RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Potem rozlega się seria, której towarzyszy dziecięcy śmiech i klaskanie w ręce”

Niemcy zamordowali na terenie klasztoru około 40 osób (fot. tvp.info/łz/IPN)

Granaty wrzucone między stłoczonych ludzi, serie z pistoletów maszynowych, następnie wielogodzinne dobijanie rannych – taki przebieg miała jedna z najokrutniejszych masakr dokonanych przez Niemców podczas Powstania Warszawskiego. Tym okrutniejsza, że ofiarami nie byli żołnierze, ale niewinni cywile, głównie duchowni z Klasztoru Ojców Jezuitów przy ulicy Rakowieckiej na Mokotowie. Ich zbrodnią była chęć niesienia posługi duszpasterskiej i pomoc rodakom.

Adam Woronowicz o Powstaniu Warszawskim: nic tak nie oddaje prawdy, jak pamiętniki

– Nic tak nie oddaje prawdy o tamtych dniach, jak pamiętniki – nie tylko Białoszewskiego, ale ludzi, którzy je przeżyli. Nic nie zastąpi...

zobacz więcej

Powstanie Warszawskie, którego 76. rocznicę obchodzimy, stało pod znakiem ogromnego bohaterstwa Polaków i bezprzykładnego okrucieństwa Niemców i ich sojuszników. Eksterminacje były jak najbardziej planowe i wynikały bezpośrednio z rozkazów Berlina.

Wiadomo, że podczas narady, która odbyła się zaraz po wybuchu powstania Adolf Hitler wydał SS-Reichsführerowi Heinrichowi Himmlerowi oraz szefowi sztabu generalnego Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH) generałowi Heinzowi Guderianowi ustny rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania wszystkich jej mieszkańców.

Na rozkaz Hitlera

SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski, którego mianowano dowódcą sił wyznaczonych do stłumienia powstania i który nie poniósł odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w Polsce, zeznał po wojnie, że rozkaz brzmiał następująco: „każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”.

Z kolei szef sztabu von dem Bacha SS-Brigadeführer Ernst Rode zeznał również po wojnie, że SS-Oberführer Oskar Dirlewanger – kompletnie zdegenerowany psychopata, dowódca jednego z oddziałów pacyfikacyjnych, złożonego głównie z kryminalistów i rozmaitych męt – otrzymał od Himmlera napisany odręcznie ołówkiem odpowiedni rozkaz. Reichsführer-SS zapowiadał mu w imieniu Hitlera, że Warszawa zostanie zrównana z ziemią, zaś sam Dirlewanger jest upoważniony „zabijać kogo zechce, według swego upodobania”.

Prezydent do powstańców warszawskich: Jesteście bezcennym skarbem historii

– 75 lat minęło od czasu, kiedy młodzi ludzie w Warszawie, wreszcie – po latach tęsknot – mogli dzięki własnemu uporowi, bohaterstwu i odwadze,...

zobacz więcej

Skutkami tych rozkazów oraz symbolami powstania były przede wszystkim rzezie Woli i Ochoty, które kosztowały życie dziesiątek tysięcy osób, czy choćby atakowanie szpitali. W ich cieniu stały tysiące pomniejszych zbrodni, ukazanych choćby we wspaniałym filmie „Kanał” Andrzeja Wajdy, jak pastwienie się nad powstańcami czy masowe rozstrzeliwania żołnierzy oraz cywilów upamiętnione w całej stolicy licznymi tablicami projektu Karola Tchorka.

Jeden z takich krzyży umieszczono na ścianie Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej 61, choć akurat widoczny jest od ulicy Boboli. To hołd dla około 40 ofiar masakry w klasztorze Jezuitów.

Warto nadmienić, że naziści jako swoje ofiary upodobali sobie szczególnie księży katolickich. – Wszystkie zakony i cały Kościół w Polsce ucierpiały podczas II wojny światowej. Zginęło około jednej trzeciej duchownych, w niektórych diecezjach nawet połowa – powiedział portalowi tvp.info ks. Jarosław Wąsowicz SDB.

