RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Beczka etiopskiego prochu

Konflikt w Etiopii może mieć poważne konsekwencje (fot. Army.mil)

Mali, Nigeria, Algieria, Czad, Republika Środkowoafrykańska, Demokratyczna Republika Konga – wojen w Afryce stale przybywa. Kolejnym krajem, w którym zadawnione konflikty znów dały o sobie znać jest Etiopia. Znalazła się na skraju wojny domowej. Destabilizacja regionu oznacza nie tylko większą presję migracyjną, ale również okazję dla Rosji w wyścigu neokolonialnym.

Rozdarta Etiopia

Czym jest Etiopia? To pytanie jest kluczem do zrozumienia dramatycznych wydarzeń, jakie wstrząsnęły tym krajem w niedzielę. Szef sił bezpieczeństwa...

zobacz więcej

Federalna Demokratyczna Republika Etiopii to drugi najludniejszy kraj Afryki. Jest federacją regionów i plemion o skomplikowanym składzie etnicznym. W odróżnieniu od choćby Nigerii jest krajem z przewagą chrześcijan, ale nie religijna ortodoksja i fanatyzm zaprowadziły ją na skraj wojny domowej, a właśnie tygiel etniczny i tendencje nacjonalistyczne poszczególnych grup.

Niemal 60 procent z około 110-milionowej ludności należy do największych grup etnicznych – Oromów i Amharów. Mieszankę etniczną uzupełnia kilkadziesiąt mniejszych grup różniących się językiem, religią, kulturą. Spośród nich najliczniejsi się Somalowie i Tigrajczycy. Właśnie ci ostatni postanowili nasilić walkę o oderwanie od Etiopii.

Tigrajczycy wyznający jak większość mieszkańców Etiopii chrześcijaństwo w wydaniu koptyjskim zamieszkują głównie prowincję Tigraj ze stolicą w Mekelie na północy kraju, graniczącą z Sudanem i Erytreą. Teoretycznie bliżej im do Erytrei, której około połowa ludności należy do tej samej grupy etnicznej niż do federalnej Etiopii.

Bogate złoża


Tigraj to jedna najbogatszych prowincji Etiopii jeżeli chodzi o surowce. Znajdują się tu między innymi złoża złota, miedzi, żelaza a także rudy cynku i ołowiu. Podstawą gospodarki jest jednak rolnictwo, a to – jak w większości Afryki – stoi na niskim poziomie. Około 85 procent mieszkańców uprawia ziemię. Dominują uprawy niskonakładowe takie jak zboża teff i jęczmień a także fasola, ziemniaki czy cebula.

Relacje na linii Addis Abeba–Mekelie od dawna pozostają bardzo napięte. Premier Etiopii Abiy Ahmed Ali, należący do grupy Oromo, już od jakiegoś czasu próbował ograniczyć wpływy przedstawicieli niepokornej prowincji w administracji państwowej. Wielu ważnych polityków pochodzenia tigrajskiego trafiło za kraty w związku z zarzutami korupcyjnymi. Oczywiście w Afryce to rzecz powszechna, zarzuty nie musiały być wyssane w palca i pewnie nie były, ale wiadomo było, że ta próba sił będzie musiała doprowadzić do konfrontacji Tigrajczyków z władzą centralną.

Zamachowcy ostrzelali autobus. Kilkanaście ofiar

Co najmniej trzydzieści cztery osoby zginęły w ataku na cywilny autobus w regionie Bienszangul-Gumuz na zachodzie Etiopii, podczas którego...

zobacz więcej

Tigrajczycy wybrali właściwy moment, żeby przystąpić do ataku. Sytuacja polityczna w Etiopii od kilku miesięcy jest napięta. Do fatalnej sytuacji ekonomicznej będącej stanem ciągłym doszły dwie trudne dla rządu okoliczności. Pierwsza to zamordowanie popularnego oromskiego piosenkarza Hachalu Hundessy.

