Wybory 2020

Jak głosować w wyborach prezydenckich [PORADNIK]

„Cudowne dziecko” podbija NBA. Luka Doncić wspina się na szczyt

21-letni Luka Doncić to jeden z najlepszych koszykarzy świata (fot. Getty Images)

Wielką karierę przepowiadano mu niemal od zawsze. Tego, że będzie tak dobry, nie spodziewał się jednak chyba nikt. Luka Doncić już jest gwiazdą. Ma też wszystko, by lada moment na koszykarskim nieboskłonie świecić najjaśniej.

Lewandowski jest wielki, chce być jeszcze większy. Cel: Liga Mistrzów

Nigdy nie mieliśmy takiego piłkarza i – być może – jeszcze długo mieć nie będziemy. Robert Lewandowski jest w świetnej formie, bije rekord za...

zobacz więcej

Sporo było w przeszłości „diamentów”. Wielkich talentów, którym kamery towarzyszyły jeszcze zanim poznali tajniki pozbywania się zarostu. Freddy Adu miał być przecież „nowym Pele”. „Nowy Małysz”? Proszę bardzo: świetnie rokował Klemens Murańka, a Mateusz Rutkowski został nawet mistrzem świata juniorów. O „nowych Jordanach” można pewnie napisać książkę, ale OJ Mayo, Shabazz Muhammad czy Andrew Wiggins raczej jej nie przeczytają.

Bycie „cudownym dzieckiem” to niewątpliwie błogosławieństwo, ale i ogromna presja. Dziennikarze śledzą każdy twój ruch. Największe gazety w kraju piszą o tym, jak wypadłeś w meczu piętnastolatków. Pierwsze piwo z kolegami? Gdzieś zza rogu na pewno wyskoczy paparazzi. Wielu daje się porwać fali i przegrywają z żywiołem. Niektórzy radzą sobie nieźle, ale – to już oczywiście nie ich wina – okazują się nie tak dobrzy, jak wydawało się, że będą. Czegokolwiek by nie zrobili, do końca kariery pozostaną „rozczarowaniem”.

Zdarza się jednak, że te szalone przepowiednie się spełniają. Że wysoko zawieszona poprzeczka, zamiast paraliżować, mobilizuje. LeBron James. Leo Messi. Sidney Crosby. Serena Williams. Wszyscy znają te nazwiska. Warto poznać kolejne.

Luka Doncić.

Skazany na koszykówkę. Trochę jak Kobe Bryant: wybitne jabłko z co najwyżej przeciętnej jabłoni. Sasa Doncić był za słaby na reprezentację Jugosławii, ale pod koniec kariery „załapał się” do pomocy Słoweńcom. Pograł tu i tam, zebrał sporo doświadczeń, ale do końca życia pozostanie przede wszystkim „ojcem Luki”.

Został nim 28 lutego 1999 roku. Nie wpychał dziecku piłki do rąk. Sama wpadła. Mały Luka często oglądał tatę w akcji, naśladował ruchy, a ciemnopomarańczowy Spalding szybko został jego ulubioną zabawką. Nie było planu, by lada moment podbijał świat. Ot, pożyteczna rozrywka, jedna z wielu zresztą: później rodzice zapisali go też na judo, siatkówkę i taniec towarzyski. Najważniejsze, by jakoś rozładował energię. – To takie dziecko, że wszędzie go było pełno. Sport wydawał się naturalnym wyborem, a koszykówka rzeczywiście go uspokajała – wspominają rodzice: Sasa i Mirjam.

Mały Luka bawił się piłką do koszykówki odkąd zaczął chodzić (fot. youtube.com)

Do Olimpiji Lublana trafił jako ośmiolatek. W klubie powstała właśnie sekcja dla najmłodszych, której opiekunem został Grega Brezovec. Przepytywany po latach, nie miał zbyt wiele do powiedzenia na temat Doncicia. – Szczerze mówiąc, trenowałem go przez jakieś... 16 minut – zdradził dziennikarzowi hiszpańskiego „Libertad”. – Przyszedł, zagrał i kazałem mu zejść z parkietu. Był za dobry. Co miałem zrobić? Przeniosłem go do starszej grupy.