Śmierć męczeńska

– Duchowni – szczególnie w tym pierwszym okresie wojny – należeli do głównych ofiar Niemców, wystarczy wspomnieć przebieg Intelligenzaktion. W Kraju Warty do października 1941 roku aresztowano większość duchownych, wywożono ich głównie do KL Dachau, gdzie ponosili śmierć męczeńską. Księża i siostry zakonne trafiali też do innych obozów koncentracyjnych – zwrócił uwagę salezjanin.

Niemcy dokonali licznych zbrodnia podczas Powstania Warszawskiego (fot. IPN)

Ks. Wąsowicz: Chwała powstańcom należy się na wieki

– Są takie momenty w naszym życiu, gdy trzeba być wiernym wartościom, w których się zostało wychowanym. Takim momentem było Powstanie Warszawskie....

zobacz więcej

Wybuch powstania zaskoczył nie tylko Niemców, ale również mieszkańców miasta. Już 1 sierpnia do jezuickiego Domu Pisarzy na skraju Pola Mokotowskiego przyszło kilkanaście osób świeckich liczących na schronienie. Ufali, że okupanci oszczędzą święty przybytek. Oprócz nich wieczorem tego dnia na terenie obiektu znajdowali się zakonnicy, świeccy mieszkańcy Domu Pisarzy oraz sprzątaczka i 10-letni ministrant Zbyszek Mikołajczyk.

Polacy nie zdawali sobie sprawy ze swojego fatalnego położenia. Klasztor znajdował się w rejonie największego oporu Niemców na Mokotowie. Nieopodal znajdowały się koszary SS (Stauferkaserne) przy Rakowieckiej 4, koszary lotników przy Puławskiej, obsadzone były również gmach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, szkoła Wawelberga i Fort Mokotów przy Racławickiej, zaś na Polu Mokotowskim były ustawione baterie artylerii przeciwlotniczej.

Już 1 sierpnia powstańcy atakowali niemieckie pozycje wzdłuż całej Rakowieckiej, ale sam klasztor ominęły walki. Sytuacja zmieniła się następnego dnia. Rano, w czasie gdy odprawiane były msze święte, Niemcy zaczęli ostrzeliwać klasztor z Pola Mokotowskiego. Następnie do Domu Pisarzy wtargnął oddział SS liczący około 20 osób. Najpewniej byli oni skoszarowani w Stauferkaserne. Dowódca oskarżył Polaków, że z budynku strzelano do Niemców. Przeprowadzono rewizję, podczas której naturalnie nie znaleziono żadnej broni.

„Po wkroczeniu grupa SS-manów zwróciła się do mnie, a potem do przełożonego z zarzutem, zupełnie bezpodstawnym, że z okien naszego domu padły strzały w kierunku pozycji niemieckiej. Dla stwierdzenia, iż zarzuty nie mają podstaw, zażądaliśmy od nich przeprowadzenia rewizji. Po bardzo powierzchownej rewizji osobistej i mieszkaniowej dowódca grupy SS-manów dał rozkaz, by wszyscy obecni zeszli do suteren, zaś księdza superiora Kosibowicza SS-mani wyprowadzili z domu” – zeznał po wojnie ksiądz Aleksander Kisiel, który cudem przeżył masakrę.

Powstańcze Monte Cassino

Po latach przemilczania powstanie warszawskie już na stałe weszło do kanonu narodowej mitologii. Niewyobrażalne bohaterstwo walczących Polaków i...

zobacz więcej

Strzał w tył głowy

SS-mani wyprowadzili przełożonego klasztoru księdza superiora Edwarda Kosibowicza – jak twierdzili – w celu udzielenia dodatkowych wyjaśnień niemieckim dowódcom. Było to kłamstwo. Redaktor naczelny „Przeglądu Powszechnego” i ceniony przez warszawiaków duszpasterz został zamordowany na Polu Mokotowskim strzałem w tył głowy. Jego szczątki ekshumowano w 1945 roku, odnaleziono je zaś dzięki relacji przypadkowego świadka zbrodni. Był pierwszą ofiarą nieludzkiej masakry.

