RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Sensacje, skandale i absurdy. O czym pisały przedwojenne „tabloidy”?

Przedwojenne gazety prześcigały się w poszukiwaniu sensacji (fot. NAC / „Ilustrowany Kurier Codzienny”)
Przedwojenne gazety prześcigały się w poszukiwaniu sensacji (fot. NAC / „Ilustrowany Kurier Codzienny”)

Skandale z udziałem gwiazd, szczegółowe opisy zbrodni, sensacje i krzykliwe nagłówki. Przedwojenne bulwarówki niewiele różniły się od współczesnych tabloidów.

Sroga zima z 1929 r. To były największe mrozy w Polsce

„Szofer dorożki samochodowej przywiózł z Myślenic kilku gości. Gdy zajechał na rynek, odwinął kołnierz futra. Gdy odrzucił kołnierz, równocześnie...

zobacz więcej

Pani Dąbrowska mogła mówić o wyjątkowym pechu. Ferma kur rasowych, którą prowadziła razem ze śpiewakiem operowym Władysławem Kiepurą – młodszym bratem słynnego Jana – musiała zostać zamknięta. Interes, który miał ją wyrwać z finansowego dołka nie wypalił, ponieważ epidemia niespodziewanie wybiła hodowane przez nią ptaki. Wcześniej spieniężyła swoją ulubioną biżuterię, a jej mąż Marian zainkasował gotówkę ze sprzedaży luksusowego auta. Teraz musiała zatrudnić się w fabryce guzików, ponieważ topniejący stan konta sprawiał, że małżeństwu zaczynało już brakować środków do życia.

Był jednak taki czas, kiedy Marian Dąbrowski – magnat prasowy i założyciel legendarnego, wydawanego w Krakowie pisma ogólnopolskiego „Ilustrowany Kurier Codzienny” – należał do grona najbogatszych ludzi w Polsce. Dysponujący ogromnym majątkiem wydawca nie przewidział niestety, jak może skończyć się dla niego wybuch wojny.

We wrześniu 1939 r. przebywał wraz z żoną we Francji. Nie posłuchał sugestii współpracowników, którzy radzili mu, aby w związku z ryzykiem napaści Niemców na Polskę zorganizował rezerwową drukarnię i redakcję w Lublinie. Nie zabezpieczył też swojego majątku ani nie przetransferował gotówki za granicę. W efekcie niektórzy pracownicy „IKC” zamiast pensji, część należności za pracę we wrześniu 1939 r. odebrali w sprzęcie redakcyjnym. Gdy Niemcy przejęli redakcje Dąbrowskiego, został on tylko z tym, co miał wtedy przy sobie – niewielką ilością pieniędzy, które mógł wwieźć na terytorium Francji.

Prasowe imperium


Zanim do tego doszło, Dąbrowski przełamywał w II RP kolejne granice tabu, wiodąc prym w wydawaniu bulwarowych tytułów, które dziś określilibyśmy mianem tabloidów. Zresztą sam „IKC”, który zdobył z czasem renomę poważnego pisma, był z początku nastawiony głównie na tanią sensację. Metody zdobywania informacji przez dziennikarzy Dąbrowskiego oraz sposób ich przedstawiania szokowały niejednego czytelnika.

Zdusić Zło w zarodku. Jak Piłsudski chciał pokonać Hitlera

Historia bez Auschwitz? Bez zagłady Warszawy? Stalingradu? Milionów ofiar na frontach i wśród cywilów. Była taka możliwość. Plany zduszenia nazizmu...

zobacz więcej

Pierwszy numer „IKC” wyszedł w połowie grudnia 1910 r. Nazwa pisma nie była przypadkowa – dominowały w nim duże ilustracje, a oprócz zdjęć można było znaleźć rysunki obrazujące opisywaną sytuację. Deklarowany nakład pierwszego wydania wynosił 20 tys. egzemplarzy. W ciągu następnych kilku lat wzrósł on średnio aż dwunastokrotnie. Siedziba koncernu Dąbrowskiego mieściła się w krakowskim budynku zwanym Pałacem Prasy.

Wydawca stawiał na nowoczesny sprzęt i innowacyjne rozwiązania. Zainwestował w wysokiej klasy maszyny drukarskie oraz wprowadził niekonwencjonalne jak na tamte czasy dodatki do gazet – do niektórych numerów dołączano przykładowo książkę. Zaczęto także wydawać dodatki prasowe, m.in. „Kurier Kobiecy” i „Kurier Literacko-Naukowy”.

