Piłka nożna. Jak wymyślona afera alkoholowa pozbawiła Polskę medalu na olimpiadzie w Berlinie

Ernest Wilimowski był zdecydowanie najlepszym polskim piłkarzem okresu międzywojennego (fot. arch.PAP/Picture-Alliance / ASA)

Alkoholowe skandale towarzyszą piłce nożnej od początku jej istnienia. Na naszym podwórku pierwszy poważny kryzys z kieliszkiem wódki w tle wybuchł na niespełna miesiąc przed igrzyskami olimpijskimi w Berlinie, a jego ofiarą stał się najlepszy polski piłkarz Ernest Wilimowski. Efekt tego był taki, że na niemieckie igrzyska czołowy snajper Europy nie pojechał, a Polska zajęła pechowe czwarte miejsce. Choć, jak się okazuje wybryk w katowickiej restauracji Silesia był tylko pretekstem, aby utrzeć nosa Ruchowi Wielkie Hajduki.

III liga. Chaos na zapleczu zawodowego grania. Do akcji mogą wkroczyć prezydenci miast

Czy o awansie do II ligi zadecydują… prezydenci miast? Tak może być. Dziurawy regulamin rozgrywek wywołał gigantyczny bałagan na zapleczu...

zobacz więcej

Afera wybuchła pod koniec czerwca 1936 roku. Wtedy Ruch pojechał na towarzyski mecz z Cracovią. Co warte podkreślenia, do meczu doszło kilkanaście godzin po ligowym spotkaniu Niebieskich z Wisłą Kraków. Pod Wawelem było to wielkie wydarzenia, bo grające wówczas na zapleczu elity Pasy podejmowały aktualnego mistrza Polski.

Zlani i zalani na Pasach

Cracovia wygrała, co może nie było wielką sensacją, ale rozmiary zwycięstwa już robiły wielkie wrażenie. Pasy pokonały Ruch aż 9:0.

„W ciągu 90 minut prysł czar potęgi jedenastki hajduckiej. Symbol najwyższej klasy polskiej ligi zdruzgotany w spotkaniu z zespołem niższym formalnie o klasę, a wyższym faktycznie o dwie. Za jednym zamachem wzięły w łeb wszelkie porównania i sztywne formy klasowe. Pulsujący nurt życia zmiótł je z powierzchni, a zagadka - ten najważniejszy czynnik każdego meczu piłkarskiego - triumfowała w całej pełni” – zachwycał się krakowski korespondent Przeglądu Sportowego.

Wynik może i przeszedłby bez większego echa, gdyby nie list wysłany przez śląskiego dziennikarza Stanisława Skrzypczaka do redakcji stołecznej gazety. Autor opisywał w nim kulisy niespodziewanej porażki faworyzowanych Ślązaków.

Uprzejmie donoszę…

„Na dworcu katowickich oczekiwało przybycia pociągu krakowskiego wielu sportowców, którzy przybytą drużynę mistrza wrogimi okrzykami jak: skandal, hańba, grać w piłkę, a nie w knajpach siedzieć”.

ŁKS wypełni trybuny kibicami z... tektury

Trybunę na stadionie ŁKS podczas pozostałych do końca sezonu spotkań piłkarskiej ekstraklasy zamiast prawdziwych kibiców wypełnią ich… tekturowe...

zobacz więcej

– Wynik oczywiście był dużą niespodzianką, ale nie jakąś gigantyczną sensacją. Cracovia wprawdzie występowała o szczebel rozgrywkowy niżej, ale była to niezwykle mocna ekipa. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Pasy rok później sięgnęły po mistrzostwo Polski – opowiada nam Andrzej Gowarzewski, założyciel wydawnictwa GiA i twórca wielu książek o historii polskiej piłki.

Według relacji autora listu, z pociągu zdecydowali się wysiąść jedynie Eryk Kurek i Wilimowski. Obaj „z walizkami w rękach przeszli zmęczonymi krokami ulicami i wylądowali w restauracji Silesia na ulicy Wojewódzkiej”.

Skrzypczak podążył za piłkarzami, przysiadł się obok i nasłuchiwał ich rozmowy z jednym z działaczy i śląskim dziennikarzem. „Nad ranem około godziny 3, Kurek skonsumowawszy większą ilość wódki, zauważył mnie siedzącego i przysiadłszy się do mego stolika przywołał ledwo trzymającego się na nogach Wilimowskiego.”

Autor listu poczuł instynkt dziennikarza śledczego i dopytał swoich nowych kompanów o kulisy porażki z Cracovią. Co ciekawe, całość rozmowy przytoczył nad wyraz precyzyjnie. W dalszej części listu Skrzypczak przytacza wypowiedź Kurka: „Nie musieliśmy przegrać, gdyby wszyscy nie byli pijani. Po meczu z Wisłą kierownictwo wypłaciło każdemu graczowi po 50 złotych. Wszyscy poszliśmy więc na pijatykę i dopiero nad ranem około 5, wróciliśmy do domu. Badura ledwo stał na boisku w Krakowie, a Peterek nie mógł dojrzeć piłki.”