W tym czasie Niemcy rozpoczęli przygotowania do eksterminacji Polaków. Zgromadzili wszystkich w kotłowni centralnego ogrzewania, znajdującej się w podziemiach klasztoru. Obłudnie twierdzili, że to dla ich własnego bezpieczeństwa. Przeczuwający, jaki może być koniec zakonnicy, którzy potrafili mówić po niemiecku, usiłowali nawiązywać kontakt z SS-manami, chcąc rozładować napięcie. Ci byli jednak szczególnie opryskliwi. Zakonnicy pocieszali więzionych rodaków, udzielali rozgrzeszeń. Ksiądz Władysław Wiącek prowadził wspólne modlitwy i udzielił obecnym absolucji.

Rzeź rozpoczęła się około godziny 12. Niemcy zaczęli pojedynczo wyciągać Polaków z kotłowni i po zabraniu cennych przedmiotów stłoczyli ich w pokoju o wymiarach około 5 metrów na 2,5 metra, w którym na co dzień mieszkał klasztorny woźnica Stanisław Żwan. „Na progu kotłowni stanął SS-man i zaczął wywoływać poszczególne osoby, wskazując palcem. Najprzód osoby duchowne, potem cywilne. Mnie wywołał ostatniego z duchownych. Gdy stanąłem w drzwiach, stwierdziłem, że korytarz był pusty, a obok drzwi stał drugi Niemiec, który zażądał ode mnie zegarka. Po zabraniu zegarka kazał mi iść do pokoiku woźnicy. Tam zastałem wszystkich uprzednio wywołanych duchownych” – opowiadał ks. Kisiel sędzi Halinie Wereńko.

Po zgromadzeniu wszystkich Polaków w suterenie Niemcy obrzucili stłoczonych granatami, a następnie zaczęli strzelać z broni maszynowej. „SS-mani nie byli pijani. Po zejściu się wszystkich, około 50 osób, w pokoju woźnicy SS-mani zamknęli drzwi i po kilku minutach otworzyli drzwi gwałtownie, wrzucając dwa granaty na środek pokoju. Wszyscy upadli na ziemię” – relacjonował duchowny.

„Utworzył się zwał z leżących ludzi kilkuwarstwowy, ponieważ pokój był nieduży; rozległy się jęki. Stojący przy drzwiach SS-man otworzył ogień z broni automatycznej. Strzelał w leżących ludzi, celując specjalnie tam, gdzie się rozlegały jęki. Zrobiło się cicho w pokoju. SS-man oddalił się od drzwi. Wtedy dwóch domowników Jan Gurba i Bronisław Dynak wyszli z pokoju w celu ucieczki, wpadli do przeciwległego pokoju, gdzie zastrzelił ich stojący opodal SS-man” – opisywał koszmarne sceny.
Zbrodni dokonali żołnierze SS (fot. tvp.info/łz)

„Szliśmy jak huragan”. Krwawa zemsta AK za Rzeź Ochoty

Powstanie warszawskie, największy zryw ludności cywilnej w okupowanej Europie, nie ograniczał się tylko do Warszawy. Choć po decyzji Józefa Stalina...

zobacz więcej

Relację z masakry zdała również Stanisława Koprowicz. „W chwili, gdy Niemiec zaczął rzucać granaty, chwyciłam leżący w pokoju na szafie koc, zakryłam głowę, otworzyłam usta i oparłam się o drzwi. W pokoju rozrywani granatami ludzie konali. W pewnej chwili poczułam, że robi się gorąco, spostrzegłam, iż po nodze spływa krew. Odniosłam wtedy pięć ran w lewą nogę i jedną w klatkę piersiową. Rany otrzymałam odłamkami granatów” – relacjonowała ocalała.

Dobijanie rannych

Oddajmy z powrotem głos księdzu Kisielowi: „W pokoju, gdzie odbyła się egzekucja, rozpoczął się ruch i słychać było jęki, które zwabiły SS-mana. Otworzył on ponownie ogień z rozpylacza rozpoczynając od pierwszych szeregów, to jest od kobiet. Strzelał tak długo, aż znowu wszystko ucichło. Zginął wtedy leżący przede mną brat furtian Czesław Święcicki i leżący obok mnie 10–letni chłopiec Zbigniew Mikołajczyk. Sam otrzymałem postrzał w obie ręce. Po odejściu SS-mana rozpoczął się znów ruch w pokoju, przewracanie i jęki rannych, które zwróciły uwagę jednego z SS-manów”.