Luka rozpoczął treningi z zespołem do lat... dwunastu. Oczywiście, jak to często bywa, zdarzało się, że w co ważniejszych spotkaniach pomagał także rówieśnikom. Wyróżniał się pod każdym względem: siłą, wzrostem, umiejętnościami koszykarskimi i dojrzałością. – To, co zdumiewało mnie najmocniej, to fakt, że choć był dużo lepszy od reszty, grał niezwykle zespołowo. Zwykle młode „gwiazdy” chcą same wygrywać mecze, popisują się i wywyższają. On już wtedy wykazywał cechy przywódcze, był dla kolegów wielkim wsparciem i wspaniałym liderem – opowiadał Brezovec.

– Ciągle chciał ćwiczyć więcej. Prosił mnie, żebym dzwoniła do trenerów i pytała, czy może przychodzić na zajęcia innych grup. Ale nawet dwa treningi dziennie mu nie wystarczały – wspomina z uśmiechem Mirjam Poterbin, matka Luki.


***

Gdy miał 12 lat, został wybrany najlepszym zawodnikiem turnieju Lido di Roma. W finale zdobył 54 punkty, miał 11 zbiórek i 10 asyst, zwracając na siebie uwagę skautów z całej Europy.

– Dzwonili zewsząd. Mieliśmy mnóstwo opcji – opowiadał Sasa Doncić w przygotowanym przez słoweńskie radio dokumencie „Becoming Wonderboy”. – Zaproszono nas do Turcji, by potrenować chwilę z Galatasaray, obejrzeć ośrodek... Stamtąd polecieliśmy do Hiszpanii. W Stambule płacili więcej, ale wybraliśmy Madryt, bo podejście do młodzieży było tam znacznie lepsze. Ogromna różnica, jak dzień i noc.

Luka miał wiele powodów, żeby dojrzeć szybciej niż rówieśnicy. Ledwo zdążył pogodzić się z rozwodem rodziców, ledwo zdmuchnął „trzynastkę” z urodzinowego tortu, a już przyszło mu się pakować i wyruszać samotnie na drugi koniec Europy. – Mówiłam mu, że może poczekać. Ma talent, wciąż się rozwija, przekonywałam, że może jest za wcześnie, ale uparł się, że chce spróbować – opowiada Mirjam Poterbin. – Płakałam dzień i noc, ale cóż miałam zrobić? Jego szczęście było dla mnie najważniejsze, a wiem, że największą radość sprawiała mu koszykówka. Puściłam go, a potem odwiedzałam co weekend.

To w Hiszpanii został nazwany „cudownym dzieckiem”. Gdy pokonywał kolejne szczeble w zespołach juniorskich, pod swoje skrzydła wzięły go klubowe legendy: Sergio Llull czy Rudy Fernandez. Koszykarski Madryt z niecierpliwością czekał, aż młody Luka, który w wieku 15 lat z powodzeniem rywalizował w barwach zespołu U-18, zadebiutuje wśród seniorów.

Gdy wreszcie do tego doszło, miał nieco ponad 16 lat. W lidze ACB tylko Rubio (14 lat i 11 miesięcy) i Angel Rebolo (15 lat i 3 miesiące) zaczynali wcześniej. Rozpaleni nadzieją kibice witali go owacją na stojąco. Wszedł w czwartej kwarcie. Wystarczyło mu półtorej minuty, by zdobyć pierwsze w karierze punkty – „trójkę” przeciwko Maladze. Reszta jest historią: kolejne wyróżnienia, rekordy, cudowne zagrania i nieschodzący z twarzy uśmiech. Powodów, by go prezentować, miał zresztą aż nadto.


Koszulka Michaela Jordana na aukcji. Może paść rekordowa cena

Koszulka, w której Michael Jordan występował w 1998 r., trafiła na licytację. Zdaniem domu aukcyjnego Goldin Auctions może osiągnąć rekordową cenę...

zobacz więcej

Z perspektywy czasu, sam Luka wyróżnia jeden moment, który najmocniej wpłynął na to, jakim jest dziś koszykarzem: porażka z Fenerbahce w Final Four Euroligi (2017). Real był wtedy najlepszy w Europie, pewnie wygrał rozgrywki w sezonie zasadniczym, a do turnieju finałowego przystępował w roli faworyta. Tam Doncić zawiódł. Spudłował wszystkie sześć rzutów, dołożył trzy straty, a parkiet opuszczał zapłakany. Skauci z NBA wypomną mu potem, że jest „rozchwiany psychicznie”, obniżając jego wartość w drafcie. – To był dla mnie słodko-gorzki moment – mówił Luka kilka miesięcy później. – Gorzki, bo przegraliśmy, ale słodki, bo dzięki tej porażce wiele się nauczyłem.