Prawdziwą perłą w koronie prasowego imperium Dąbrowskiego był wydawany od 1924 r. tygodnik „Światowid”. Była to gazeta jedyna w swoim rodzaju – cechowały ją najwyższej klasy zdjęcia oraz bogata, częściowo kolorowa szata graficzna. Przez pierwsze lata drukowano ją w Wiedniu, gdyż żadna ówczesna drukarnia w Polsce nie była w stanie spełnić wymagań wydawcy.

Dąbrowski słynął z tego, że dobrze wynagradzał zaangażowanych i pracowitych dziennikarzy. Dał się również poznać jako hojny darczyńca. Chętnie przeznaczał pieniądze na cele publiczne, m.in. na budowę zakopianki oraz toru wyścigowego w Zakopanem. Zainwestował również w Pomnik Nieznanego Żołnierza, który postawiono w Krakowie późną nocą. Prasa należąca do Dąbrowskiego informowała o tym już następnego dnia rano, zamieszczając wzmiankę o „anonimowym darczyńcy”. W mieście nikt nie miał jednak wątpliwości, kto był fundatorem tej rzeźby.

Oprócz gazet Dąbrowskiego dużą popularnością w Polsce cieszyły się sensacyjne pisma wydawane przez warszawski koncern Dom Prasy S.A. Firma została założona w 1922 r. przez Henryka Butkiewicza, Antoniego Lewandowskiego, Adama Nowickiego i Jerzego Plewińskiego. Najbardziej znanymi tytułami wydawanymi przez warszawskich konkurentów Dąbrowskiego były „Kurier Czerwony”, „Expess Poranny”, „Kino” i „Przegląd Sportowy”.

Jeśli już o sporcie mowa, to wspomnieć należy, że Dom Prasy nie był w tym temacie konsekwentny. Wydający dodatek sportowy koncern wypuścił w 1930 r. numer „Expressa Porannego” , w którym tak oto pisano o w wpływie piłki nożnej na chłopców: „Wyrostek znajdujący się w okresie dojrzewania fizycznego trawi na swem podwórku, czy innem prowizorycznym »boisku« po 3-6 godzin dziennie. (…) Ogarnięty psychozą piłki nożnej chłopiec o niej tylko potrafi i chce mówić, ten temat go tylko obchodzi. Wszelkie inne zjawiska, z któremi styka się w życiu są dla niego mniej lub więcej niepotrzebnym dodatkiem, przez który trzeba się z jak najmniejszym oporem prześlizgnąć”.

Pijana krowa


Chociaż mogłoby się wydawać, że groteskowe nagłówki są wyłącznie znakiem naszych czasów, podobne tytuły były dobrze znane czytelnikom żyjącym w okresie międzywojennym. Bulwarówki nie stroniły od lekkich historyjek, z których część była po prostu zabawna, a inne ostentacyjnie przełamywały panujące obyczaje.

Niszczyli miejsca kultu, skazali Boga „na śmierć”. Walka z religią w ZSRR

„Naród rosyjski nie wybaczy takiego poniżenia swojej wiary. Nastanie moment, kiedy powstanie i odpowie silnym uderzeniem w pyski czerwonych małp,...

zobacz więcej

W jednym z wydań „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” można było zapoznać się na przykład z krótkim artykułem o pijanej krowie.

W numerze z 9 sierpnia 1925 r. czytamy: „Dzienniki francuskie donoszą o niezwykłej zaiste sprawie sądowej. Bohaterką tego procesu jest krowa, która dotychczas cieszyła się jak najlepszą opinią i nie dawała sądom powodu do zajmowania się jej czworonożną osobą. Wspomniana krowa należy do pewnego wieśniaka nazwiskiem Presse, zamieszkałego w gminie Collinee w Bretanji. W pobliżu tej miejscowości właściciel dóbr Bertrand ma gorzelnię, w której produkuje słynną wódkę Calvados”.

Pewnego dnia zwierzę miało się zabłąkać i dotrzeć do gorzelni, gdzie pozostawiono „bez żadnego nadzoru” wiadro pełne wódki. „Krowa, której dotychczas nikt nic posądzał o skłonność do alkoholu, okazała się amatorką znakomitej wódki i piła tak długo, dopóki właściciel gorzelni jej w term nie przeszkodził” – można było przeczytać w gazecie.

