RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Wyparowali przez źle ustawioną wajchę

Kreml potwierdził, że doszło do katastrofy, dopiero 34 lata po tragedii (fot. NASA)

Platforma startowa rakiety R-16 na Kosmodromie Bajkonur, trwają gorączkowe prace przy uruchomieniu precyzyjnej, a przy tym niezwykle zawodnej aparatury. Inżynier Michaił Jangiel robi sobie przerwę na papierosa. W tym momencie następuje eksplozja. Gdy wraca, wokół dziesiątki trupów i rannych, wiele osób wręcz wyparowało. Doszło właśnie do największej katastrofy kosmicznej w historii ludzkości. Sowieckie władze zaraz rozpoczynają swoje gorączkowe prace, żeby nikt się nie dowiedział o tragedii. Mija właśnie 60 lat od tych dramatycznych zdarzeń.

Śmierć na Górze Umarłych. UFO doprowadziło do zagłady studentów?

Kosmici, tajna broń, wilkołaki, potwór Menk, diabli wiedzą co – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co zaszło w obozie studentów i...

zobacz więcej

Tajne przez poufne, specjalnego przeznaczenia, zamknięty okręg, tajemnica państwowa – w Związku Sowieckim niemal wszystko było pilnie strzeżoną tajemnicą. Osoby niepowołane, które miały z nimi kontakt, trafiały w najlepszym razie do więzień i łagrów. Komunistyczne władze szczególnie pilnowały dwóch rzeczy – spraw szeroko związanych z wojskowością, a więc niemal każdego aspektu życia, oraz katastrof.

W kraju sprawiedliwości społecznej nie było miejsca na katastrofy, wszystko zostało przecież doskonale przygotowane zgodnie z wytycznymi ideologicznymi marksizmu-leninizmu, a przecież w komunizmie nie może być pomyłki. Błędy, wypadki mogły się przytrafiać wyłącznie na zgniłym Zachodzie, gdzie rządzą kapitał, kartele i trusty.

Taka była oficjalna linia partii, praktyka wyglądała oczywiście inaczej. Do wypadków dochodziło, ale trzymano je w tajemnicy – przed wrażymi siłami i rodakami, żeby ani przez moment nie zwątpili w to jakie mają szczęście, że mogą żyć w raju na ziemi.

Eksport ideologii

Władze kraju powszechnej szczęśliwości, chciały dzielić się swoimi humanistycznymi zdobyczami i pokojem z innymi, dlatego stawiały na eksport swojej ideologii. Służyły temu zbrojenia, w tym oczko w głowie – podbój Kosmosu. Sowieci chcieli dzięki wysyłanym rakietom potwierdzić wyższość socjalizmu nad zdeprawowanym kapitalizmem. Oczywiście korzyści propagandowe nie były jedyne, zdobyta wiedza była wykorzystywana w zbrojeniach.

Pośpiech, nieudolność, partactwo, ale również zwykły pech sprawiały, że wiele razy ambitne plany brały w łeb i skutkowały licznymi ofiarami. Właśnie w ZSRR doszło do największej w historii ludzkości katastrofy kosmicznej. Nie wypadek podczas prac konserwacyjnych w silosie amerykańskiej rakiety Titan II, gdy robotnicy uszkodzili instalację hydrauliczną w efekcie pożar uśmiercił 54 osoby. Tym bardziej nie zagłada promów kosmicznych Challenger czy Columbia na oczach całego świata. To eksplozja w kosmodromie Bajkonur w odludnym stepie Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej dzierży palmę pierwszeństwa. Mimo to do dziś nie wiemy, ile ofiar pochłonęła.