Wszyscy znają tę scenę z „The Last Dance”: Jordan, zmęczony kolejną porażką z Detroit Pistons, zaciąga kolegów na siłownię i każe im pracować całe lato, by historia już nigdy się nie powtórzyła. Upokorzony, wściekły, reaguje tak, jak przystało na prawdziwego mistrza.

Z Donciciem było podobnie. Niedługo później pojechał na mistrzostwa Europy, które Słoweńcy – prowadzeni do boju m.in. przez niego – w świetnym stylu wygrali. To nie koniec. Wobec poważnej kontuzji Sergio Llulla, żywej legendy klubu, Luka został pierwszym rozgrywającym Realu. I, rzecz jasna, nie zawiódł. Madrytczycy znów pojechali na turniej finałowy Euroligi, ale tym razem, na plecach młodego Słoweńca, nie tylko dotarli do wielkiego finału, ale też go wygrali. Rywalem było... Fenerbahce, a Doncić został wybrany MVP decydującego meczu. Jeśli płakał, to tym razem ze szczęścia.


***

Na Final Four do Belgardu wybrało się wielu skautów z NBA, ale większość „decyzyjnych” osób spędzało wówczas czas obserwując młode talenty z NCAA. Jedynymi, którzy pofatygowali się do Serbii, byli Donnie Nelson (GM) i Tony Ronzone (skaut), reprezentujący Dallas Mavericks. Po finałowym starciu nie mieli wątpliwości. – Nie uda nam się go zdobyć – opowiadali Timowi Kato z „The Athletic”.

Po fatalnym sezonie, Mavericks wybierali w drafcie z numerem piątym. Gdy wrócili do USA, ze zdziwieniem odkryli, że Doncić wcale nie wzbudza takiego zachwytu, jaki – przynajmniej ich zdaniem – wzbudzać powinien. – Luka padł ofiarą tzw. przeskautowania – tłumaczy portalowi TVP.info Rafał Juć, pracujący jako skaut w Denver Nuggets. – Od najmłodszych lat obserwowało go tak wiele osób, śledząc każdy jego ruch, że wychwytywali każdą, najmniejszą nawet wadę. Niektórzy szukali czegoś za wszelką cenę.

Uwag było sporo: że za gruby, że za wolny, że to, co wychodzi mu w Europie, w znacznie bardziej „atletycznej” NBA nie ma szans powodzenia. Czepiano się nawet... artykułu na łamach portalu ESPN. Mina Kimes, która odwiedziła Doncicia w Madrycie, pisała o tym, jak młody Luka zachwyca się swoim Porsche, nazywając go „najpiękniejszym autem na świecie”, a w sklepie kupuje „całą garść Snickersów” – nic wielkiego, ale część mądrych głów w USA wydedukowała, że gdy tylko na jego konto spłynie pierwsza milionowa wypłata, gdy zachłyśnie się nocnym życiem w Stanach, natychmiast przepadnie. Że jest próżny, że nie wie co to „etyka pracy” i tak dalej. Dziś mogą tylko rozkładać ręce.


***

Phoenix Suns wybrali DeAndre Aytona, choć ich trenerem chwilę wcześniej został Igor Kokoskov, który pracował z Luką w mistrzowskiej reprezentacji Słowenii. Nie od dziś wiadomo jednak, że odkąd w Arizonie rządzi Robert Sarver, pewne decyzje nie mają racjonalnego pokrycia. Dalej: Sacramento Kings. Vlade Divać znał Doncicia-seniora, co – zamiast pomóc – przeszkodziło w wyborze. Rosły Serb wydedukował bowiem, że skoro Sasa był w koszykówkę średni, to Luka też świata nie zawojuje. I wolał Marvina Badgleya. Wreszcie Atlanta Hawks: Nelson i spółka wykonali odpowiednie kroki, oddali swoją „piątkę”, dorzucili pierwszorundowy wybór rok później i przekonali Travisa Schlenka, żeby wziął dla nich Słoweńca.

