RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Drażniono krwawymi trupami psy”. Jak rtm. Pilecki trafił do Auschwitz [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Witold Pilecki dostał się na ochotnika do Auschwitz  (fot. PAP/ Universal Art Archive / Alamy Stock Photo; gettyimages)
Witold Pilecki dostał się na ochotnika do Auschwitz (fot. PAP/ Universal Art Archive / Alamy Stock Photo; gettyimages)

„W głowy nasze uderzyły nie tylko kolby SS-manów, uderzyło coś więcej. Brutalnie kopnięto we wszystkie nasze pojęcia dotychczasowe, do których myśmy się na ziemi przyzwyczaili (do jakiegoś porządku rzeczy – prawa). To wszystko wzięło w łeb” – pisał w swoich raportach Witold Pilecki. Prezentujemy fragment książki „Rotmistrz” autorstwa Jarosława Wróblewskiego.

Historia jak z filmu. Uciekli z Auschwitz przebrani za esesmanów

Ta historia brzmi jak opis filmu Quentina Tarantino, ale wydarzyła się naprawdę. 20 czerwca 1942 r. Kazimierz Piechowski wraz z trójką innych...

zobacz więcej

Rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który udowodnił, że niemożliwe nie istnieje. Jego życie to świadectwo odwagi, prawdy, służby i miłości do Polski. Walczył jako młody ochotnik z bolszewikami, jako ułan z Niemcami. Jednoczył ludzi wokół ważnych spraw. Potrafił na ochotnika wejść do piekła, jakim było Auschwitz i stworzyć tam silną organizację. Człowiek o wielkiej potrzebie pomocy drugiemu i bezgranicznej miłości do Polski. Torturowany i zamordowany przez komunistów strzałem w tył głowy w katowni na Rakowieckiej. Do dziś nie odnaleziono jego ciała. Jednak pamięć o nim przetrwała i jest żywa w kolejnych pokoleniach (informacja od Wydawnictwa Zona Zero, którego nakładem ukazała się książka „Rotmistrz”).

W poniższym fragmencie opisano okoliczności, w jakich Pilecki trafił do Auschwitz oraz przytoczono fragmenty jego raportów.


Żołnierz w KL Auschwitz


Witold Pilecki w swoim Raporcie Witolda z 1945 r. (wydanym w 2017 r. przez Fundację Gdzie, Apostolicum i Studium Polski Podziemnej, zachowując język i styl Rotmistrza), opisał drogę, jaką przebył pod fałszywym nazwiskiem Tomasza Serafińskiego, z domu przy Al. Wojska Polskiego 40, przez plac Wilsona i pobyt w koszarach przy ul. Szwoleżerów. Z Dworca Zachodniego bydlęcymi wagonami wyruszył do Oświęcimia:

„Dnia 19 września 1940 roku – II-ga łapanka w Warszawie. Jeszcze żyje kilku ludzi, którzy widzieli, jak o godzinie 6-ej rano, poszedłem sam i na rogu Al. Wojska [Polskiego] i Felińskiego stanąłem w »piątki« ustawiane przez ss-mannów z łapanych mężczyzn.

Po tym załadowano nas na Pl. Wilsona do aut ciężarowych i zawieziono do koszar Szwoleżerów. Po spisaniu danych personalnych, w zorganizowanym tam prowizorycznie biurze i odebraniu ostrych przedmiotów, pod groźbą zastrzelenia, jeśli się potym u kogo bodaj żyletka znajdzie, wprowadzono nas na ujeżdżalnię, gdzie pozostawaliśmy przez 19-ty i 20 września.

„Sprawcami byli zwykli ludzie”. Nieopodal Auschwitz zbudowano kurort dla esesmanów

„Wyzwaniem jest zrozumienie, że sprawcami nie były potwory, ale zwykli ludzie, którzy zaakceptowali ideologię nienawiści i podążali za nią oraz...

zobacz więcej

W ciągu tych paru dni niektórzy już zapoznali się z pałką gumową spadającą na ich głowy. – Mieściło się to jednak w ramach mniej więcej możliwych do przyjęcia, dla ludzi przyzwyczajonych do tego rodzaju sposobów utrzymywania ładu, przez stróżów porządku.

W tym czasie niektóre rodziny wykupywały swych najbliższych, płacąc ogromne sumy ss-mannom.

W nocy spaliśmy wszyscy pokotem na ziemi. Ujeżdżalnię oświetlał ogromny reflektor, stojący przy wejściu. Po czterech stronach umieszczeni byli ss-manni z bronią maszynową.

Było nas tysiąc osiemset kilkudziesięciu. Mnie osobiście najwięcej denerwowała bierność masy Polaków. Wszyscy złapani nasiąkli już jakąś psychiką tłumu – która wtedy wyrażała się w tym, że cały tłum nasz upodobnił się do stada biernych baranów.

Nęciła mnie myśl prosta: wzburzyć umysły, zerwać do czynu tą masę. Współtowarzyszowi memu – Szpakowskiemu Sławkowi (wiem, że żył do czasu Powstania w Warszawie) proponowałem wspólną akcję w nocy: opanowanie tłumu, napad na posterunki, przy tym miałem przechodząc do ubikacji »zawadzić« o reflektor i zniszczyć.

Lecz ja – w innym celu znalazłem się w tym środowisku. Byłoby to pójście na rzecz znacznie mniejszą… On – w ogóle uważał to za pomysł z dziedziny fantazji.

