RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Hanoi – niezwykła stolica Wietnamu

Młodzi kelnerzy na widok turysty prześcigają się w zachwalaniu menu i w promocjach (fot. Agnieszka Wasztyl)

Kolorowe lampiony wyglądają w stolicy Wietnamu zjawiskowo. Na ulicach Starego Miasta drobni sklepikarze handlują pod gołym niebem, czym tylko się da. Kupić można wszystko. Od soczystych owoców mango po podróbki torebek znanych marek. Uliczne garkuchnie kuszą zapachami, a przed restauracjami brakuje miejsc do siedzenia. Młodzi kelnerzy na widok turysty prześcigają się w zachwalaniu menu i w promocjach.

Korona-weekend nad Bałtykiem

Zapełnione parkingi, tłumy w restauracjach i beztroska urlopowiczów. Tak wygląda słoneczny weekend nad polskim morzem. Chociaż Ministerstwo Zdrowia...

zobacz więcej

– Polecamy barbeque, dobra cena – zapewnia sympatyczny chłopiec i z nadzieją czeka na naszą odpowiedź. Zwabieni zapachem siadamy na małych plastikowych stołeczkach przed jedną z restauracji. Rzeczywiście polecane danie jest tu bardzo popularne. Jedzą je nie tylko turyści, ale i miejscowi. Postanawiamy spróbować. Dodatkowo prosimy o sajgonki i ryż, który jest podstawowym składnikiem wietnamskiej kuchni. W Azji uprawia się go od siedmiu tysięcy lat. Dawniej składano go w ofierze pradawnym bogom i boginiom. W połączeniu z soczystym mięsem smakuje wybornie.

Nad nami wiszą przewody elektryczne. To typowy obraz dla krajów Azji. Są dosłownie wszędzie. Czasem zastanawiam się, jak podczas awarii prądu Wietnamczycy są w stanie odnaleźć właściwy kabel w tej bezładnej plątaninie.

Najedzeni ruszamy dalej. Stare Miasto w Hanoi to labirynt ponad 60. wąskich i zatłoczonych uliczek. Spacerując można natknąć się na małe i niepozorne buddyjskie świątynie. My od razu kierujemy się w stronę jeziora Hoan Kiem. Jest piątkowy wieczór i wokół akwenu gromadzi się wiele młodych ludzi. Aleje w okolicach jeziora są już teraz zamknięte dla ruchu kołowego. Zamieniły się w deptaki i miejsca rozrywki. Młodzież gra w popularną „Zośkę”, nastoletni muzycy próbują zainteresować przechodniów, dzieciaki beztrosko biegają i bawią się drewnianymi klockami, a starsi… tańczą. Z głośników rozbrzmiewa wietnamska muzyka, co chwilę dołączają nowe pary. Chętnych tancerzy jest wielu. Spoglądamy na nich z uśmiechem. Trudno mi sobie wyobrazić taki dancing pod chmurką w Warszawie.

Nad jeziorem pięknie podświetlona jest pochodząca z XIX wieku Nefrytowa Świątynia i most, który do niej prowadzi. Na małej wysepce na środku akwenu stoi oświetlona na żółto Żółwia Wieża. Żółw to ważne zwierze dla Wietnamczyków. Legenda głosi, że dawno temu wyłonił się z tego jeziora i wręczył cesarzowi Le Loi miecz, którym pokonał Chińczyków.

Biskupin – podróż w czasie do pradawnego grodu

Nazywany „polskimi Pompejami”, jest jednym z najważniejszych stanowisk archeologicznych Europy. Odnalezienie w Biskupinie osady z pogranicza epoki...

zobacz więcej

Zupa pho na śniadanie i pozostałości po Francuzach

Jest siódma rano i miasto powoli się budzi. O tej porze w ciasnych uliczkach Starego Miasta jest jeszcze cicho i spokojnie. Na chodnikach stragany rozstawiają pierwsi sprzedawcy, gdzieniegdzie przejedzie Wietnamczyk na rowerze obładowany koszami z produktami, które chciałby dziś sprzedać. Nie jest łatwo tak wcześnie dostać coś do jedzenia. Trafiamy na boczną uliczkę i chyba jedyną otwartą o tej porze małą restaurację – choć restauracja to za dużo powiedziane. Zamawiamy zupę pho – sycący bulion z makaronem ryżowym i mięsem. Zresztą innego wyboru nie ma. Nigdy nie jadłam zupy tak wcześnie, ale muszę przyznać, że pho od razu postawiła nas na nogi.

