na poziomie mówienia to jest „mina”, ale każdy początkujący ma swoje jakieś wyobrażenia czy marzenia, za którymi idzie. To ja miałam takie, żeby skończyć studia. Uważa pani, że każdy wokalista powinien skończyć studia i zdobyć takie podstawy techniki? Adept powinien mieć własne zdanie na ten temat. Ja mówię wyłącznie o sobie. Z jednej strony te studia dały mi możliwość przebywania i kontaktu z muzykami, którzy po latach zaistnieli muzycznie na świecie. Dwa: to był taki kocioł, w którym człowiek właściwie nieświadomie dowiadywał się czegoś, ćwiczył, a przy tym grał czy śpiewał koncerty. Te praktyczne zajęcia, powiedzmy nieobowiązkowe, były po prostu miejscem, w którym można było sprawdzić wszystkie swoje pomysły, które wpadły do głowy. Albo podpowiadali profesorowie, albo można było sprawdzić to, co człowiek usłyszał, co próbował zrobić na ćwiczeniach – to po prostu był sprawdzian. Ja uznałam, że tych podstaw potrzebuję i zrobiłam to, co uznałam za stosowne. Przy czym tytuł magistra w niczym mi nie przeszkadza. Sama ma pani na koncie karierę dydaktyczną. Zdarzyło się pani powiedzieć komuś: „Wiesz co? Nie śpiewaj już”? Nie, nie powiedziałam, ponieważ życie to weryfikuje. Adept musi sam do tego dojść, a publiczność jest bezlitosna, więc nie ma po co. Jak ktoś myśli i rozumie, co robi, to dochodzi do jakichś wniosków, a jak nie myśli, albo nie rozumie, to i tak nic mu nie pomoże (śmiech). To trudny temat, bo oczywiście studenci, których uczyłam, zawsze wiedzieli lepiej. Później się okazywało, że jednak niektórzy orientują się, że to nie dla nich… tylko musi minąć jakiś czas. Była pani wymagająca wobec studentów? Najpierw dla studentów byłam wymagająca, ale również byłam tolerancyjna, bo ja rozumiem, że nie wszystko od razu i nie wszyscy muszą umieć. A to czy się umie, czy się nie umie – to jest pewne ograniczenie w postaci talentu: albo się go ma, albo się go nie ma, albo się go ma dużo, albo wcale. Część rzeczy można nadrobić pracowitością, ale jeśli nie ma się wcale talentu, to lepiej nie zaczynać. Tylko ludzie często nie rozumieją, nie zdają sobie sprawy z tego, że tego talentu nie mają.A czy jest pani bardzo wymagająca wobec siebie? Teraz to się trochę zmienia w czasie (śmiech). Już nieco mniej od siebie wymagam, poza tym mniej pracy muszę włożyć w rzecz, którą robię, żebym była z niej zadowolona. To dlatego, że wchodzi już rutyna, która wiele rzeczy ułatwia, ale też jest niebezpieczna. Jeśli polega się wyłącznie na rutynie, to jest bardzo niedobrze, ona może zgubić. W sytuacjach krytycznych rutyna się bardzo przydaje, natomiast w tych dobrych lepiej z niej nie korzystać. Czy był taki moment, kiedy zdała pani sobie sprawę z tego, że jest pani naprawdę świetna w tym, co robi i że to wszystko się uda? Nigdy… (śmiech). Nigdy? Wie pani, pewność siebie w takich sytuacjach bywa zgubna, bo jesteśmy tylko żywym organizmem. Bardzo dużo zależy od rzeczy, o których wspomniałam na początku. Mogę mieć milion pomysłów, ale nie wiadomo, czy się sprawdzą. Mogę mieć w repertuarze, sama nie wiem ile piosenek – też nie wiadomo, czy się sprawdzą. Więc tutaj pewność siebie jest żadna, bo tę pewność natychmiast może zachwiać brak koncertów, brak wykonań radiowych czy zaproszeń do TV, brak wydawanych płyt i parę innych rzeczy, które po prostu natychmiast taką pewność odbierają. O tym decyduje publiczność i osoby kompletnie niezwiązane z działaniami artystycznymi, a pracujące w mediach, nie ja. Oczywiście mogę próbować się dogadywać z publicznością, ale wolę nie ryzykować. Dogadywać się w kwestii tego, czy tworzyć coś, co będzie mi się wydawało, że publiczność zaakceptuje? Nie. Albo będę ze sobą szczera, albo nie będę nic robić. W swojej karierze przeżyła pani wiele momentów triumfu, ale też gorszych chwil, czasami niezależnie od siebie. Na przykład wtedy, gdy z powodu decyzji władz nie mogła pani koncertować. Trochę żyję na tym świecie i wiele