Cztery piłki Wilimowskiego

„Ja – przerywa Kurkowi Wilimowski – to widziałem zawsze cztery piłki. Po takiej nocy nie szło”.

Przyszłość selekcjonera reprezentacji wyjaśniona

To już pewne. Jerzy Brzęczek poprowadzi reprezentację Polski podczas Euro 2020. W poniedziałek selekcjoner przedłużył wygasający kontrakt do końca...

zobacz więcej

Niezwykle precyzyjnie zapisany przebieg nocnej rozmowy mógł budzić wątpliwości. Ale zdaniem Gowarzewskiego to wypowiedź idealnie wpisująca się w charakter Wilimowskiego. – To cały on. Niezwykle prosty chłopak, który często zanim pomyślał, to coś powiedział – dodaje Gowarzewski.

Jeśli wierzyć Skrzypczakowi, to bramkarz Ruchu znalazł dość błahą przyczynę tak wysokiej porażki. „Błędem kierownictwa było, że zamówiło graczy na dworzec o prawie godzinę za wcześnie, do tego po nieprzespanej nocy”.

Później bramkarz opowiada, że przy stanie 0:5 poprosił o zmianę, żeby wina za puszczone gole nie padła tylko na niego. Ale rezerwowy Eryk Tatuś też się nie spisał, wpuszczając cztery bramki w ciągu kilkunastu minut.

Jak ze smutkiem zauważa autor wyznania piłkarzy nie zostały dokończone. „(…) przy następnym stoliku goście niecierpliwi się tym bardziej, że na stołach stała w kieliszkach wódka. (…) pożegnali się więc, by kontynuować swoją wcale niesportową zabawę”.

Po opublikowaniu listu na wybuchło gigantyczne zamieszanie. Na Śląsku wykupiono cały nakład Przeglądu Sportowego, a gazeta sprowadzana była z innych części kraju. Wiadomo było, że spraw będzie mieć ciąg dalszy.

Koniec „absurdalnych” pensji? Szef niemieckiego futbolu chce wprowadzić limit

Prezes Niemieckiej Federacji Piłkarskiej (DFB) Fritz Keller proponuje wprowadzenie ograniczeń płacowych w tej dyscyplinie sportu, aby futbol stał...

zobacz więcej

Dziwaczne śledztwo

Z Warszawy samolotem (!) udali się na Śląsk przedstawiciele Ligi. Przesłuchanie piłkarzy i działaczy Ruchu trwało ponad cztery godziny, później zeznania składał Skrzypczak, który potwierdził słowa opublikowane w liście do Przeglądu Sportowego.

Następnie doszło do konfrontacji autora listu z dwoma piłkarzami. Jak czytamy w relacji Przeglądu Sportowego. „Wilimowski zaprzeczył wszystkiemu kategorycznie, twierdząc, że wprawdzie był tej nocy w restauracji, jednak nic nie pił i był zupełnie trzeźwy, natomiast zarzucił, że pijany był właśnie autor listu”.

Wezwano kolejnego świadka nocnego spotkania w katowickiej restauracji, który „zaświadczył, że p. Skrzypczak nie tylko nie był pijany, ale nie był nawet podchmielony”. Na nieszczęście dla piłkarzy, wersję Skrzypczaka potwierdził kolejny świadek, który miał spotkać zmierzającego na pociąg do Krakowa Kurka.

Już po kilku dniach zdecydowano się na zawieszenie całej drużyny Ruchu w prawach członka PZPN. Komisja Ligi jako pierwszego winnego wskazała działacza chorzowskiej drużyny Józefa Wieczorka. „(…) który przed kilku laty był zarządzającym jednej z restauracyj w Wielkich Hajdukach. Ogólnie panuje przekonanie, że gdyby nie ta restauracja nie doszłoby dziś do licznych skarg i żalów na graczy Ruchu” – informował Przegląd Sportowy.

Medialna szopka

Ale jak się okazało była to zwykła hucpa, bo tak naprawdę Ruch był… już wcześniej zawieszony. Sprawę wyjaśnił nam Andrzej Gowarzewski.

FIFA zorganizuje mecz charytatywny na rzecz walki z koronawirusem

Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej (FIFA) zorganizuje mecz charytatywny, z którego dochód zostanie przeznaczony na walkę z koronawirusem....

zobacz więcej

– Ruch był już wcześniej zawieszony. Chodziło o kontrolę finansową. W Warszawie nie podobało się to, że zespół ze Śląska jako jedyny w Polsce jest samodzielny i bardzo dobrze zarządzany. Ruch rozgrywał całe mnóstwo spotkań towarzyskich, za które brał od klubów całkiem dobre pieniądze – tłumaczy Gowarzewski.

