RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Krzysztof Krawczyk. Uwielbienie... i hejt

Trudno zrozumieć ludzi, którzy po śmierci Krzysztofa Krawczyka nie kryją złej radości (fot. forumgwiazd.com.pl/Forum)
Trudno zrozumieć ludzi, którzy po śmierci Krzysztofa Krawczyka nie kryją złej radości (fot. forumgwiazd.com.pl/Forum)

Śmierć Krzysztofa Krawczyka w wielu domach przyjęto jak niespodziewane odejście kogoś naprawdę bliskiego. Trudno się temu dziwić – był jednym z niewielu artystów, którzy bawili masową publiczność i przez większość PRL i przez trzy dekady III RP.

Dla Adama Zagajewskiego. Barbarzyńca żegna poetę

Adam Zagajewski zostanie z nami nie tylko jako wybitny poeta, ale też jako zdeklarowany inteligent, uczestnik rodzimych metapolitycznych sporów.

zobacz więcej

Urodzony w 1946 r., towarzyszył od zawsze swojemu pokoleniu – powojennemu pokoleniu moich rodziców, ciotek i wujków, ich przyjaciół, koleżanek i kolegów. Gdy oni zakochiwali się, przeżywali pierwsze miłości, zaczynali pracę, tworzyli rodziny, wychowywali dzieci – towarzyszyły im jego przeboje.

Gdy w 1963 r. zakładał z kolegami bigbeatowych Trubadurów, w których muzyce przemycony ze „zgniłego Zachodu” rock'n'roll łączył się z folkową nutą, nikt nie mógł przypuszczać, że obdarzony niesamowitym barytonem artysta rozstanie się z widownią w naprawdę zupełnie innym świecie.

Szczególnie dla starszych pokoleń Krzysztof Krawczyk i jego muzyka to wspomnienia z prywatek, potańcówek, PRL-owskich domów wczasowych dla górników, hutników, malarzy, żołnierzy, nauczycieli, pielęgniarek. Wspomnienia z wczasów kolejowych nad Morzem Bałtyckim, turnusów wakacyjnych letnich i zimowych.

Wspomnienia z dzieciństwa


To wspomnienia z nieistniejących już często wielkomiejskich, małomiasteczkowych, wiejskich scen tanecznych, ośrodków wczasowych nad jeziorami, w górach i nad morzem. To wspomnienia ze ślubów w remizach i w obitych zielonym i czerwonych pluszem, obmalowanych politurą, często już dziś nieistniejących restauracjach. Ja sam dobrze pamiętam z dzieciństwa, jak grano Krawczyka na weselu mojego wuja w wielkopolskim Bojanowie – we wtedy świetnym lokalu przy rynku, który dziś straszy ruiną.

Przeczytaj także: „Wielki smutek”. Artyści, dziennikarze i celebryci żegnają Krzysztofa Krawczyka

Jeśli młodsi zajrzą do rodzinnych albumów, odkryją pewnie takie miejsca – ważne dla swoich rodziców i dziadków. Wszędzie tam tańczono i bawiono się przy szlagierach Krzysztofa Krawczyka. Wielu rzeczy mogło w tamtych czasach brakować – ale okazji do dobrej zabawy i potańcówek nie brakowało.

Platforma, czyli nikt nie lubi klasowych skarżypytów

Platforma Obywatelska płaci nie tylko za własną intelektualną miernotę, ale też za skrajne już uzależnienie od unijnych elit.

zobacz więcej

Po śmierci Krawczyka zobaczyłem cień na twarzach, smutek w głosie moich rodziców, ich bliskich. Ale umarło też coś z moich dziecięcych wspomnień – bo pan Krzysztof z czasów PRL nagrywał także płyty z piosenkami dla dzieci. „Niki w krainie techniki” (na początku lat 80. Krawczyk śpiewał o komputerach, o fabrykach tranzystorów „pod miastem”!), „Krzysztof Krawczyk – dzieciom”, „Krawczyk. Dla Karoliny, dla Krzysia” – choć lata 80. muzycznie moim rocznikom kojarzą się z Natalią Kukulską i „Fasolkami”, to Krawczyk odnajdował się i w takim repertuarze.

Artysta, którego właśnie żegnamy, miał swoje upadki i wzloty. Nieźle pokazuje to dokumentalny film biograficzny nakręcony przez TVP, „Krzysztof Krawczyk – całe moje życie”. Ze swoich słabości uczynił trampolinę – wybijał się na nich do góry. Upadał, ale się podnosił; robił bałagan w swoim życiu – ale sprzątał, co trzeba i wychodził znów na scenę.