Czytaj także: Zdrada na Podhalu. Współpracował z okupantem, zawisł na świerku

Ponieważ dobra wódka – jak zaznaczono w „IKC” – dodaje odwagi, poczciwa dotąd krasula miała rozpocząć „ekscesy”. „Ryczała niezwykle przeraźliwie, stawała na tylnych nogach, rzucała się jak szalona, jednym słowem była pijaniuteńka. Kiedy wreszcie z trudem doprowadzono ją do stajni, nie chciała się uspokoić, ale urwała postronek, na którym ją uwiązano, i usiłowała zgruchotać ścianę obory. Dopiero po upływie godziny zasnęła błogosławionym snem. Zarówno właściciel gorzelni, jak i posiadacz krowy alkoholiczki nie uspokoili się tak szybko, ale obaj wnieśli skargi do sądu” – opisywał dziennik. Z tekstu dowiadujemy się, że właściciel gorzelni chciał odszkodowania za poniesione straty, a właściciel krowy stwierdził, że zwierzę „odniosło uszkodzenia na ciele i umyśle”.

Sędzia potraktował jednak sprawę z przymrużeniem oka i uznał, że jedynym winowajcą jest rzeczona krowa, która nie ponosi jednak sądowej odpowiedzialności ze względu na brak odpowiedniego paragrafu. Ostatecznie więc żaden z powodów nie otrzymał zadośćuczynienia, o które wnioskował.

Podobne „ciekawostki przyrodnicze” z prasy francuskiej niejednokrotnie gościły na łamach polskich gazet. W 1924 r. w „Expressie Porannym” informowano „na odpowiedzialność dziennika paryskiego »Matin«” o „sensacyjnym mezaliansie kaczki”. Jak wynikało z tej krótkiej depeszy prasowej, w miejscowości Sévignac pod Pau miał miejsce „brzemienny w skutkach romans między kaczką a gąsiorem”. Owocem krzyżówki miało być potomstwo posiadające kacze dzioby oraz upierzenie gęsie.

Krwawe walentynki. To był początek końca Ala Capone

„Te morderstwa wyszły poza ramy pojmowania cywilizowanego miasta. Zabicie siedmiu mężczyzn w biały dzień rodzi pytanie dla Chicago: czy miasto jest...

zobacz więcej

Niepoprawni romantycy


Dużo miejsca poświęcano w przedwojennej prasie historiom miłosnym; publikowano też nietuzinkowe anonse matrymonialne. W ogłoszeniach tego typu starano się na ogół podawać jak najwięcej szczegółów dotyczących swojego wyglądu, posiadanego statusu oraz oczekiwań wobec potencjalnej kandydatki/kandydata. Niektórzy nie ukrywali, że szukają osoby majętnej. „Kawaler, lat 28, mistrz krawiecki z dobrem interesem i ubiory męskie poszukuje na tej drodze panny lub wdowy z majątkiem do 3 tys. dolarów. W celu matrymonialnym. Bez urody, byle z dolarami” – czytamy w jednym z przedwojennych anonsów. „Poślubię panią, która zapewni mi egzystencję. Zredukowany inteligent” – pisał inny kawaler na łamach „IKC”.

Niektórzy pisali, że konieczny jest posag „w wysokości kilku tysięcy”, ale zdarzali się też oczywiście bezinteresowni romantycy. „Wysoki, wykształcony blondyn, kawaler, lat 39, na posadzie na G. Śląsku około 800 zł miesięcznie, pozna w poważnych zamiarach ciemnowłosą, kulturalną despoteczkę, ładną, szczupłą, o bladej, drobnej twarzy i klasycznych nóżkach” – brzmiało jedno z ogłoszeń, które znalazło się w 1931 r. w „IKC”. Nie brakowało przy tym ogłoszeń o dwuznacznej treści, kierowanych do „znudzonych mężatek” oraz młodych kobiet stanu wolnego.

W 1931 r. w jednej z gazet zamieszczono taki oto anons: „Elegancki – zamożny przemysłowiec wyjeżdża w najpiękniejsze terena narciarskie. Która z młodych, przystojnych sportsmenek pozwoli się zaprosić?”. Ogłoszeniodawca prosił, aby chętne panie nadsyłały pod wskazany adres rysopis oraz „fotografję, która pod słowem honoru zwrócona zostanie”.