Obudzeni i pełni sił kierujemy się w stronę Dzielnicy Francuskiej. Mijamy Katedrę Świętego Józefa, która przypomina mi Notre Dame w Paryżu. To zupełnie inny świat. Ulice są szerokie, jest także więcej zieleni. Gdyby nie pędzące skutery i Wietnamczycy na rowerach, to pomyślałabym, że jestem w jednym z europejskich miast. Ładne kamienice i drogie hotele powstały tu w XIX wieku, kiedy miasto znajdowało się w rękach Francuzów. Wzrok przyciąga elegancki i odnowiony budynek opery, która została otwarta w 1911 r. W dzielnicy znajduje się także Maison Centrale - dawne więzienie, które służyło najpierw Francuzom, a później wietnamskim komunistom.

Nicea – stolica Lazurowego Wybrzeża

Jest uwielbiana przez Francuzów i turystów. W każdej epoce jej urokowi ulegali arystokraci, książęta, artyści i pisarze. Otoczona wzgórzami i...

zobacz więcej

Pieczony pies

Piechotą ze Starego Miasta dochodzimy do mauzoleum Ho Chi Minha – słynnego wietnamskiego przywódcy i Pagody Jednej Kolumny. Świątynia powstała w XI wieku, a jej kształt wymyślił cesarz Ly Thai Tong. Legenda głosi, że władcy przyśniła się bogini w kwiecie lotosu i przepowiedziała narodziny dziecka. Dlatego pagoda ma kształt tego kwiatu. Została wybudowana w podzięce za męskiego potomka. Natomiast najstarszą świątynią buddyjską w mieście jest Tran Quoc. Ma 1500 lat, choć nie wygląda na nadszarpniętą zębem czasu. Pagoda położona jest na małej wyspie nad Jeziorem Zachodnim, która z lądem połączona jest groblą. Ceglana piętnastometrowa wieża z małymi pomnikami Buddy widoczna jest z ulicy. Na dziedzińcu sporo turystów – głównie z Azji. Podobno tutaj zachody słońca są najpiękniejsze w Hanoi, a pagoda na tle pomarańczowego nieba prezentuje się zjawiskowo. Nie sprawdziliśmy jednak sami. Kiszki grały nam marsza, a przed nami była jeszcze długa droga do naszego hostelu.

Po Hanoi najlepiej przemieszczać się rikszami lub pieszo. Nie odważyłabym się jeździć tu skuterem – choć śmiałków wśród turystów nie brakuje. Znane nam przepisy ruchu drogowego raczej nie obowiązują, a pierwszeństwo najczęściej ma większy pojazd - tak przynajmniej tłumaczą to Wietnamczycy. Przechodzenia przez ruchliwe ulice trzeba się nauczyć, ale szybko można się do tego chaosu przyzwyczaić. Zmęczeni i głodni zagłębiamy się w nieturystyczne uliczki miasta. Tu już nie jest tak gwarno, choć handel kwitnie. W pewnym momencie staję jak wryta. Na jednym ze stoisk Wietnamka sprzedaje dania z psa. Pieczone w całości czworonogi wyglądają makabrycznie.

Stambuł – Turcja w miniaturze

Orientalny, wielokulturowy, pachnący przyprawami, niezwykle barwny i pełen kontrastów. Położony na dwóch kontynentach Stambuł oszołamia wielkością,...

zobacz więcej

– Ja zawsze próbuję nowych rzeczy, a psy występują w wietnamskiej kuchni, więc trzeba spróbować – śmieje się zagraniczny turysta i nakłada sobie dużą porcję psiny. - Może skosztujecie? Jak się już tu jest, to trzeba – podkreśla mężczyzna. Ja nie jestem w stanie się przełamać. Podobno do 2021 r. psina ma zniknąć z wietnamskich restauracji – choć dań z psa nie widziałam w menu. Władze Hanoi zaapelowały także o niezjadanie kotów. Pieczonych Mruczków nie spotkałam, ale kto wie, co by było, gdybyśmy odeszli jeszcze dalej od centrum...