Kosmiczna primadonna

Agresja na Ukrainie, działania wojenne w Syrii, Libii, straszenie sąsiadów rakietami, militaryzacja całego społeczeństwa, próba zajęcia Arktyki....

zobacz więcej

Przenieśmy się do początku lat 60. ubiegłego wieku. Związek Sowiecki rywalizuje ze Stanami Zjednoczonymi na tylu polach, na ilu się da. Sekretarz generalny KPZR Nikita Siergiejewicz Chruszczow skończył z siermiężnym i zbrodniczym stalinizmem. Jego wersja ZSRR jest nieco bardziej ludzka, ale to i tak jest kraj ogarnięty szpiegomanią: KGB sprawuje władzę bezwzględną, zaś Archipelag Gułag zaludnia się kolejnymi tysiącami nieszczęśników, którzy niefortunnie powiedzieli jakiś żart, nie donieśli, że ktoś coś powiedział i tak dalej. Zbrodnia w rozkwicie.

Żelazna kurtyna już od dawna dzieli Europę i świat. Chruszczow stawia na przemysł ciężki i zbrojenia. Moskwa szykuje się do wysłania pocisków balistycznych na Kubę, żeby grozić USA po tym, jak Waszyngton umieścił swoje pociski w Wielkiej Brytanii, Włoszech i Turcji. Zegar zagłady zbliża się do północy.

Nie szczędzą środków

Wojska rakietowe należą do najważniejszych w Armii Czerwonej i na ich rozwój Kreml nie szczędzi środków. W maju 1959 r. marszałek Mitrofan Iwanowicz Niedielin, który w edukacji powszechnej doszedł do siódmej klasy, został mianowany głównym marszałkiem artylerii. W grudniu awansowano go na głównodowodzącego Wojsk Rakietowych Przeznaczenia Strategicznego ZSRR. O randze jego i jego branży świadczy fakt, że był jednocześnie zastępcą ministra obrony ZSRR, a więc jedną z najważniejszych osób w aparacie władzy.

Dla Niedielina najważniejszy jest projekt badawczy rakiety R-16, dwustopniowego, międzykontynentalnego pocisku balistycznego pierwszej generacji, który można uzbroić w głowicę termojądrową o mocy 6 megaton. Zgodnie z planami może pokonać nawet 13 tys. km, więc jest w stanie teoretycznie razić dowolne miejsce w Stanach Zjednoczonych.

R-16 to świetny straszak, ale nie jest pozbawiony wad. Wprawdzie ma celność 2700 metrów, więc może niszczyć miasta, ale ukryte pod górą centrum dowodzenia jest poza jego zasięgiem. Do tego pocisk jest ogromny, mierzy 30 metrów długości i 3 metry średnicy, waży ponad 140 ton, jest więc podatny na zniszczenie amerykańskimi rakietami.

Broń rakietowa stanowi oczko w głowie Kremla (fot. Mil.ru)

Atomowy kret bojowy. Jak Sowieci chcieli pokonać USA

Wojna motorem postępu – brzmi stare hasło, które dotąd nie straciło i zapewne nigdy nie straci na aktualności. Technologie wojskowe od zawsze...

zobacz więcej

Problemem jest również obsługa. Wytoczenie rakiety, jej zatankowanie i przygotowanie do startu trwa dobre trzy godziny, trzeba ją bowiem trzymać w hangarze, silosy to późniejszy pomysł. Do tego 20 minut zajmuje konieczne rozpędzenie żyroskopów układu naprowadzania.

Diabelski jad

Zatankowana rakieta może być trzymana przez miesiąc, w uwagi na bardzo korozyjne własności utleniacza AK-27I składającego się z kwasu azotowego i tetratlenku diazotu, jednego ze składników paliwa. Paliwo jest nazywane przez żołnierzy „diabelskim jadem” ze względu na to, że jest wyjątkowo łatwopalne, a do tego silnie żrące. W zbiornikach znajdują się dziesiątki tysięcy ton niebezpiecznych substancji, które gwarantują oderwanie kolosa od ziemi i wysłanie go do stratosfery, ale też niosą ogromne zagrożenie dla obsługi. To jednak gotowa rakieta. Na początku lat 60. projekt jest jeszcze w powijakach.

R-16 to dziecko Michaiła Jangiela, szef biura konstrukcyjnego OKB-586. Numer nie znaczy nic. Ma tylko zwiększyć tajemniczość przedsięwzięcia, a więc i strach przed nim. To zresztą popularna praktyka w Związku Sowieckim.