Nie wszystkie miłosne schadzki kończyły się happy endem. Bulwarowa prasa pisała chętnie zarówno o odrzuconych przez wybrankę absztyfikantach, jak i małżeńskich kłótniach. 31 grudnia 1931 r. na łamach „IKC” pojawił się tekst o mężczyźnie, który „na święta” odgryzł nos narzeczonej. Ofiarą miała być mieszkająca w Łodzi 23-letnia Zofia Michalska. Swojego narzeczonego – 25-letniego Alfonsa Bertholda – poznała osiem miesięcy wcześniej. Mężczyzna oświadczył się kobiecie, lecz ona – jak donosił „IKC” – „odnosiła się dość obojętnie do niego, nie gardząc innymi konkurentami”.

Gazeta tak opisywała finał tej historii: „Doprowadziło to Bertholda do takiej rozpaczy, że postanowił zemścić się na dziewczynie i w drugi dzień świąt rano udał się do jej mieszkania w chwili, gdy leżała jeszcze w łóżku. (…) W pewnej chwili chwycił ją gwałtownie za ręce, poczem – odgryzł jej nos”. Na komisariacie 25-latek zeznał, że kochał Michalską, był o nią zazdrosny i dlatego „widząc, że nie zdoła prawdopodobnie pozyskać jej względów, postanowił ją oszpecić”.

W 1932 r. przedwojenna prasa donosiła z kolei o amancie z Warszawy, który „nawiązał niewinny flirt z przygodnie poznaną damą”. Nie wszystko odbyło się jednak po myśli adoratora, gdyż „krewka niewiasta” zasypała go „gradem kamieni”. „Z rozciętą głową i podbitemi oczami zgłosił się niefortunny kawaler do dyżurnego przodownika XXII-go komisariatu, gdzie obiecano odszukać zbyt agresywną »wampirzycę«” – można było przeczytać w tekście pt. „Ukamienowany amant”.

Zodiak. Pół wieku poszukiwań seryjnego mordercy

Po upływie 51 lat udało się rozszyfrować kolejną wiadomość od Zodiaka, jednak jego tożsamość wciąż pozostaje nieznana. Poszukiwania jednego z...

zobacz więcej

W jednym z numerów „IKC” znalazł się także artykuł o intrygującym tytule „Czy kobiety potrafią zachować tajemnicę?”. „Na to pytanie senatorowie francuscy odpowiadają – Nie! Ale wybitne osobistości świata kobiecego uważają, że tak. W ogóle wielka sprawa: francuskie pisma kobiece wołają wielkim głosem (nieraz przez dwie szpalty!), że kobietom we Francji dzieje się wielka i niezasłużona krzywda. (…) Znana adwokatka paryska, pani Cesar Campinchi, odpowiada na to pytanie w sposób nieco drażliwy: »Iluż mężczyzn może zadać takie zapytanie zupełnie poważnie, skoro znam dużo mężczyzn, którzy – niestety – są pod tym względem całkiem… jak kobiety!«”.

Doniesienia ze świata nauki


Wyobraźnię naszych przodków rozbudzały również wizje przyszłości, toteż chętnie publikowano nowinki naukowe. Niektóre artykuły zawierały opisy bardzo pionierskich badań, ale nie brakowało też sensacyjnych doniesień, z których część może się dziś wydawać zabawna lub niedorzeczna. W 1935 r. można było przeczytać tekst o porach roku na Czerwonej Planecie:

„Profesor Yamamoto, dyrektor obserwatorjum w Kioto, opublikował rezultaty obserwacyj, poczynionych dnia 12 kwietnia, gdy Mars znajdował się w najbliższej odległości od Ziemi. Uczony japoński stwierdza, że na Marsie rozpoczął się obecnie okres jesienny, odpowiadający wrześniowi na Ziemi. Śnieg był widoczny jedynie na południowym biegunie planety, kanały były widoczne bardzo wyraźnie. W tropikalnym pasie Marsa zaobserwował przestrzenie pokryte zielenią. Warunki obserwacji były doskonałe”.