Śmierć gwiazdy wywołała zamieszki. Oromowie ocenili bowiem, że to kolejny przykład prześladowań ich grupy etnicznej. Już gdy Hundessa leżał umierający w szpitalu w Addis Abebie, doszło do rozruchów. Łącznie w wielu regionach kraju zginęło co najmniej 239 osób, ale według szacunków organizacji międzynarodowych mogło być ich nawet ponad 500. Zamieszki udało się zdusić po tym jak władze użyły wojska. Wystarczy iskra, żeby Oromowie znów wyszli na ulice.

Wojna zastępcza


Druga okoliczność dotyczy zarówno bezpośrednio Tigrajczyków jak i całego kraju. To pochodna wojny z Erytreą toczonej w latach 1999-2000, będącej kontynuacją konfliktu trwającego wcześniej przez 30 lat – jednej z wojen zastępczych Zachodu z blokiem komunistycznym. Władze w Addis Abebie zawarły pokój z Asmarą dopiero w 2018 roku. Premier Abiy Ahmed Ali otrzymał za to w ubiegłym roku Pokojową Nagrodę Nobla. Porozumienie naturalnie nie wszystkim w jego ojczyźnie się spodobało.

Choć około połowy mieszkańców Erytrei – historycznie kolebce etiopskiej państwowości – to Tigrajczycy, są oni skonfliktowani z pobratymcami mieszkającymi w Etiopii, którym zarzucają brak wsparcia w wojnach o niepodległość. Tigrajczykom w samej Etiopii nie podoba się natomiast porozumienie pokojowe z sąsiadem.

W Tigraju mieszkają setki tysięcy weteranów wojny w Erytreą. Dla nich premier Ali dopuścił się zdrady, zaś wstrzymanie działań wojennych było aktem tchórzostwa. Ogólne niezadowolenie spowodowane beznadziejną sytuacją gospodarczą sprawia, że nie trzeba wiele, by region stanął w ogniu.
Szef TPLF Debretsion Gebremichael chce secesji Tigraju (fot. PAP/EPA/STR)

Kocioł etniczny w Etiopii bliski eksplozji

Etiopia przypomina dziś kocioł, w którym wrze od etnicznej rywalizacji i animozji. Nagrodzony dwa lata temu pokojowym Noblem premier Abiy Ahmed z...

zobacz więcej

Oczywiście to nie wyczerpuje problemów władz centralnych. Etiopia jest zaangażowana w konflikt z Egiptem i Sudanem. Krajom tym nie podoba się budowa przez Etiopię Tamy Wielkiego Odrodzenia na Nilu Błękitnym, która ma rozwiązać problem braku dostępu do prądu w wielu prowincjach. Kair i Chartum od dawna boją się, że wpłynie to na ich dostęp do wody z najdłuższej rzeki Afryki.

Konflikt o wodę


Etiopia nie zamierza ustępować, co może doprowadzić nawet do większej wojny o wodę w Afryce o trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Takiego obrotu sytuacji nie wyklucza prezydent USA Donald Trump, sojusznik Egiptu. – To jest bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ zakłóci żywotne interesy Egiptu – mówił w ubiegłym miesiącu o budowie tamy. – Skończy się tym, że Egipcjanie wysadzą tę tamę w powietrze. Mówię to głośno i jasno – oni tę tamę zbombardują. Po prostu muszą coś zrobić – ocenił.

Premier Ali zareagował ostro, choć bezpośrednio nie odniósł się do słów Trumpa. Podkreślił, że „groźby są obrazą dla etiopskiej suwerenności, są bezproduktywne i stanowią jasne pogwałcenie prawa międzynarodowego”. – Etiopia nie ugnie się przed jakąkolwiek agresją, ani nie uznamy żadnych praw opartych na kolonialnych traktatach. I to mimo, że coraz częściej pojawiają się wojownicze groźby wobec naszego kraju – wskazał szef rządu.