Świadkowie opowiadali, że oprawcom towarzyszył około 10-letni Niemiec, który wskazywał SS-manom osoby dające jeszcze oznaki życia. Taką wstrząsającą relację powstańczego kronikarza Stanisława Podlewskiego przytoczył ceniony brytyjski historyk Norman Davies w monografii „Powstanie '44”. „Do pokoju wpada jakiś mały chłopiec z niemieckiej rodziny, który przyplątał się do SS-manów i nie odstępuje ich na krok. Jego dziecięcy głos rozlega się co jakiś czas. »Achtung! Der lebt noch! O hier, hier, er atmet noch!«. Za ruchem jego rączki idą SS-mani, a potem rozlega się seria, której towarzyszy dziecięcy śmiech i klaskanie w ręce”.

Również ks. Kisiel odnotował obecność zdegenerowanego gówniarza. „Po pewnym czasie na miejsce egzekucji przybyło dwóch rozmawiających po niemiecku, którzy szukali zegarków przy zabitych, widocznie nie wiedząc, iż zostały zabrane. Znów posłyszałem strzały z rewolweru oraz uwagi słowne po niemiecku: »ten jeszcze dyszy, daj mu dwa strzały«, »piękna robota« i tym podobne. Od czasu do czasu słyszałem głos chłopca może 10-letniego mówiącego po niemiecku, którego poprzednio zauważyłem wśród SS-manów. Zwracał uwagę SS-manom na to, że jeszcze ktoś żyje” – zeznał.

Kaźń przeżył również ks. Jan Rosiak. „Kiedy po drugiej salwie Niemcy odeszli, podnoszę nieco głowę. Uderza mnie wstrząsający widok. Naprzeciwko, prawie nade mną siedzą księża Libiński i Wilczyński, lecz już nie żyją. Ksiądz Libiński, pochylony ku przodowi, zwiesił głowę tak głęboko, że z odległości kilkudziesięciu centymetrów mogę oglądać tył jego czaszki. Widzę ziejącą straszliwą pustką jamę bez mózgu” – odnotował.

Sowieci więzili na terenie niemieckich obozów żołnierzy Armii Krajowej [WYWIAD]

Zajęcie przez Armię Czerwoną niemieckich obozów koncentracyjnych na terenie okupowanej Polski nie oznaczało nadejścia upragnionej wolności. Na ich...

zobacz więcej

Cud

Postrzał w głowę podczas dobijania rannych otrzymał także ks. Kisiel. „Sprawdzający SS-man wszedł butami na moje plecy i huśtając się powiedział po niemiecku: »ten jeszcze za świeży«. Strzelił z rewolweru, celując prawdopodobnie w głowę, trafiając w koniec ucha. Po chwili zszedł z pleców, zbliżył się do łóżka, na którym leżało trzech zakonników, księdza Jana Pawelskiego zabił dwoma strzałami w głowę, jak również dwóch następnych, wśród których, jak poprzednio zauważyłem, był brat Adam Głandan. Przed strzałem do leżących na łóżku SS-man odrzucił poduszkę, która upadła na mnie, dzięki czemu nie zwracano już odtąd na mnie uwagi. Słyszałem jeszcze kilka serii dwustrzałowych, po czym SS-man wyszedł z pokoju” – opowiedział po wojnie.

Gdy Niemcy odeszli, spod sterty ciał wydostało się kilkanaście osób, nieliczni nie mieli żadnych obrażeń. Część ukryła się w kotłowni za zwałami węgla, zaś pozostali w klasztornej kuchni za zmagazynowanym na zimę drewnem opałowym. Niektórzy ciężko ranni nie mogli się uwolnić bądź nie byli w stanie się poruszać. Zginęli, gdy SS-mani wrócili, żeby spalić stos ciał. Ofiarą zbrodni stał się także powstańczy kapelan ks. Franciszek Szymaniak SJ, który nie zdając sobie sprawy z rzezi przyszedł do Domu Pisarzy po konsekrowane hostie. Duchowny został zastrzelony w kaplicy.