OKB-586 powstało jako wydzielony dział projektowo-konstrukcyjny zakładów Jużmasz w Dniepropetrowsku na Ukrainie, obecny Dniepr. Jużmasz produkuje w tym czasie nie tylko międzykontynentalne rakiety balistyczne, ale również sztuczne satelity i rakiety nośne, to jeden z najważniejszych i najtajniejszych zakładów w Sojuzie.

Sam Michaił Kuźmicz to 49-letni inżynier o nietypowym życiorysie. Pochodzi z okolic Irkucka, przed zdaniem na prestiżowy Moskiewski Instytut Lotniczy musi pracować z bratem w fabryce tekstylnej. Po studiach podejmuje pracę w biurze projektowym Nikołaja Nikołajewicza Polikarpowa.

Szpiegowanie żartami. Jak CIA rozpracowywało Sowietów

Wyścig zbrojeń, wyścig kosmiczny, wojny zastępcze – zimna wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim miała wiele oblicz....

zobacz więcej

W 1938 r., gdy Wielka Czystka zaczyna zmiatać dziesiątki tysięcy ludzkich istnień, wyjeżdża na staż do USA. Pracuje w fabryce, w ramach licencyjnej produkcji samolotów amerykańskich w ZSRR.

Po powrocie ze Stanów wyjątkowo nie trafia przed oblicze kata NKWD ani do łagru. Zostaje asystentem Polikarpowa. Nad bronią rakietową pracuje od 1950 r. i stopniowo pnie się w hierarchii.

Jest ideowym komunistą, ale nie twardogłowym. Potrafi stworzyć w pracy przyjazną, otwartą atmosferę. Pozwala na swobodne i krytyczne rozważanie nowych pomysłów i idei.

Wicie, rozumicie

Mamy teraz październik 1960 r. Rakieta jest prawie gotowa. Marszałek Niedielin naciska na przeprowadzenie udanego startu tak, żeby gotowa broń miała uświetnić najważniejsze święto – rocznicę rewolucji październikowej, która odbędzie się 7 listopada. – Rakieta musi się wznieść, wicie, rozumicie – zapewne powtarza marszałek.

Jest poniedziałek, 23 października. Prototyp rakiety stoi więc dumnie na platformie startowej o numerze 41 na Kosmodromie Bajkonur i odbywają się testy przedstartowe. Na razie nie trzeba naginać procedur bezpieczeństwa.

Moment katastrofy uwieczniły kamery (fot. TT/Space Agenda)

Ikar leci w kosmos. Tragiczni poprzednicy Gagarina

Jurij Gagarin był pierwszym człowiekiem w kosmosie. To wiemy ze szkoły. Czy aby na pewno on był pierwszy? Niekoniecznie. Pomijając sympatyczną...

zobacz więcej

Wszystko zmienia niefortunny incydent. Rakieta oczekuje na przeprowadzenie ostatnich testów przed odpaleniem, jest wypełniona podwójnym paliwem hipergolowym (UDMH-kwas azotowy). Substancja jest silnie żrąca i toksyczna, wytwarza koszmarne trucizny w procesie spalania.

Projektanci biorą pod uwagę zagrożenie w procedurach bezpieczeństwa podczas przygotowywania prototypu R-16 do startu. Dochodzi jednak do błędu – technicy przypadkowo odpalają ładunki pirotechniczne rozrywające membrany przewodu paliwowego pierwszego stopnia. Efektem jest wyciek paliwa do komory spalania. Sytuacja jeszcze nie jest beznadziejna, paliwo trafia tam, gdzie i tak miało trafić, ale odbywa to się zdecydowanie za szybko.

Incydent nie powoduje niemożliwego do opanowania niebezpieczeństwa, ale stężony kwas azotowy, będący składnikiem paliwa, nie może pozostawać w przewodzie paliwowym dłużej niż dwa dni. W przeciwnym razie toksyczna substancja musi spowodować poważne uszkodzenie rakiety.