Tak Doncić trafił do Dallas, pod skrzydła jednego z najlepszych (najlepszego?) duetów trener-właściciel (Rick Carlisle, Mark Cuban) w lidze, by uczyć się u boku odchodzącego powoli na emeryturę Dirka Nowitzkiego. Trudno wymarzyć sobie lepszy początek kariery.

Mało jednak brakowało, by historia potoczyła się zupełnie inaczej. – Odkąd znam Nelsona, tylko dwa razy był naprawdę „zakochany” w potencjalnych wyborach z draftu. Jeden przypadek to oczywiście Luka. Drugi: Giannis Antetokounmpo, którego bardzo chciał ściągnąć do Dallas w 2013 roku – opowiadał w podcaście Adriana Wojnarowskiego Jonathan Givony, od lat zajmujący się tematyką draftu.

– To będzie najlepszy zawodnik z tej klasy! – przekonywał Nelson Cubana, który trzymał w ręku trzynastą selekcję. Ten jednak nie posłuchał. – Plan jest inny. Musimy oszczędzać miejsce w budżecie, oddamy ten wybór, weźmiemy kogoś niżej – odpowiedział. Giannis poszedł z „piętnastką” do Milwaukee Bucks, dziś jest największą gwiazdą ligi.

Donnie Nelson (L), Rick Carlisle (Ś) i Mark Cuban współpracują już od 12 lat (fot. Getty Images)

– Wtedy był zupełną niewiadomą, w pierwszym sezonie w Bucks nie dokonywał też przecież cudów – tłumaczył się po latach Cuban. – Mieliśmy mocny zespół i potrzebowaliśmy wzmocnień „na już”. Gdy zobaczyłem, co wyrosło z Giannisa, obiecałem sobie jednak, że już zawsze będę słuchał Donnie’ego [Nelsona] w kwestii koszykarzy z Europy.

Pomimo popisów Greka, pomimo pięknych historii braci Gasolów, Dirka Nowitzkiego, Tony’ego Parkera i wielu im podobnych, osoby pociągające za sznurki w klubach NBA wciąż sceptycznie podchodzą do talentów z Europy. – Wynika to z tego, że przeskok z NCAA jest łatwiejszy – tłumaczy Juć, odpowiedzialny m.in. za sprowadzenie do Nuggets Nikoli Jokicia. – Przepisy są bardziej zbliżone, styl treningu, format rywalizacji, do tego kwestie kulturowo-obyczajowe, nie ma bariery językowej... Najlepsi gracze uniwersyteccy widzą, jak się gra w NBA, jak się tam żyje, spotykają się z czołowymi graczami na rozmaitych campach, no i – co najważniejsze – są dokładnie śledzeni, oglądani mecz w mecz przez właścicieli i generalnych managerów. Ci do Europy przyjeżdżają tylko w wyjątkowych okolicznościach, najczęściej na pojedyncze spotkania lub turnieje. To często zaburza obraz.


***

Powiedzieć, że przeskok Doncicia z Europy do NBA był „płynny”, to nic nie powiedzieć. Młody Słoweniec zaburzył wszelkie standardy, wszelkie „środki ostrożności”, które stosuje się wobec 18-latka zapoznającego się dopiero z wielką koszykówką. Gdy w siódmym (!) meczu w karierze zdobył ponad 30 punktów, eksperci tylko rozdziawiali szeroko buzie. Gdy regularnie notował podobne liczby, dokładając do tego całkiem niezłą liczbę zbiórek i asyst, wszyscy łapali się za głowy. – Punkty w NBA zdobywa się łatwiej niż w Europie – wypalił kiedyś, pytany o swoje fenomenalne osiągnięcia. Dziennikarze tylko patrzyli na siebie z niedowierzaniem.

– Ale to prawda – wyjaśnia Juć. – Wystarczy przecież spojrzeć na wyniki. Poza tym, w Europie nie ma „błędu trzech sekund”, parkiet jest mniejszy, więc jako atakujący zwykle musisz sobie radzić z dwiema-trzema rotacjami w defensywie. W USA, gdy miniesz pierwszą, rzadko pojawia się ktoś do pomocy. Tam prawie 30 proc. ataku opiera się na kontrze, w Europie – 8 do 10 proc., znacznie trudniej więc o „łatwe” punkty. Kolejna rzecz to bardziej fizyczna gra: w NBA nie możesz stykać się biodrami z atakującym, w Europie już tak, do tego kwestia tzw. hand-checkingu... Nie jest to żadna kontrowersyjna teza.