Tigrajczycy ocenili, że sytuacja dojrzała i na początku listopada wystąpili przeciwko władzy centralnej. 4 listopada doszło do pierwszych ataków na posterunki wojskowe w Mekelie. Rząd Alego oskarżył o ich przeprowadzenie rewolucjonistów z Tigrajskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia (TPLF), czyli teoretycznie do niedawna swoich koalicjantów w Etiopskim Ludowo-Rewolucyjnym Froncie Demokratycznym.

Sztab generalny etiopskiej armii ocenił, że akcja bojowników miała charakter rabunkowy. Chcieli oni – oceniono – zdobyć broń i amunicję, aby móc wznieć rewolucję i oderwać region od Etiopii. Premier również dowodził, że doszło do rabunku. Podkreślił, że rebelianci „przekroczyli ostatnią czerwoną linię”.

Etiopia: Rządowe lotnictwo bombarduje stolicę Tigraju

Rządowe siły powietrzne zbombardowały w poniedziałek Mekelle, stolicę zbuntowanego regionu Tigraj – podała agencja Reutera. Tymczasem rośnie...

zobacz więcej

Naloty


Następnego dnia rząd wysłał do Tigraju dodatkowe siły i odciął region od środków komunikacji. Lokalna telewizja TigrayTV informowała o nalotach na stolicę prowincji. Generał Birhanu Jula Gelalcha wydał oświadczenie, w którym wskazał, że kraj stanął w obliczu wojny. Wyraził przy tym przekonanie, że konflikt nie obejmie całej Etiopii, lecz zakończy się szybko i nie wykroczy poza granicę Tigraju.

Komunikat zapewne był przede wszystkim na użytek propagandowy, Tigrajczycy zapowiadają bowiem zdecydowaną walkę. Zbuntowany szef TPLF Debretsion Gebremichael oświadczył, że będzie bronił regionu przed każdym atakiem. Zapewnił, że jego żołnierze są gotowi nawet na męczeńską śmierć.

Tigrajczycy znaleźli bardziej praktyczne rozwiązanie niż męczeńska śmierć – zaangażować militarnie Erytreę i doprowadzić do ponownej wojny między sąsiadami. W minioną niedzielę na kraj spadły pierwsze pociski wystrzelone z terytorium Etiopii. Dwie rakiety uderzyły w rejonie portu lotniczego w Asmarze, co potwierdzili pracownicy amerykańskiej ambasady. Można przypuszczać, że atak był również po części odwetem za wcześniejsze operacje przeprowadzone przez Erytreę, wspierającą Etiopię w walce ze zbuntowanymi Tigrajczykami. Plan ryzykowny, ale w przypadku powodzenia oznaczający możliwość osłabiania władz w Addis Abebie. Tyle, że Erytrea nie dała się sprowokować. Nie pomogły twierdzenia Debretsiona Gebremichaela – bez poparcia – że wojska Etiopii przekroczyły granicę Erytrei. Szef erytrejskiego MSZ Osman Saleh Mohammed oświadczył, że jego kraj „nie jest stroną konfliktu w Tigraju”.

Nie przeszkodziło to Gebremichaelowi w donoszeniu o rozmaitych rzekomych działaniach militarnych podejmowanych przez Asmarę. Twierdził więc, że Erytrea ostrzelała przygraniczne miasta. Oskarżył również sąsiadów o przeprowadzenie inwazji na linii Badme–Rama–Zalambessa. Oskarżył przy tym władze w Addis Abebie o pozwolenie obcemu państwu na najechanie prowincji, zaś współpracę etiopsko-erytrejską nazwał zdradą stanu.

Polacy wspierają etiopskich lekarzy w walce z koronawirusem. Weszli do czerwonej strefy

Polscy lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni odpowiedzieli na zaproszenie ministerstwa zdrowia Etiopii i rozpoczęli pracę w największym w...

zobacz więcej

Desperackie próby Gebremichaela świadczą o tym, że tigrajscy bojownicy przegrywają z wojskami przysłanymi do stłumienia buntu. Pojedyncze akcje zaczepne jak choćby ostrzelanie w nocy z 13 na 14 listopada miast Bahir Dar i Gondar leżących w sąsiednim stanie Amhara niewiele mogą już zmienić.

