RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Krzysztof Karnkowski: Praworządność, traktaty i weto

Można by pomyśleć, że opozycja chce pomóc rządowi – pisze autor (fot. Omar Marques/Getty Images;PAP/Andrzej Grygiel)

Doczekaliśmy prawdziwego cudu – opozycja chce pomóc rządowi, zgłaszając w tym celu projekt uchwały sejmowej. Tyle można by zrozumieć ze słów Borysa Budki, gdyby nie wgryzać się za bardzo w całość zagadnienia. Budka tymczasem wraz z kolegami chce po prostu całkowitej kapitulacji Warszawy w imię unijnego budżetu, jeszcze kilka miesięcy temu przez jego samego uznawanego za wielką porażkę negocjacyjną premiera. Tymczasem na ulicach stolicy oglądamy obrazki, które, wysłane w świat z odpowiednim komentarzem mają wyjaśnić, czemu nasze władze tak bardzo obawiają się oceny „praworządności” przez instytucje unijne.

Wściekłość, ambicje i podziały

Wreszcie wielkie społeczne przebudzenie, potężny zryw, który za chwilę skoryguje wyniki kilku kolejnych wyborów! Przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego...

zobacz więcej

Instytucje do tego niepowołane, dodajmy. Cały mechanizm oceny praworządności jest tejże praworządności całkowitym zaprzeczeniem. Kolejny raz unijne instytucje mocą własnej decyzji próbują przyznać sobie kompetencje, których nie przewidziały zawierane przez państwa członkowskie traktaty. Jest oczywiste, że ta idea lansowana przez grupę określaną jako „państwa–skąpcy” służyć ma upieczeniu dwóch pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze – dyscyplinowaniu nielubianych rządów państw narodowych poprzez dowolne odbieranie kompetencji w sferach do tej pory dla nich zarezerwowanych. Choćby takich, jak kwestie obyczajowe, w które jeszcze do niedawna (i jak nam obiecywano przed referendum akcesyjnym) Unia miała się nie wtrącać. Dziś zapowiada to wprost ustami komisarz Jourovej. Suwerenność w tej nowej rzeczywistości staje się całkowicie iluzoryczna, ograniczona daleko poza dobrowolnie przyjęte przez nas w dokumentach akcesyjnych ramy.

Druga korzyść, według niektórych obserwatorów ważniejsza, to zwykłe utrącenie pomocy, oszczędność kosztem słabszych. W ten sposób w bogatych krajach starej Unii zostanie więcej pieniędzy, a nowi gracze, przede wszystkim Polacy, ukarani zostaną za swoją pracowitość i ambicje, które nagle czynią z nas liczących się na unijnych rynkach, mogących myśleć o konkurowaniu z silniejszymi gospodarkami i całkiem dobrze wypadających w przeróżnych statystykach obrazujących wpływ COVID-19 na sytuację całej Unii i poszczególnych państw. W tej interpretacji zachowania Unii mamy więc zwykłą chciwość, maskowaną jedynie troską o niepoliczalną i niemierzalną, a więc dającą pole do wszelkich interpretacji i nadinterpretacji praworządność. Niektórzy komentatorzy idą wręcz jeszcze dalej, sugerując, że próba narzucenia warunków nie do przyjęcia dla Polski i Węgier de facto służyć ma zablokowaniu, bądź przynajmniej opóźnieniu przyznania środków dla krajów o wiele bardziej jeszcze potrzebujących pomocy, wyniszczonych pandemią niczym wojną państw południa Europy.

Święto mało świąteczne. Co stało się 11 listopada?

To nie będzie najlepiej wspominany przez wszystkich 11 listopada. W wybitnie niesprzyjających radosnym i godnym obchodom warunkach zobaczyliśmy...

zobacz więcej

Tak czy inaczej, idzie albo o władzę, albo o pieniądze, a przecież jedno z drugim nie stoi w sprzeczności. Zostawiając więc motywacje unijnych potęg na boku, spójrzmy, jak cała sytuacja rezonuje w Polsce. Opozycja natychmiast, gdy tylko pojawiło się hasło weta, zaczęła skorzystanie z tej normalnej i umocowanej nie tylko w traktatach, lecz również praktyce UE możliwości przedstawiać jako atak na Unię, rezygnację ze środków finansowych, wreszcie już nawet nie zapowiedź polexitu, a polexit sam w sobie. To ostatnie, jak wiemy, jest jednym z mocniejszych i wciąż oddziałujących na dużą grupę wyborców straszaków polskiej polityki.

Poparcie dla naszej obecności w Unii Europejskiej dla jednych jest aksjomatem i świętością, dla innych interesem i wygodą, a dla wielu po prostu stanem naturalnym, do którego już zdążyli się przyzwyczaić. Nadal prezentujemy się jako społeczeństwo nastawione do UE i polskiej w niej obecności bardzo pozytywnie, a przedstawione kilka miesięcy temu badania wskazujące na inny stan rzeczy, okazały się być jednorazowym, nie mającym potwierdzenia w kolejnych sondażach incydentem. PiS również nie jest partią antyunijną czy eurosceptyczną, na ogół blisko jej do zwyczajnego, pożądanego przecież z punktu widzenia interesu narodowego eurorealizmu, dla eurosceptyków i tak zbyt ugodowego.