Ślązacy podzielili zespół na trzy drużyny. Do każdej z nich trafiał jeden z asów – Gerard Wodarz, Teodor Peterek i Wilimowski. – Ludzie tłumnie przychodzili na te sparingi. Ruch to była wtedy zdecydowanie najlepsza ekipa w kraju, a przecież kibice nie mieli okazji oglądania na żywo gwiazd rodzimej piłki. Ruch brał część pieniędzy z biletów i wychodził na tym świetnie. A to bardzo nie podobało się w Warszawie – zdradza autor książek o historii piłki.

Podczas gdy toczyło się postępowanie dyscyplinarne, Wilimowski był już powołany do szerokiej kadry na igrzyska olimpijskie w Berlinie. Spośród 27 piłkarzy, którzy stawili się na treningach w Warszawie, kapitan Józef Kałuża miał wybrać osiemnastkę. Napastnik Ruchu wystąpił w obu meczach towarzyskich z austriackim Wackerem. Razem z nim kadrze znajdowali się Peterek i Wodarz. Mogło to o tyle dziwić, że klub, a zarazem i piłkarze byli już zawieszeni.

Na niespełna trzy tygodnie przed początkiem igrzysk PZPN zdecydował o wykluczeniu Wilimowskiego z reprezentacji olimpijskiej. „Zachowaniem swoim dopuścił się złamania przysięgi olimpijskiej, gdyż przed komisją składał fałszywe zeznania. PZPN zdecydował się wykreślić tego zawodnika z listy uczestników obozu olimpijskiego i powiadomić o tym PKOl. Tym samym udział Wilimowskiego w ekspedycji berlińskiej stał się nieaktualny” – informował Przegląd Sportowy.

Jak mówi nam Gowarzewski, sprawa wyglądała jednak zupełnie inaczej. – Cały tercet dostał propozycję. Mają napisać prośbę do PZPN o odwieszenie. Peterek i Wodarz zgodzili się na napisanie listu. Wilimowski odmówił, tłumacząc, że nie wie, dlaczego ma się prosić o powołanie do reprezentacji. Przegląd Sportowy był wtedy tubą PZPN. Trzeba było jakoś wyjaśnić, dlaczego Wilimowski nie pojedzie do Berlina, więc wymyślono historię o zawieszeniu z powodu afery alkoholowej – zdradza Gowarzewski.

Co ciekawe, decyzja piłkarskich działaczy nie wywołała większych emocji. Największa sportowa gazeta w kraju poinformowała o niej w niewielkiej wzmiance na drugiej stronie. A chodziło o zdecydowanie najlepszego napastnika w reprezentacji Polski i jednego z czołowych snajperów w Europie.

Data finału Pucharu Polski wyznaczona

Departament Rozgrywek Krajowych PZPN wspólnie z Ekstraklasą S.A. przygotował ramowy terminarz rozgrywek Totolotek Pucharu Polski, PKO BP...

zobacz więcej

– To była połowa lat 30. Coś takiego jak opinia publiczna formalnie nie istniało. Do tego rządowa cenzura miała dużo większy wpływ na prasę niż obecnie nam się wydaje. Dziennikarze zdawali sobie z tego sprawę, dlatego wykorzystano fakt niewłaściwych zeznań Wilimowskiego, żeby ukarać go za niezłożenie prośby do PZPN – wyjaśnia Gowarzewski.

Przegrani byli wszyscy

Wilimowski na igrzyska nie pojechał. Polska zajęła na nich ostatecznie czwarte miejsce. – Gdyby Ezi był w kadrze, na pewno zdobylibyśmy medal w Berlinie. Przez gierki działaczy w Warszawie reprezentacja została pozbawiona najlepszego piłkarza – uważa Mariusz Gudebski, autor strony reprezentacja1921.pl

– O sprawie najlepiej świadczy fakt, że chwilę po igrzyskach Wilimowski wrócił do kadry. Wierząc narracji PZPN i Przeglądu Sportowego, można sobie zadać pytanie, jak to możliwe, że taki pijak ma reprezentować nasz kraj. Widać, że w tej rzekomej aferze chodziło o coś zupełnie innego – uzupełnia Gowarzewski.

Efektów zamieszania żałował także sam piłkarz. – Miałem okazję rozmawiać z Wilimowskim. Powiedział mi, że mógł napisać takie samo pismo jak jego koledzy z Ruchu. A tak koło nosa przeszły mu igrzyska olimpijskie i prawdopodobnie medal olimpijski – kończy Gowarzewski.

źródło:
Zobacz więcej