Artykuł o japońskim naukowcu wpisywał się w popularną na przełomie XIX i XX w. hipotezę o kanałach marsjańskich, które - zdaniem ówczesnych astronomów - miały pokrywać powierzchnię planety. Część uczonych twierdziła, że na Marsie można dostrzec okresowe zmiany kolorów, w tym właśnie obszary zielone. Obecnie wiemy, że tzw. kanały marsjańskie były jedynie złudzeniem optycznym.

Na łamach „IKC” pojawiła się seria artykułów, w których prognozowano, jak będzie wyglądał świat na początku XXI w. W 1930 r. w gazecie Dąbrowskiego zaprezentowano tezy z książki Fredericka Edwina Smitha „Świat w roku 2030". A były to tezy – trzeba przyznać – niezwykle śmiałe. Smith prognozował chociażby, że ludzkość postawi w tym czasie na energię atomową.

Cztery lata wcześniej jeden z redaktorów „IKC” pokusił się o nakreślenie wizji roku 2000. Dziennikarz przewidywał m.in., że „w niedalekiej przyszłości pokłady węgla, jako źródło wszelkiej energii zostaną wyczerpane” oraz że elektryczność „poruszać będzie wszelkiego rodzaju machiny”.

„Przedewszystkiem w gospodarstwie naszem domowem wszystko się zmieni. Praca gospodyni zredukowaną będzie do minimum. Tak zwane ognisko domowe zniknie, ustępując miejsca elektrycznym piecom, kuchniom gazowym, do których gaz doprowadzany będzie na odległość. Wielkie centrale energii otrzymywanej z powietrza, będą zaopatrywać miasta obficie w elektryczność” – prognozował dziennikarz. Niektóre jego wizje okazały się niezwykle trafne. Autor artykułu przewidział m.in. wysyłanie zdjęć na odległość, wideorozmowy, filtry powietrza, skrócenie czasu podróży między państwami, a pośrednio – również powstanie Internetu.

82 lata temu Hitler został wybrany Człowiekiem Roku tygodnika „Time”

2 stycznia 1939 r. redakcja amerykańskiego tygodnika „Time” ogłosiła, że człowiekiem minionego roku został Adolf Hitler. Nadanie tego tytułu...

zobacz więcej

Opisy zbrodni


W II RP chętnie czytano o sprawach kryminalnych. Na tym polu koncern Dąbrowskiego złamał obowiązujące dotąd zasady, wydając gazetę „Tajny Detektyw. Ilustrowany Tygodnik Kryminalno-Sądowy”, w której roiło się od szczegółowych opisów zbrodni. W tytule ukazującym się w latach 1931-34 można było znaleźć m.in. portrety przestępców, zdjęcia narzędzi zbrodni i ofiar, a także informacje pochodzące z akt śledztwa oraz uzyskane od świadków. Zapowiedzi najnowszych numerów często pojawiały się w innych gazetach wydawanych przez koncern Dąbrowskiego.

O tym, czego można było się spodziewać na łamach pisma, świadczyły najlepiej prowokacyjne i mrożące krew w żyłach nagłówki: „Młotek, nóż i sznur. Ostatnie chwile ofiary mordercy”, „Samochód śmierci”, „Morderczy zamach rabunkowy”, „Czy ta ręka zabiła?”, „Mordował swego ojca”. Tygodnik miał wszystkie elementy typowe dla współczesnych tabloidów: litery w tytułach artykułów były strzeliste, a zdjęcia zajmowały połowę strony redakcyjnej.

Gdy w latach 30, wybuchł głośny skandal obyczajowo-kryminalny z udziałem polskiej księżniczki, „Tajny Detektyw” pisał: „W najbliższych dniach stanie przed sądem okręgowym w Warszawie Zofia Zyta Toepferowa z domu ks. Korybut-Wiśniowiecka, oskarżona o zabójstwo swojego narzeczonego-kochanka ś. p. Brunona Boy'a (…). Wyrok może być tylko jeden – życie za życie!”.

Pismu zarzucano, że ma demoralizujący wpływ na młodzież, a do tego stanowi inspirację dla morderców (przy niektórych przestępcach znajdowano ponoć egzemplarze „Tajnego Detektywa”). Co więcej, zdaniem policji relacje z przebiegu prowadzonych śledztw ułatwiały zadanie poszukiwanym, którzy dzięki takim artykułom mogli skutecznie tuszować ślady.