rzeczy się wydarzyło. Jak przetrwać takie trudności ? Nawet o tym nie tak dawno temu myślałam. Nie mogę sobie przypomnieć, czy jak nastał stan wojenny i nie było koncertów, miałam jakieś oszczędności, czy nie (śmiech). Ale byłam wtedy w domu rodzinnym, bo nie miałam mieszkania w Warszawie, więc jakoś sobie radziłam. Potem, po pół roku, zaczęły się jakieś koncerty, na które trzeba było mieć zgody, ale to już załatwiał Piotrek, mój brat. Chyba jeszcze mam w domu dokumenty dotyczące takich koncertów. Trzeba było także mieć zgodę na dojazd, bo to przecież była godzina milicyjna. Mam jeszcze takie rzeczy w swoich szpargałach. Nie pamiętam dokładnie, jak wtedy wyglądała moja sytuacja, ale jakoś ją przeżyłam.Natomiast jak nastała pandemia, to miałam już jakieś oszczędności, więc tragedii nie było. Przy czym jeszcze latem koncerty się odbywały. Ale te wszystkie zakazy pandemiczne, to były takie zakazy, które nie działały. Pamiętam pierwszy koncert po pandemii, jakoś w lipcu. Były wytyczne, jak to ma wyglądać, że co drugie miejsce musi być wolne i coś tam jeszcze. A my pojechaliśmy do Krakowa na koncert i był taki tłum, że ja nie mogłam się przecisnąć (śmiech) do sceny. Nikt tych zakazów nie przestrzegał, ale koncert był udany.CZYTAJ TEŻ: Kto będzie nowym Bondem? Trzech wyraźnych faworytówNatomiast niestety przy okazji pandemii wyszło szydło z worka, jeśli chodzi o niektórych organizatorów. Wtedy akurat graliśmy dużo koncertów, które pandemia zatrzymała. To były duże hale i składanka muzyczna artystów. Gdy pojawiła się szansa powrotu koncertów w ograniczonej formie, organizator wysłał do wszystkich maile z pytaniem, czy zgodzimy się grać za pół stawki, bo można zająć tylko co drugie miejsce. Tylko co nas to obchodzi? Koncert to koncert. Nikt się nie zgodził i odwołali te występy. Po czym okazało się, że Ministerstwo wypłacało odszkodowania za odwołane koncerty i firma, organizator zgłosił się po odszkodowanie, które otrzymał. A gdzie my w tym jesteśmy? Myśli pani, że dostaliśmy chociaż grosz? Nie. I to też jest szołbiznes. Miała pani kiedyś taką sytuację, że liczyła pani na wyjazd z akademickim big-bandem do Stanów Zjednoczonych, ale zamiast tego wysłano panią do Związku Radzieckiego. Myśli pani, że gdyby udało się wtedy z tą Ameryką, to wróciłaby jeszcze do Polski? (śmiech) Trudno powiedzieć. Miałam tam przecież braci z żonami, oni mieli małe dzieci. Nie wiem.„Po drodze” miałam do zagrania jeszcze koncert w Łańcucie i to, że ja nie pojechałam do tych Stanów, to była głównie „zasługa” osoby, która była odpowiedzialna za Łańcut, która nie zgodziła się na to, żebym mogła odwołać występ w Łańcucie. Potem był wyjazd do ZSRR. No i nie poleciałam do USA, lecz w odwrotnym kierunku. Gorzej było jeśli chodzi o powrót lub pozostanie w USA w stanie wojennym, bo wtedy nikt nie wiedział, czy wszyscy z ekipy grającej wówczas koncerty dla Polonii wrócą, czy nie wrócą, a za to był odpowiedzialny jeden człowiek z Pagartu i jeden z ekipy. Bardzo to były dziwne czasy. Ale później, na początku lat 90., zrobiła pani coś, co nawet dzisiaj na rynku muzycznym jest dosyć odważnym podejściem: założyła pani własną wytwórnię płytową. Czy ja wiem, czy to jest rynek? To jest raczej jakiś targ, niekoniecznie umiejętności. Ale wtedy czytałam gazety tzw. branżowe, było jedno czy dwa takie pisma w Polsce, więc czytałam. I w tych pismach udawało mi się znaleźć informacje, jak szołbiznes działa bardziej na zachód od Polski. Doszłam do wniosku, że skoro mam się pozbywać swoich praw i jeszcze później kłócić się o pieniądze, to chyba coś tu nie gra? W takim razie może nie będę się pozbywać swoich praw, tylko wezmę sprawy w swoje ręce? Tak też zrobiłam. Pamiętam, że wtedy te wszystkie firmy płytowe zaczynały się u nas kokosić. W Polsce prawo autorskie dopiero się tworzyło i kiedy zaczęło jako tako funkcjonować, to na rynek polski dość brutalnie wpadły zagraniczne