Wydaje się, że zasadnicza część konfliktu, który pochłonął na razie – jak się szacuje – setki ofiar, faktycznie wkrótce się zakończy. Władze w Addis Abebie informują o odbiciu kolejnych tigrajskich miast. TPLF pozostanie walka partyzancka, w czym ma zresztą spore doświadczenie. Może to oznaczać nawet wieloletnią destabilizację nie tylko północnej Etiopii, ale całego regionu. Już daje się zaobserwować ruchy migracyjne. Z Tigraju uciekło na razie ponad 20 tysięcy osób, przede wszystkim do Sudanu, w Erytrei nie mają bowiem czego szukać. Część koczuje w obozie Um Raquba leżącym w mieście Gadaref na wschód od Chartumu.

Obecnie dwie rzeczy są pewne. Pierwsza to, że niezależnie od stopnia podporządkowania Tigraju władzy centralnej, prowincja ta być może już zawsze będzie szukała okazji jak nie do oderwania od Etiopii to do osłabienia władz w Addis Abebie. Do tego dojdą konflikty z innymi grupami etnicznymi, szczególnie tymi zamieszkującymi północ kraju.

Atmosfera niechęci


Amharska telewizja AMMA już wezwała mieszkańców prowincji do zachowania szczególnej ostrożności. Stacja przekonuje, że Tigrajczycy nie cofną się przed popełnianiem zbrodni wojennych, dlatego Amharowie muszą się przygotować do ochrony swoich domów. Atmosfera nie tylko wzajemnej niechęci, ale i podsycanie strachu i niepewności będą musiały skutkować utrudnianiem w przyszłości procesu pojednania między grupami, a być może doprowadzi do konfliktu etnicznego a nawet czystek.

Po drugie, osłabiona i targana wewnętrznymi konfliktami Etiopia powoli staje się narzędziem w rozgrywkach neokolonialnych. Swoje próbuje ugrać Izrael, który zgodnie ze swoim interesem dąży do ustabilizowania sytuacji w strategicznie kluczowym „Rogu Afryki”. Premier Ali może liczyć na wsparcie Izraela w kwestiach wywiadowczych. Dowodzą tego wyciekłe niedawno informacje na temat dzielenia się przez izraelski wywiad z Etiopskim Wywiadem i Służbą Bezpieczeństwa (NISS) „informacjami” oraz „transferem technologii”.
Tysiące osób uciekają z Tigraju (fot. PAP/EPA/LENI KINZLI / HANDOUT)

Konflikt w Etiopii. MSZ ostrzega przed eskalacją

Polska jest głęboko zaniepokojona eskalacją konfliktu w regionie Tigraj w Etiopii; konflikt stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa całego regionu...

zobacz więcej

Kluczowym zawodnikiem wydaje się jednak być Rosja, która odgrywa coraz większą rolę w regionie. W odróżnieniu od Chin stawia na ekspansję nie przede wszystkim ekonomiczną a militarną. Dowodem na wzrost aktywności Moskwy w regionie są akcje najemników z Grupy Wagnera w Afryce środkowej czy zaangażowanie w konflikt w Algierii.

Dawne mocarstwa europejskie, które utraciły swoje kolonie w Afryce nie potrafią dołączyć do nurtu neokolonializmu. Czasami wykorzystują swój status patronacki w stosunku w byłych kolonii, ale nie potrafią wykorzystać tego potencjału. Najlepszym przykładem jest Francja, która wspiera Mali nie z uwagi na dawne relacje, a żeby powstrzymać islamistyczną rebelię, która może zaowocować dalszym wzrostem migracji z Sahelu i rozprzestrzenianiem się ideologii dżihadyzmu.