Handel przy torach i pomnik Lenina

Łapiemy rowerową rikszę. Mężczyzna w średnim wieku zawozi nas do wyjątkowego miejsca na mapie miasta - Świątyni Literatury. Za jej bramą panuje cisza i spokój, co pozwala psychicznie odpocząć od zgiełku panującego na zewnątrz. Mam wrażenie jakbym znalazła się w Chinach. Świątynia powstała w XI wieku i została poświęcona Konfucjuszowi. Na jej terenie zbudowano pierwszy w Wietnamie uniwersytet, w którym żacy zgłębiali m. in. tajniki nauk tego wielkiego chińskiego filozofa. Nazwiska studentów, którym udało się zdać egzamin końcowy wyryto na kamiennych tablicach niesionych przez żółwie. Do naszych czasów zachowały się 82. W ciągu ponad 700 lat egzamin zdało niewiele ponad 2 tysiące studentów. Na terenie kompleksu znajduje się 5 dziedzińców i sale, w których można oglądać posągi Konfucjusza i jego najbliższych uczniów.

Spacerujemy po ulicach Hanoi i przyglądamy się życiu mieszkańców. Docieramy do jedenastowiecznej Cesarskiej Cytadeli i Wieży Flagowej – która z flagą ma aż 41 metrów. To ważne miejsce dla Wietnamczyków. Po raz pierwszy państwowa flaga została wciągnięta na maszt 10 października 1954 r. w Dniu Zwycięstwa. Świętowano wówczas zakończenie pierwszej wojny indochińskiej.

Agnieszka Wasztyl: Rany goją się do dziś

Kraj w kształcie serca – tak w folderach biur podróży opisywana jest Bośnia i Hercegowina. Ale to serce wielokrotnie było rozrywane - ostatni raz...

zobacz więcej

Wychodzimy na szeroką aleje. Można tu poczuć wielkomiejski klimat Hanoi. Kawiarnie, restauracje, a trochę dalej po drugiej stronie ulicy mały park, w którym odpoczywają młodzi ludzie i rodziny z dziećmi. Mój wzrok przykuwa pomnik. To towarzysz Włodzimierz Lenin. Kamienny posąg postawiono tu w 1980 r. Był to prezent dla Wietnamu od ZSRR.

Zmęczeni całodziennym zwiedzaniem zahaczamy jeszcze o tak zwaną „train street”, na którą trafiamy całkiem przypadkiem, bo nasz GPS nie mógł odnaleźć się w plątaninie uliczek. To często uwieczniane na zdjęciach miejsce w Wietnamie. Pośrodku ciasnej uliczki znajdują się tory kolejowe, którymi przejeżdża pociąg. Uliczka jest bardzo wąska, a mimo to na chodnikach kwitnie handel a gdzieniegdzie także maleńkie knajpki. Gdy nadjeżdża pociąg sprzedawcy w pośpiechu chowają produkty, stoliki i krzesła, a turyści odskakują, by nie zahaczyć o pociąg. Na chwilę życie zamiera. Rozrywka dla ludzi o mocnych nerwach. Przechodzimy przez wąską uliczkę, a ja zastanawiam się, do ilu wypadków dochodzi tu w ciągu roku. Na szczęście nie trafiliśmy na pociąg i w spokoju przyglądaliśmy się życiu przy torach.

Podobno lokalne władze pod koniec 2019 r. zakazały już handlu w tym miejscu. My byliśmy w listopadzie 2018 r. Ale i tak warto zaglądnąć na „train street”. Pociąg pędzący z impetem tuż przed oknami domostw na pewno zrobi wrażenie.

źródło:
Zobacz więcej