Krzysztof Karnkowski: Spóźniony ruch

Rafał Trzaskowski wydaje się być największym pechowcem polskiej polityki. Start swojego ruchu przekładał kilkukrotnie, a gdy w końcu ogłosił czas i...

zobacz więcej

Dla euroentuzjastów jednak, a do nich zaliczyć trzeba większość naszej opozycji (wyjątek stanowią tu Konfederacja i Kukiz’15) wszystko, co nie jest euroentuzjazmem jest eurosceptycyzmem i taki właśnie opis polityki rządu sprzedają, na ogół całkiem skutecznie, swoim własnym wyborcom. Skoro metoda ta działa, nic dziwnego, że sięga się po nią również dziś. W sytuacji, gdy w kraju odbywają się protesty wywołane przez decyzję Trybunału Konstytucyjnego, a społeczeństwo jest coraz bardziej zmęczone i sfrustrowane przedłużającymi się restrykcjami sanitarnymi, „polexit” ma być zapałką rzuconą przez opozycję, iskrą, która doprowadzi do społecznego wybuchu i ostatecznie pogrzebie rządy Prawa i Sprawiedliwości. Co bardziej rozmarzeni sympatycy opozycji przypominają, że ukraiński zryw, który zakończył rządy Janukowycza, zaczął się od oddalenia polityki ukraińskiego przywódcy od europejskich aspiracji tego państwa.

Gdyby jednak motywacja wzniosła nie wystarczyła, jest też druga, przyziemna, finansowa, równie zresztą jak pierwsza odległa od faktów. Licząc na niezorientowanie społeczeństwa w złożonej materii unijnych finansów i biurokracji, wmawia się Polakom, że wetując budżet rezygnujemy z unijnych pieniędzy. Prawda jest zaś taka, że Unia, w której weto zdarzało się już nie raz i nie dwa, ma na taki rozwój sytuacji przygotowane własne procedury, a co więcej, na ich wykorzystaniu Polska wyłącznie zyskuje. O ile bowiem obecnie procedowany budżet był dla nas korzystny, zwłaszcza w świetle wcześniejszych, niezbyt z punktu widzenia Polski optymistycznych zapowiedzi, o tyle ewentualne prowizorium ustalane jest według budżetu poprzedniego, z którego dostawaliśmy jeszcze więcej środków. „My nie tylko nie tracimy finansowo na tym, że stary budżet jest przeniesiony, a zyskujemy” – mówił niedawno na antenie TVP Info europoseł Jacek Saryusz-Wolski.

Kolejne wsparcie dla firm w pandemii. Sejm uchwalił „tarczę branżową”

Rządową pomoc dla sektorów najbardziej dotkniętych skutkami pandemii przewiduje uchwalona przez Sejm tzw. tarcza branżowa. Wsparcie ma przysługiwać...

zobacz więcej

Z kolei kwestie uzurpacji kompetencji pod pretekstem obrony praworządności najlepiej chyba wyłożył sam premier Morawiecki podczas sejmowego wystąpienia, posługując się przykładem relacji władz państwowych i samorządowych. Leszek Miller, porównujący opór rządów w Warszawie i Budapeszcie do pretensji użytkownika do bankomatu, który nie chce wypłacić mu pieniędzy z przyczyn regulaminowych, zdaje się nie rozumieć ani działania bankomatu, ani instytucji unijnych. Politycy mówiący, że polski rząd obawia się kontroli praworządności, ponieważ ma z nią kłopoty, sami nie są w stanie tego pojęcia „po europejsku” zdefiniować.

Ratują się więc podgrzewaniem ulicznych konfliktów, by stworzyć wrażenie, że coraz bliżej nam do Białorusi, a tym samym umocnić kilka krajów Zachodu w ich nieprzejednaniu wobec Polski i Węgier. Tyle że jak na razie to rządy dwóch państw, wspierane przez Słowenię wprost, a po cichu ponoć przez kolejne państwa mające tu swoje interesy i polityczne, i finansowe, bronią zapisów regulaminu. Co ciekawe, widzą to Polacy, w swej większości daleko wykraczającej poza elektorat Zjednoczonej Prawicy, nieulegający histerii opozycji i większości mediów. Według sondażu „Dziennika. Gazety Prawnej” i RMF FM weto wobec powiązania wypłat z praworządnością popiera 57% Polaków.

Krzysztof Karnkowski: Ameryka się sypie?

W 1997 roku, a więc już 23 lata temu, przez polskie listy przebojów przemknął chyba największy przebój Kazika „12 groszy”, zapowiadający płytę pod...

zobacz więcej

Hasło „polexitu” elektryzuje głównie sympatyków opozycji aktywnych w mediach społecznościowych, reszta czeka spokojnie na to, co się wydarzy. Zastanawiać może postawa Niemców, którzy de facto tracą na finansowym uderzeniu w Polskę. Jak wiemy bowiem, nasze powiązania gospodarcze są tak mocne, że ograniczenie przepływu unijnych środków do Polski finalnie uderza również mocno w Berlin. Cóż, być może i Niemcy wiedzą dobrze, że prowizorium nam się opłaci, a stracą tylko państwa południa?

Niemniej wiedzą tą nie dzielą się ze swoimi przyjaciółmi nad Wisłą, którzy dwoją się i troją, by niemiecka prezydencja w Unii nie zakończyła się budżetowym fiaskiem, a więc i wizerunkową klapą naszego zachodniego sąsiada. Warszawa może pozwolić sobie na grę na czas, bowiem, choć z różnych przyczyn, załatwieniem kwestii budżetu w sposób akceptowalny dla wszystkich zainteresowane są oba państwa, które przejmą wkrótce unijną kierownicę – zarówno Portugalia, dla której jest to finansowe być albo nie być, jak rozumiejąca nasze racje polityczne Słowenia. Rozmowy trwają.

źródło:
Zobacz więcej