wytwórnie, których polscy artyści muzycy i polscy wykonawcy nie interesowali.CZYTAJ TEŻ: Miliony za dzieło Banksy'ego. Muzyk rockowy zarobił krocieKiedy firmy się zorientowały, że ja jestem taka dzielna i biorę sprawy w swoje ręce, to uznały, że daję bardzo zły przykład reszcie tego środowiska – że tak też można. Stałam się dla nich wrogiem numer jeden. Była nawet taka sytuacja, że ze dwa razy nasłano na mnie jakieś kontrole, musiałam się wyspowiadać z tego czy tamtego. Z karami rzędu 50 tys. zł, jeśli czegoś nie zrobię, już wtedy, gdzie ja wydawałam swoje płyty w ilościach mikro w porównaniu z tymi topowymi wytwórniami (śmiech). Ale byłam solą w oku. Natomiast nie żałowałam, bo nie lubię mieć szefów. To jest po prostu chęć decydowania o sobie. Nie chciałam się tłumaczyć przed ludźmi, którzy wtedy byli w naszym szołbiznesie i współpracowali z tymi zagranicznymi wytwórniami, albo w nich pracowali, a którzy według mnie byli niekompetentni. To był powód. Nie tylko pod tym względem wyróżniała się pani – i to już lata temu – na polskim rynku. Wspominała pani, że inspirowała się pani „czarną muzyką”, która przecież kilka dekad temu wcale nie była nad Wisłą popularna.Nie tylko taką muzyką, ale rzeczywiście, Otis Redding swego czasu był grany w naszym domu na okrągło. Nie wiem, skąd się to wzięło. Widać ta muzyka ma taką siłę. Ale to nie była jedyna rzecz, bo my z Piotrkiem – drugi brat, czyli Wojtek, który był jeszcze młodszy, więc on z nami nie jeździł – ale my jeździliśmy, gdzieś tak w końcu lat 60., na Jazz Jamboree. Tam byli różni ludzie, kolorowi, wszyscy byli.Lubi pani określenie „wokalistka jazzowa”? Nie lubię, bo właściwie to nic nie znaczy. Albo śpiewam, albo nie śpiewam, a jeśli śpiewam, to dobrze, albo źle. W takim razie: jakie określenie pani woli? Wokalistka, po prostu, śpiewam różne rzeczy. Na swojej stronie mam napisane, że jestem „jazzy”, ale tak naprawdę mieszam gatunki. Jeśli uznam, że to mieszanie jest dobre, to wypuszczam dalej, a jak nie, to nie (śmiech). Może mam za dużo samokrytyki? Nie wiem. Chciałaby pani startować jeszcze raz, dzisiaj? Nie, bo pewnie z moim charakterkiem bym tak daleko nie doszła (śmiech). Myślę sobie, że na takie pytania nie ma odpowiedzi, to są zupełnie inne czasy, zupełnie inaczej to wygląda, inaczej działa. Zadziwia mnie jedna rzecz: że Polacy nie mogą się przebić gdzieś dalej. Te osoby, które się przebiły, musiały powyjeżdżać z Polski. Teraz właściwie wszystko jedno, gdzie się siedzi, ale na dobrą sprawę, jeśli się chce zaistnieć na światowym rynku, a nie targu, to chyba jednak trzeba z Polski wyjechać. Dlaczego nie ma tych polskich sukcesów? Nie wiem. Możliwości są olbrzymie, ale może to jest bariera językowa? Może to jest strach przed różnymi rzeczami, również strach przed porażką, bo przecież to wielka niewiadoma? My nie mieliśmy możliwości i te osoby, które wyjechały wtedy, w latach 70., do 89. roku i jeszcze ciut później, zaistniały, gdzieś tam sobie siedzą, robią swoje. Natomiast w tej chwili nie wiem, dlaczego nie ma tych sukcesów, ludzie mają przecież możliwości. A zdarza się pani włączyć własne płyty sprzed lat? Albo na przykład obejrzeć stare występy? Czasem muszę posłuchać, ale nie mam wtedy jakichś specjalnych oporów. Śmieszą mnie niektóre z tych pierwszych nagrań, w ogóle niektóre mnie śmieszą, ale są, jakie są, nie cofnę tego (śmiech). Pamiętam, to było jakiś czas temu, jak się internet zaczął uaktywniać, nagle trafiło tam wiele starszych rzeczy, które gdzieś ktoś kiedyś nagrał, na przykład telewizja. Zaczęłam to przeglądać i zrozumiałam, dlaczego jestem w tym środowisku i w tym miejscu, w którym jestem, zobaczyłam różnicę, wysnułam z tego wnioski i… tak powiem: nabrałam pewności siebie. A reszta niech zostanie... niedopowiedziana. Niedopowiedzenia są bardzo w świecie artystycznym potrzebne (śmiech). CZYTAJ TEŻ: Gwiazdor Hollywood dostał polskie obywatelstwo. „To dobry moment”