Francja traci wpływy


Paryż nie chce albo nie potrafi rozszerzać swojej strefy wpływów, a nawet je traci. Świadczy o tym casus Republiki Środkowoafrykańskiej. W wyniku błędów i zaniechań Francja utraciła kontrolę nad tym krajem. Wykorzystała to Rosja, która ma w perspektywie dostęp do tamtejszych złóż złota i diamentów oraz złóż ropo- i uranonośnych. Dla Rosji to też dobry punkt wypadowy to rozszerzania swoich wpływów na sąsiednie kraje jak ogromna Demokratyczna Republika Konga.

We wschodniej Afryce Rosja ma już przyczółek w sąsiadującym z Etiopią Sudanie. Władimir Putin ubił bardzo dobry interes. Rosja wydzierżawi za darmo kawałek nabrzeża nad Morzem Czerwonym i tereny w porcie, w którym jednocześnie będą mogły stacjonować cztery okręty wojenne, do portu będzie mogło też przypływać dowolne cargo, bez żadnych ceł. Oficjalnie to baza „zabezpieczenia techniczno-materiałowego”, ale ten eufemizm oczywiście oznacza normalną bazę wojskową pozwalającą prowadzić działania zaczepne, jak Tartus w Syrii.

W Sudanie ma stacjonować łącznie 300 Rosjan, objętych immunitetem dyplomatycznym, ale jeżeli strony się dogadają, będzie można zwiększyć tę liczbę. Rosja ma też prawo do zainstalowania na wydzierżawionych terenach systemów obrony przeciwlotniczej oraz walki radioelektronicznej. Będzie to więc de facto rosyjska enklawa w Sudanie.

Sytuacja w Etiopii może „wymknąć się spod kontroli”. ONZ alarmuje

Organizacja Narodów Zjednoczonych alarmuje o pogarszającej się sytuacji w zbuntowanym, etiopskim regionie Tigraj, gdzie dochodzi do coraz...

zobacz więcej

Zarówno w Republice Środkowoafrykańskiej jak i Sudanie Rosja wykorzystała chaos panujący w tych krajach i potrzebę słabych władz, by mieć oparcie w mocnym podmiocie. Idealny układ dla patrona szukającego nowego przyczółku i poligonu. Takie warunki panują również oczywiście w Etiopii i Moskwa nie może nie skorzystać z okazji.

Wpływy w Afryce


Względnie niskim kosztem Rosja może rozszerzyć wpływy w Afryce, szczególnie w strategicznym rejonie Morza Czerwonego, w którym już rozpychają się Chiny posiadające bazę w Dżibuti. Jednocześnie Moskwa może pozować na peacemakera, podobnie jak w przypadku ostatniej odsłony konfliktu o Górski Karabach. Same korzyści.

Z tej geopolitycznej gry Zachód sam się wypisał. W zasadzie poza Somalią nie ma on czego szukać na wschodzie Afryki. To między innymi efekt kolonialnego resentymentu, który mieszkańcy tego regionu mają dla dawnych mocarstw, przez wieki wyzyskujących ludność tubylczą.

Rosja ma pod tym względem czystą kartę, co jest zarówno korzyścią, gdyż nie ma kolonialnego obciążenia, jak i pewną przeszkodą wynikającą z braku wpływów kulturowych. To bowiem choćby kwestia języka; rosyjski w odróżnieniu francuskiego, angielskiego, hiszpańskiego czy portugalskiego nigdy nie był tu językiem urzędowym.

Wprawdzie z wyjątkiem Afryki Północnej, Angoli i Konga-Zairu rządzonego przez Patrice'a Lumumbę, ZSRR przegrał z Zachodem rywalizację w postkolonialnej Afryce, to jednak ruchy lewicowe zawsze patrzyły przyjaźnie w kierunku Moskwy. Właśnie tam kształciły się elity wielu afrykańskich państw. Etiopia zaś po upadku cesarza Hajle Syllasje I miała przecież komunistyczny reżim Dergu rządzonego przez Mengystu Hajle Marjama, który wprowadził czerwony terror inspirowany tymi z ZSRR i Chin. Teraz Rosji wystarczy odświeżyć kanał, zdobyć kolejny przyczółek i będzie mogła zagrać Zachodowi na nosie.

źródło:
Zobacz więcej