Ostatecznie pismo zamknięto, gdy pewne małżeństwo z Krakowa oskarżone o zabicie trzech osób, przyznało na sali sądowej, że popełniając swoje zbrodnie inspirowało się właśnie tygodnikiem wydawanym przez Dąbrowskiego.

Ówczesne gazety nie oszczędzały też czytelnikom opisów „pijackich awantur” oraz schadzek o mocnym zabarwieniu erotycznym. „Kurjer Czerwony” donosił w jednym z wydań o warszawiaku, który zaprosił do siebie sąsiadkę na picie wódki. W pewnym momencie konsumpcja alkoholu przybrała nieoczekiwany przebieg: „Ponieważ oboje mieli duże pragnienie, więc butelka rychło się skończyła. Wówczas p. Stanisław rzekł: – No, teraz kolej na panią. Niech pani postawi drugą butelkę! P. Helena żywo zaprotestowała, wyrażając przytem duże wątpliwości co do dobrego wychowania p. Stanisława. P. Piątkowski mocno się zirytował. Niewiadomo, czy dotknęły go słowa p. Heleny, czy też chciał pić jeszcze – dość, że złapał krzesło i rozbił je na głowie sąsiadki”. Wcześniej „Tajny Detektyw”alarmował z kolei w jednym z numerów, że do najwymyślniejszych zbrodni „popycha człowieka alkohol”.

Tajemnica sprzed 75 lat. Co stało się z samolotami w Trójkącie Bermudzkim?

75 lat temu, 5 grudnia 1945 r. nad Atlantykiem, w tzw. Trójkącie Bermudzkim, zaginęło bez śladu pięć amerykańskich samolotów bombowo-torpedowych z...

zobacz więcej

Rozmowa z rywalem Ala Capone


W okresie międzywojennym – podobnie jak dziś – w poszukiwaniu sensacji prześcigały się nie tylko tytuły bulwarowe, ale także gazety, które uchodziły za opiniotwórcze. 9 stycznia 1938 r. szerokim echem odbił się artykuł o Abramie „Kid Tigerze” Sycowskim – pochodzącym z Polski gangsterze mieszkającym przez długi czas w USA. Tekst ukazał się na łamach lewicowego „Głosu Porannego” wraz z komentarzem udzielonym przez przestępcę.

Sycowski, który na początku swojej mafijnej kariery miał rzekomo współpracować ze słynnym Alem Capone, w tym czasie uchodził już za jego zagorzałego przeciwnika. Nic dziwnego, że dziennikarze postanowili poprosić go, aby opowiedział coś o „królu chicagowskiej mafii”.

„Zupełnie nie wiem, dlaczego ten typ jest taki sławny i uchodzi za króla gangsterów. W rzeczywistości nie jest to żadna wybitna osobistość, jest to straszliwy tchórz. Zawsze, gdy się robiło niebezpiecznie, kazał pracować innym ludziom, a sam usuwał się w bezpieczne miejsce. To wszystko reklama wokół jego osoby. Ba, teraz siedzi w więzieniu i nieprędko się stamtąd wydostanie” – mówił bez ogródek „Kid Tiger”.

Przy okazji redakcja „Głosu Porannego” przekonywała czytelników, że dalsze wyjaśnienia „gangsterskiego fenomenu” Sycowskiego „nie są również pozbawione pikanterii”. Mafioso z rozbrajającą szczerością tłumaczył dziennikarzom, dlaczego nie płaci podatków:

„Abstrahując od tego, że nie chcę płacić, byłoby też bardzo głupie z mojej strony, gdybym to uczynił. Bo gdybym zapłacił choćby jednego dolara podatku, to oznaczałoby to, że sam czuję się winnym, iż zrobiłem majątek nielegalną drogą. Wówczas, gdyby mnie schwytano, otrzymałbym co najmniej tuzin latek więzienia. Ale ja nie popełniłem nic kryminalnego: miliony Amerykan chciały pić również za czasów prohibicji, a ja jedynie spełniłem ich życzenie”.

Czytaj także: Jak Capone tępił bimbrownictwo

W tamtym czasie Sycowski wielokrotnie zmieniał miejsca pobytu, ukrywając się przed karzącą ręką amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W gazetach chętnie publikowano kolejne informacje na jego temat, zwłaszcza że tułający się po Europie gangster starał się również bezskutecznie o uzyskanie prawa pobytu w Polsce. W jednej z naszych rodzimych gazet można było przeczytać, że przebywając w stolicy Francji „zmienił nazwisko na Newborn, co znaczy po angielsku nowonarodzony”. Miał też „zmienić twarz”, poddając się w paryskiej klinice skomplikowanej operacji plastycznej. „Kid Tiger kazał przerobić sobie kształt nosa, uszu i ust, tak że obecnie, nawet i policja amerykańska, znająca go doskonale, nie zdoła z pewnością go rozpoznać” – opisywała przemianę gangstera polska prasa.