Procedura przewiduje, że w tej sytuacji konieczne jest wypompowanie toksycznych substancji i odstawienie rakiety do serwisu w celu wymiany szybko korodujących elementów. To opóźniłoby testy i R-16 mogłaby nie wznieść się przed 7 listopada. Zapada więc decyzja o odpaleniu rakiety następnego dnia, prace przygotowawcze muszą zostać przyspieszone. Klamka zapada i nie ma już odwrotu.

NATO uznało kosmos za obszar działań operacyjnych

Ministrowie spraw zagranicznych państw NATO zdecydowali w Brukseli, że Sojusz będzie traktował kosmos jako kolejny obszar działań operacyjnych,...

zobacz więcej

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Jeszcze tego samego dnia technicy testują kilkanaście komponentów rakiety, zostają dostrojone albo wymienione, żeby nic nie zawiodło. Próby odbywają się równolegle, łatwo o błąd. Niedielin informuje dygnitarzy, że nazajutrz odbędzie się wystrzelenie rakiety. Zaprasza do obejrzenia najnowszego dzieła sowieckiej myśli wojskowej w akcji.

Gorączkowe przygotowania

Wtorek, 24 października. Od rana trwają gorączkowe przygotowania do startu. Niektóre procedury przeprowadza się równolegle. Dygnitarze marzną, czekając już na stanowisku obserwacyjnym, Niedielin świeci oczami, że zaraz próba się odbędzie, ale w końcu traci cierpliwość i udaje się na platformę startową, aby wszystkiego dopilnować z bliska i zmobilizować załogę.

Niektórzy inżynierowie są przerażeni pracą bezpośrednio pod rakietą z zalanymi niebezpiecznym paliwem komorami spalania. Nie ma jednak zlituj. Sam marszałek daje podwładnym przykład. Swoje krzesło ustawia bezpośrednio pod rakietą. Walczył na wielu frontach, więc odwagi mu nie brakuje, ale wielu fizyków frontu nie widziało i pietra mają.

Pojawiają się problemy. Naukowcy stwierdzają, że ukryty w bunkrze dowództwa Programowany Dystrybutor Napięcia (PDN) służący do uruchamiania podczas procedury startu poszczególnych komponentów rakiety nie działa prawidłowo. Urządzenie jest kluczowe, załącza bowiem odpowiednie obwody i wysyła do rakiety sygnały elektryczne powodujące otwarcie konkretnej membrany pirotechnicznej kontrolującej przepływ paliwa, odpala silniki i kontroluje przechodzenie do kolejnych faz pracy rakiety.

Wichajster trzeba naprawić. Błąd numer jeden. Któryś z techników pozostawia PDN w pozycji końcowej „po odpaleniu”, chociaż powinien był zostać ustawiony w początkowej pozycji, „przed odpaleniem”.

Oficjalnie zginęły 92 osoby, nieoficjalnie – znacznie więcej (fot. WIki 4.0/Mixrunya)

Dlaczego naprawdę zginął Gagarin

zobacz więcej

Błąd numer dwa. Naładowane wewnętrzne akumulatory rakiety zostają uaktywnione poprzez podłączenie do obwodu o minimalnym obciążeniu. Odbywa się to wbrew procedurom bezpieczeństwa, ale zrobiono tak, gdyż jest już jesień i temperatura w stepie jest niska, wobec czego zachodziła obawa, że jeśli nie uaktywni się akumulatorów, to może ona wpłynąć na ich pracę.

Wbrew procedurom

Taka konfiguracja mogłaby ponownie opóźnić lot – co byłoby kompromitacją wojskowych – natomiast uaktywnione akumulatory wydzielają ciepło. Zapada więc decyzja, że akumulatory zostaną zdezaktywowane tuż przed samą procedurą startową, zaś podczas niej zostałyby ponownie uaktywnione. Co ciekawe, nie cały personel zostaje poinformowany o tym odstępstwie od procedur, w efekcie w niebezpiecznym miejscu znajduje się bardzo wielu ludzi, nawet zbyt wielu.