Niektórzy ocaleli już w nocy z 2 na 3 sierpnia zdołali opuścić teren klasztoru, inni – w tym ks. Kisiel – dopiero po trzech dniach. „Udało się jednemu z księży dotrzeć po kryjomu do sąsiedniego bloku mieszkalnego i zawiadomić punkt sanitarny o naszym położeniu. Korzystając z chwilowej nieobecności Niemców na terenie domu i w pobliżu, dwie sanitariuszki dotarły do węglarni i w ciągu godziny przeprowadziły wszystkich do domu przy ulicy Fałata – Akacjowa. Wychodząc, widziałem w miejscu egzekucji stos niedopalonych zwłok, leżących tak, jak je zostawiłem wychodząc. Dom był w większości wypalony” – wspominał.



Wkrótce po zbrodni do klasztoru przyszedł jezuita ojciec Bruno Pawelczyk, którego wybuch powstania zaskoczył w innym miejscu. Po schwytaniu został umieszczony przez Niemców w więzieniu urządzonym na terenie koszar przy Rakowieckiej. Duchowny postarał się o przydział do komanda złożonego z więźniów, które zostało wyznaczone do grzebania zabitych. Gdy grupa dotarła do klasztoru, Pawelczyk namówił współwięźniów, żeby nie usuwać ciał, tylko zamurować je w pokoju, w którym doszło do rzezi.

Komandosi w spódnicy. Wojenna epopeja oddziału „Dysk”

„Zośka”, „Parasol”, „Kiliński”, „Radosław” – o tych oddziałach Armii Krajowej dzielnie walczących w Powstaniu Warszawskim słyszał w zasadzie każdy....

zobacz więcej

Notatka w brewiarzu

Dzięki inwencji duchownego później łatwiej było odnaleźć ciała i przeprowadzić ekshumację. Podczas prac wykonywanych już po wojnie w brewiarzu natrafiono na kartkę z odręczną notatką: „Matko Najświętsza ofiaruję się Tobie tak, aby nic po mnie nie pozostało”.

Po wojnie szczątki złożono w czterech trumnach. W oddzielnych trumnach spoczęły natomiast ciała księdza superiora Edwarda Kosibowicza oraz innej ofiary zbrodni niemieckiej wśród jezuitów, ojca Leonarda Hrynaszkiewicza. Duchowny służący w „Biblii” – Służbie Duszpasterskiej Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej - Grupa „Północ” i kapelan szpitala polowego w kościele Sakramentek zginął podczas bombardowania szpitala. Pod gruzami zginęło wówczas ponad tysiąc osób cywilnych, co było jedną z największych zbrodni Niemców podczas pacyfikacji powstania.

Od 2003 roku trwa proces beatyfikacyjny grupy 122 polskich ofiar hitleryzmu, otworzony przez biskupa pelplińskiego Jana Bernarda Szlagę. Wśród nich znalazł się zamordowany przy Rakowieckiej ojciec Władysław Wiącek. Proces jest obecnie na etapie rzymskim. Męczeńska śmierć jezuity, jego współbraci i innych Polaków w klasztorze na Mokotowie pozwalają sugerować, że to w zasadzie formalność, która dodatkowo umocni pamięć o ich ofierze i bezprzykładnym okrucieństwie wyznawców zbrodniczej ideologii.

Oddajmy jeszcze głos ks. Kisielowi, który w czasie wojny prowadził dziennik duchowy zatytułowany „Okruchy” i zmagał się w nim z rzezią, której był świadkiem i – choć przeżył – również ofiarą. „Jezu, słyszysz Ty jeszcze to skwierczenie palących się ciał? I ten jęk konającego w późną noc? I tę muzykę wody, zalewającej kotłownię obok naszej ciemnicy? Czy widzisz moją duszę podobną do tej ciemnicy – i ten mój głód – i to cieczenie krwi z ran – i ten zapach gnijącej krwi na sukni mojej – i to majaczenie gorączkowe mych towarzyszy – i te kroki niszczycielskie – i tę bezsenność moją pełną zmysłowych omamów – i te skurcze lęku – i tę modlitwę moją wyschłą i przerażoną – i trzepoczącą myśl w duszy: czy przyjdą? Ty pamiętaj o tym, jeśli tak trzeba – ja chcę zapomnieć… Zapomnieć? O, nigdy!”.



Pisząc artykuł korzystałem między innymi z materiałów PAP, Muzeum Powstania Warszawskiego oraz opracowań Ojców Jezuitów.

źródło:
Zobacz więcej