Rozdać tysiące całusów. Jak amerykańska aktorka zagrzewała żołnierzy do walki

Po japońskim ataku na bazę w Pearl Harbor gabinet Stanów Zjednoczonych rozpoczął zmasowaną kampanię, która miała przekonać obywateli o słuszności...

zobacz więcej

Sekrety gwiazd


Na przestrzeni dziesięcioleci nie zmieniło się zainteresowanie prasy życiem znanych osobistości. W listopadzie 1936 r. tygodnik „Kino” opisywał fobię Charliego Chaplina, zaznaczając, że z jej powodu aktor od dawna nie bywał u fryzjera: „Charlie sam się goli, strzyże, przycina wąsiki. Złośliwi twierdzą, że robi to przez oszczędność, sam zaś Chaplin oświadczył kiedyś, że po prostu »boi się« fryzjerów. Charlie wyobraża sobie że ma setki zakonspirowanych wrogów i że któryś z nich może – przebrawszy się za fryzjera – poderżnąć mu gardło pewnego pięknego dnia”.

Nie brakowało także tekstów poświęconych mężczyznom w życiu Poli Negri i Grety Garbo. A nasza słynna Pola, czyli Apolonia Chalupec, dostarczała dziennikarzom wiele materiałów – była zaręczona ze wspomnianym już Chaplinem oraz z „pierwszym amantem kina”, Rudolphem Valentino. W styczniu 1930 r. tygodnik „Kurjer Filmowy” przekonywał, że „gdyby nie »trzynastka«, Pola Negri byłaby dziś rozwódką”:

„Pola Negri pogodziła się ze swym małżonkiem i cofnęła skargę rozwodową. Tak więc jest ona nadal księżną Mdivani. A to wszystko z powodu trzynastki! Widocznie jest ona Poli liczbą szczęśliwą. 13-go grudnia (a był to właśnie piątek!) zjawiła się piękna Pola Negri przed paryskim sądem rozwodowym, aby rozejść się prawnie ze swym płochym małżonkiem, którego wprawdzie kochała, ale który pędził życie w towarzystwie, szkodzącem karjerze Poli Negri. Wedle ustalonego zwyczaju sędzia pozostawił rozwodzących się małżonków na pewien czas samych, aby raz jeszcze rozważyli swe postanowienie. Gdy powrócił, małżonkowie oznajmili mu, że procesu nie będzie, bowiem postanowili żyć nadal razem w zgodzie i miłości”.

Jednocześnie polskie redakcje zdawały się ubolewać nad tym, że na naszej scenie artystycznej niewiele się dzieje. „W Hollywood, niemal co dzień zdarza się rozwód, a co drugi - zapowiada się nowy związek małżeński. U nas w tej »dziedzinie« nic interesującego się nie dzieje. A jeśli tak - to często zazdrośnie ukrywa się takie zdarzenia w tajemnicy” – można było przeczytać w styczniu 1936 r. w jednym z numerów „Kina”.

Być może właśnie z tych powodów w naszej rodzimej prasie publikowano wypowiedzi gwiazd na niemal każdy – nawet najbardziej błahy – temat. Jedna z gazet pisała przykładowo, że aktorka Jadwiga Smosarska „tak dobrze znana naszym czytelnikom zarówno ze sceny, jak i ekranu, jest zdania, że punktualność ułatwia życie i współżycie”. Artystka miała podzielić się z fanami taką oto myślą: „Choć jestem kobietą - a mówi się o nas, że jesteśmy stale niepunktualne - uważam za konieczne dokładne przestrzeganie terminów”.

Przeglądając dawną prasę trudno oprzeć się wrażeniu, że pomimo upływu lat media niewiele się zmieniły. Niezależnie od czasów pewne tematy nieustannie budzą duże zainteresowanie odbiorców, a dziennikarze od zawsze starają się te oczekiwania spełniać.

źródło:
Zobacz więcej