Kolejny akt z tragicznego w skutkach splotu okoliczności to działanie jednego z inżynierów pracujących w bunkrze dowództwa. Zauważa, że PDN jest w niewłaściwym położeniu i zgodnie z zasadami logiki przestawia go, jak należy. Choć PDN nie jest podłączany do zasilania, podczas przestawiania go dochodzi do połączenia obwodu, do którego jest podłączony uaktywniony akumulator, oraz obwodu odpalającego ładunki pirotechniczne rozrywające membrany blokujące dopływ paliwa i utleniacza do komory spalania drugiego stopnia. W rezultacie dochodzi do uruchomienia silnika drugiego stopnia, pod którymi przecież pracują ludzie.

Jest godzina 18.45. Płomienie wylotowe silników drugiego stopnia natychmiast przepalają ściany zbiorników silników pierwszego stopnia, które eksplodują. Ludzie znajdujący się najbliżej rakiety zostają spopieleni albo wyparowują. Ci, którzy stoją nieco dalej, zostają spaleni żywcem, zaś jeżeli nie docierają do nich płomienie – otruci toksycznymi substancjami. Wszystko nagrywają kamery rozstawione w różnych punktach platformy startowej, które włączają się automatycznie.

Kaci Stalina. Mordowanie w imię sprawiedliwości społecznej

Stalinizm to jedna z najczarniejszych epok w historii Europy. Porównywany z nazizmem i terrorem jakobińskim spowodował śmierć znacznie większej...

zobacz więcej

Ginie marszałek Niedielin, który jednak nie trafia z pozycją swojego krzesła, oraz kilkadziesiąt osób. Ile? Oficjalnie łącznie 92, ale może więcej. Zostają później pochowani, często symbolicznie, we wspólnym grobie w parku miejskim w Bajkonurze. Nie wiadomo dokładnie, ilu jest rannych, bo władze to ukryją. Możemy przyjąć, że co najmniej kilkudziesięciu, ale zapewne więcej. Wielu poparzonych umiera później w szpitalach.

Papieros ratuje życie

Sam inżynier Jangiel ma niewyobrażalne szczęście. Chwilę przed katastrofą opuszcza teren obiektu i idzie zapalić papierosa. Czeka go później rozmowa z Chruszczowem. – Czemu przeżyłeś? – pyta gensek. – Wyszedłem zapalić. To wszystko moja wina – mówi drżącym głosem. Wkrótce przechodzi zawał. Miesiącami pozostaje bez pracy.

Jego kariera nie jest jednak skończona, choć na odgrywanie pierwszoplanowej roli w najważniejszych projektach nie może liczyć. ZSRR nie może obyć się bez fachowców od broni rakietowej, zwłaszcza po tym, jak wielu z nich ginie w Bajkonurze. Jangiel dostaje więc przydział. Pracuje nad rakietami nowej generacji, a następnie nad członem rakietowym dla lądownika księżycowego Łunnyj korabl. Próby lądownika przebiegają pomyślnie, a inżynier umiera wkrótce po ich zakończeniu, 25 października 1971 r. W dniu 60. urodzin.

Jangiel bierze na siebie winę, ale władze nie mogą mu zrobić krzywdy, jest za bardzo potrzebny. Sprawy toczą się następująco. Jeszcze 24 października 1960 r., kilka godzin po katastrofie, Nikita Siergiejewicz Chruszczow utajnia wszystkie informacje dotyczące tragedii.

Ukryć śmierci Niedielina, Bohatera Związku Radzieckiego i zastępcy ministra obrony, się nie da. Oficjalnie podaje się, że zginął w katastrofie lotniczej. To częsta praktyka. Jurij Gagarin też oficjalnie zginął w katastrofie lotniczej.

Rodziny innych ofiar również otrzymują informację, że ich bliscy zginęli w takich okolicznościach. Ci, którzy przeżyli, muszą zobowiązać się do milczenia.

Zadanie dla Breżniewa

Nadzór nad śledztwem otrzymuje Leonid Breżniew, przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR, jedna z najważniejszych osób w państwie. Pokazuje to jaką rangę otrzymuje dochodzenie. Leonid Iljicz organizuje komisję i udaje się do Kazachstanu.