Przeczytaj także: Poruszające słowa menedżera Krawczyka. Przypomniał pewną sytuację [WIDEO]

Jego lekko szelmowski uśmiech spod wąsa mówił czasem więcej niż słowa: podpowiadał, że Krawczyk kocha życie i że się łatwo nie podda. Nawet, gdy wrócił ze Stanów Zjednoczonych, nawet, gdy nie wychodziło w Europie Zachodniej – nie skarżył się wszystkim na cały świat i na zły los – szukał dla siebie nowych szans, nowych możliwości.

Ustawiany hejt w sieci, czyli przychodzi Giertych do Sokuzburaka

Roman Giertych od wielu lat przedstawiany jest jako jeden z „arystokratów” totalnej opozycji. Ale jego konszachty z Sokiemzburaka pokazują raczej...

zobacz więcej

Z zespołem czy solowo, wespół z innymi artystami – Krawczyk był jak brat łata. Miał charyzmę, która w tej branży znaczy tyle co świetny głos – błyskawicznie przełamywał dystans między sobą a widownią. Z czasem miał tylko łatwiej, bo jego piosenki siedziały już mocno w ludziach.

Jemu przybywało zmarszczek – przybywało zmarszczek jego wiernym słuchaczom i słuchaczkom. On przechodził przez swoje życiowe kryzysy – i oni często uczyli się żyć na nowo. Co ważne: umiał o tym opowiadać. I potrafił śmiać się z siebie – w duecie z Bohdanem Smoleniem wyśpiewał kapitalnych „Recydywistów”, utwór, który zdecydowanie jest czymś więcej niż przebojem piosenki kabaretowej.

Nie złorzeczył nikomu, nie marudził; mówił o wdzięczności wobec Boga i ludzi. Imał się chyba każdej muzycznej roboty, jaką mu proponowano i w jakiej się odnajdywał – śpiewał wiersze rosyjskiego tragicznego poety Sergiusza Jesienina, ale potrafił sięgnąć także po piosenkę biesiadną, flirtował z disco polo.

Muzyczny instynkt, kapitalny głos


Muzyczny instynkt i kapitalny głos pozwalały mu wybijać się wysoko. Gdy na przełomie tysiącleci wybuchł w Polsce szał na folk, w znacznej mierze za sprawą bałkańskiej nuty Gorana Bregovicia, Krawczyk wykorzystał swoją szansę. I z marszu zdobył serca młodszej już publiki – śpiewając nie tylko „Mój przyjacielu” z panem Goranem, ale także z wielkimi idolami dzisiejszych czterdziestolatków – Edytą Bartosiewicz i Kasią Nosowską. Był taki czas, że ten artysta, na którym nie raz i drugi krytycy muzyczni kładli już kreskę – wyskakiwał nagle i z lodówki, i z pralki.

Przeczytaj także: Krzysztof Krawczyk w TVP. Wyjątkowy film o artyście i archiwalny recital

Ojciec Maciej Zięba OP. Gdzie oni są, gdzie wszyscy jego przyjaciele?

Ledwo ostygło ciało dominikanina Macieja Zięby, a już jest wyciągane z grobu i szarpane. A jego byli uczniowie i przyjaciele sprawiają wrażenie,...

zobacz więcej

Często nazywa się Krawczyka „polskim Elvisem Presleyem”. On sam lubił to określenie – uważał się za ambasadora Króla Rock'n'rolla w Polsce. I był nim bez wątpienia. Ale miał pewnie więcej życiowego szczęścia niż Presley – w życiu, muzyce, miłości. A pełne smutku, żałoby reakcje po jego śmierci, żal po nim w mediach od prawa do lewa pokazuje, że Polacy i Polki go kochali. I że (prawie) wszyscy mieliśmy nadzieję, że zaśpiewa dla nas jeszcze raz.

A jednak i jego nie oszczędził hejt. Różnoraki. Jedni nie mogli sobie odpuścić – i wykorzystali jego śmierć, by dać upust swoim antyszczepionkowym/antycovidowym obsesjom. Inni moralizowali nad jego ciałem, że niezbyt dobrze się przed laty prowadził. Jeszcze inni, co zakrawa o kolejną paranoję, stwierdzili, że zaprzedał się w ostatnich latach TVP. I że tylko „telewizja Kurskiego” może promować „takiego grajka”.

Hejterzy Krzysztofa Krawczyka to nisza


Nie chcę hejterom robić reklamy, więc nie odsyłam do tych portali i miejsc w mediach społecznościowych, gdzie roi się od podobnych uwag. Ale – szerzej rzecz biorąc – hejterska, krzykliwa gawiedź to w tym przypadku właśnie nisza.

Niemała część Polski przeżywa dziś swoją nieoficjalną żałobę narodową po Krzysztofie Krawczyku – a hejterów zostawmy z ich żółcią i złością.

Przeczytaj także: „Nie oczekujcie wiadomości”. Teraz Krzysztof Krawczyk przerywa milczenie

źródło:
Zobacz więcej