21-go [września] rano wsadzono nas do aut ciężarowych i w towarzystwie eskortujących motocykli z bronią maszynową, odwieziono na dworzec zachodni i załadowano do wagonów towarowych. W wagonach tych przedtym widocznie musieli wieźć wapno, gdyż cała podłoga była nim wysypana. Wagony zamknięto. Wieziono dzień cały. Pić ani jeść nie dali. Zresztą jeść nikt nie chciał. Mieliśmy, wydany dnia poprzedniego, chleb – któregośmy jeszcze wtedy ani jeść, ani cenić nie umieli. Chciało się nam tylko bardzo pić. Wapno, pod wpływem wstrząsów rozdrabniało się w pył. Unosiło się w powietrzu, drażniło nozdrza i gardło. Pić nie dali. – Przez szczeliny desek, którymi zabite były okna, widzieliśmy, że wiozą nas gdzieś na Częstochowę.

Jarosław Wróblewski: „Rotmistrz”(fot. materiały prasowe)
Jarosław Wróblewski: „Rotmistrz”(fot. materiały prasowe)

Masakra w Babim Jarze. W ciągu dwóch dni Niemcy zabili ponad 33 tys. ludzi

79 lat temu, 29 września 1941 r. niemieckie komanda śmierci rozpoczęły masakrę ponad 33 tys. ludzi w wąwozie Babi Jar pod Kijowem. Była to jedna z...

zobacz więcej

Około 10-ej wieczór (godzina 22-ga), pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu i dalej już nie ruszył. Słychać było krzyki, wrzask – otwieranie wagonów, ujadanie psów.

To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem – w którym kończyłem ze wszystkiem, co było dotychczas na ziemi i zaczynałem coś – co było chyba gdzieś poza nią. Nie jest to silenie się na jakieś dziwne słowa, określenia. Przeciwnie – uważam, że na żadne słówko ładnie brzmiące a nieistotne, wysilać się nie potrzebuję.

Tak było.

W głowy nasze uderzyły nie tylko kolby ss-mannów, – uderzyło coś więcej. Brutalnie kopnięto we wszystkie nasze pojęcia dotychczasowe, do których myśmy się na ziemi przyzwyczaili (do jakiegoś porządku rzeczy – prawa). To wszystko wzięło w łeb. (…)”.

Transport z Tarnowa


Niemcy zlokalizowali obóz w Oświęcimiu, m.in. dlatego że miasto było węzłem kolejowym i komunikacyjnym. Słowo Auschwitz to dawna nazwa osadnictwa niemieckiego w Oświęcimiu w latach 1772–1918, który pod zaborem austriackim również nosił nazwę Auschwitz. Pierwsi więźniowie przyjechali do obozu 20 maja 1940 r. Było to 30 przestępców z KL Sachsenhausen, którzy otrzymali numery od 1 do 30 i nosili zielone winkle.

Drugim transportem przywieziono 728 Polaków z Tarnowa w dniu 4 czerwca 1940 r. Jako pierwszy polski więzień numer obozowy 31 otrzymał Stanisław Ryniak. Nie był to obóz przejściowy, jak wcześniej planowano – ale koncentracyjny. Jak wyglądało przybycie ochotnika z TAP do niemieckiego piekła Konzentration Lager Auschwitz?

Sowieci więzili na terenie niemieckich obozów żołnierzy Armii Krajowej [WYWIAD]

Zajęcie przez Armię Czerwoną niemieckich obozów koncentracyjnych na terenie okupowanej Polski nie oznaczało nadejścia upragnionej wolności. Na ich...

zobacz więcej

Usiłowano uderzyć możliwie radykalnie. Załamać nas psychicznie jak najszybciej. – Zgiełk i jazgot głosów zbliżał się stopniowo. Nareszcie gwałtownie otwarto drzwi naszego wagonu. Oślepiły nas reflektory skierowane we wnętrze. » Heraus! rrraus! rrraus!… « padały wrzaski i kolby ss-mannów na ramiona, plecy, głowy kolegów. Należało szybko znaleźć się na zewnątrz. Skoczyłem i wyjątkowo nie dostałem kolbą, stając » w piątki” – w środek kolumny. Większa zgraja ss-mannów biła, kopała i robiła niesamowity wrzask: »zu fünwe [fünf]!«.

Na stojących na skrzydłach piątek, rzucały się psy, szczute przez żołdaków. Oślepieni reflektorami, pchani, bici, kopani, szczuci psami, raptownie znaleźliśmy się w warunkach, w jakich wątpię by ktoś z nas był kiedykolwiek. Słabsi byli oszołomieni w tym stopniu, że naprawdę tworzyli kupę bezmyślną. Pędzono nas przed siebie, ku większej ilości skupionych świateł.

W drodze kazano jednemu z nas biec do słupa w bok od drogi i zaraz w ślad za nim puszczono serię z p-ma. Zabito. Wyciągnięto z szeregu 10-ciu przygodnych kolegów i zastrzelono w marszu z pistoletów, na skutek »odpowiedzialności solidarnej« za» ucieczkę«, którą zaaranżowali sami ss-manni.

Wszystkich jedenastu ciągnięto na rzemieniach uwiązanych do jednej nogi. Drażniono krwawymi trupami psy i szczuto je na nich. Wszystko to robiono pod akompaniament śmiechu i kpin. Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu z drutów, na której widniał napis: »Arbeit macht frei«. Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć” – pisał Pilecki w „Raporcie Witolda”.

Fragment książki „Rotmistrz” został opublikowany za zgodą wydawcy.

źródło:
Zobacz więcej