Ponieważ do katastrofy dochodzi w ZSRR, nie może obyć się bez osobliwości. Komisja takie znajduje. Ustala między innymi, że w bezpośrednim miejscu katastrofy znajdowało się wiele osób, których nie powinno tam być, a powinni się chronić w bunkrach. Ustalenie prawdy nie jest zresztą najważniejsze. Breżniew nalega, by komisja nie szukała winnych. – Winni i tak już zostali ukarani – tłumaczy przyszły dyktator.

Prawda pozostaje w ukryciu przez 34 lata. Dopiero w 1994 r. Moskwa oficjalnie przyznaje, że w Bajkonurze doszło do katastrofy. W szczegóły jednak władze nie wchodzą. Wstyd, poza tym to ciągle tajemnica państwowa. Nie podaje się choćby liczby ofiar, oficjalnie są ich 92, ale szacuje się, że mogło zginąć nawet 126 osób. Trudu zbadania tego zagadnienia podejmuje się rosyjski naukowiec Borys Czertok.

Niezależnie od liczby ofiar, jest to oczywiście największa katastrofa kosmiczna w historii, rakieta R-16 miała bowiem pokonać barierę kosmosu. Możemy przyjąć, że to jest kluczowe. Fakt, że to projekt ściśle wojskowy i celem nie jest wysłanie człowieka w przestrzeń kosmiczną, ale na tamten świat, ma w tym przypadku drugorzędne znaczenie.

Katastrofa rosyjskiej rakiety kosmicznej – osiem minut po starcie spadła w okolicach Czyty na Syberii

Szczątki rakiety kosmicznej Proton M spadły w rejonie miasta Czyta na Syberii. Rosyjska rakieta miał wynieść na wokółziemską orbitę meksykańskiego...

zobacz więcej

Priorytetem armia

Warto też nadmienić, że w ZSRR program kosmiczny w znacznym stopniu pokrywa się z programem wojskowym. Armia i pokonanie USA mają priorytet, zaś podbój kosmosu jest czymś wtórnym. Kapsuła Wostok-1, która wyniosła w przestrzeń kosmiczną Gagarina, została przecież umieszczona w zmodyfikowanym pocisku balistycznym R-7.

Katastrofa w Bajkonurze wpisuje się w ciąg najpilniej strzeżonych tajemnic Związku Sowieckiego. Nie można było o nich mówić ani pisać. Za złamanie groziły surowe konsekwencje. Jakiekolwiek strzępki informacji, jakie wypływały na ich temat były natychmiast zakłamywane. Tak było też w przypadku katastrofy w Kosmodromie Plesieck 18 marca 1980 r., gdzie w wyniku eksplozji rakiety Vostok-2M oficjalnie – co przyznano po latach – zginęło 48 osób, zaś 87 zostało rannych. Tak też było w przypadku katastrofy w Majaku, jednym z największych zakładów jądrowych ZSRR leżącym nieopodal zamkniętego miasta Oziorsk, które oficjalnie nie istniało.

29 września 1957 r. w Majaku doszło do awarii systemu chłodzenia zbiornika zawierającego dziesiątki tysięcy ton rozpuszczonych odpadów jądrowych. Doszło do eksplozji, na szczęście niemającej charakteru jądrowego. Miała ona siłę równą wybuchowi 75 ton trotylu. Zginęło co najmniej 200 osób, zaś 39 tys. km kwadratowych (jedna ósma powierzchni Polski) zostało objęte skażeniem promieniotwórczym.

O tym nikt nie miał prawa wiedzieć. Tak jak o katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, do której doszło 26 kwietnia 1986 r. Błędy, niefortunny splot wydarzeń i kłamstwa władz kosztowały życie wielu tysięcy osób. Do dziś nie wiadomo, ilu. Kreml usiłował zataić eksplozję, ale wiatr zwiał materiał radioaktywny nad Skandynawię i Zachód upomniał się o prawdę.

źródło:
Zobacz więcej