Doncić (Ś) szybko podbił serca kibiców Realu Madryt. I europejską koszykówkę (fot. Getty Images)

– Doncić to przykład tego, że gracze, który dają radę w Eurolidze, poradzą sobie również w NBA – dodaje Juć. – Sam fakt rywalizacji z dużo starszymi zawodnikami, obcowanie z nimi – nie tylko na boisku, ale też w szatni, czyli pewnego rodzaju wychodzenie ze strefy komfortu, to coś, czego nie ma w NCAA. Poza tym, inny jest poziom szkolenia. Doncić szedł do Dallas wiedząc o rotacjach w defensywie, znając różne sposoby obrony pick and roll, był też gotowy do radzenia sobie z presją – w Eurolidze mecze mają znacznie większe znaczenie niż te rozgrywane w koszykówce uniwersyteckiej, są też często bardziej wyrównane.

Gdy wchodził do NBA, niektórzy nieśmiało porównywali go do Magica Johnsona: widzi na parkiecie więcej niż inni, przewiduje trzy ruchy do przodu, dzięki czemu może z powodzeniem sterować poczynaniami kolegów. W przerwanym przez pandemię sezonie, ofensywa Dallas Mavericks osiągnęła najwyższą w historii efektywność (no, przynajmniej od 1973 roku, czyli odkąd prowadzone są zaawansowane pomiary), a Doncić był szóstym strzelcem (28,7 pkt na mecz), dziewiętnastym zbierającym (9,3) i czwartym asystentem ligi (8,7). Był czas, gdy wielu widziało w nim – choć to przecież dopiero jego drugi sezon na parkietach NBA – materiał na MVP. Między innymi po takich zagraniach...



Coraz więcej mówi się też o jego step-backu, czyli „rzucie z odejścia”, „firmowym” ruchu innej gwiazdy ligi – Jamesa Hardena. Doncić miał spierać się w tej sprawie z Carlisle’em, który przekonywał Słoweńca, że rzut za trzy wciąż nie jest jego najmocniejszą stroną, więc nie powinien go przesadnie forsować. Luka dostrzegł jednak w tym zagraniu głębszy cel: skuteczność, choć daleka od zachwycającej, wciąż jest na tyle dobra, że obrońcy muszą być przy nim wyjątkowo czujni, dzięki czemu partnerzy dostają więcej miejsca, a i on ma więcej swobody, by w razie potrzeby rozpędzić się i minąć rywala. Wychodzi nieźle.


Czy Doncić ma jakieś wady? – Nie widzę w nim żadnych poważnych mankamentów – przekonuje Juć. – Są pewnie małe rzeczy do poprawy, jak u każdego zawodnika na świecie, ale trudno wskazać jeden, konkretny problem.

To pewnego rodzaju fenomen: nie jest za szybki, nie skacze najwyżej, ale ma bardzo dobrą koordynację, świetne przyspieszenie, jest też bardzo gibki. Od kilku miesięcy pracuje w ojczyźnie z trenerem personalnym, Jure Drakslarem, który pomaga mu zbudowaniu masy mięśniowej. O formę Doncicia nie trzeba się więc martwić. Poza tym, jego największą bronią na parkiecie pozostaje... szósty zmysł. Koszykarski.

***

Najlepsi zawodnicy świata, w tym 21-letni Słoweniec, mają wrócić do gry 30 lipca. Przy pustych trybunach w Orlando spotkają się 22 zespoły: 12 ma już pewny awans do fazy play-off, dziesięć (w tym Dallas) powalczy o pozostałe cztery miejsca. Doncicia czeka najpewniej pierwszy poważny test w „amerykańskiej” karierze: jak poradzi sobie w wyczerpujących seriach w play-off, gdy skupi się na nim obrona, gdy taktyka rywali będzie podporządkowana zatrzymaniu go? Które oblicze Słoweńca zobaczymy: to z Final Four z 2017 czy 2018 roku? Odpowiedzi już niebawem.

źródło:
Zobacz więcej