Wybory 2020

Jak głosować w specjalnym reżimie sanitarnym [PORADNIK]

„Rycerze słusznej sprawy”. Niezłomni „Orlika” zadali komunistom bolesną porażkę

Partyzanci mjr. „Orlika” dawali się komunistom we znaki (fot. IPN)

Koryłówka, Surkonty, Kotki – żołnierze powstania antykomunistycznego stoczyli kilka bitew ze służbami zainstalowanych rozkazem Kremla władz Polski Ludowej. Choć osamotnieni i świadomi nieuchronnej klęski, nie rezygnowali z marzenia o wolnej Polsce. To marzenie wzmacniało ich podczas jednego z największych zwycięstw – w bitwie w Lesie Stockim. Jedynie przybycie oddziałów NKWD uchroniło „utrwalaczy władzy ludowej” od całkowitej klęski. W niedzielę obchodzimy 75. rocznicę tego wyjątkowego starcia.

Prezydent Duda: Komuniści bali się Żołnierzy Niezłomnych

zobacz więcej

Niedawno obchodziliśmy 75. rocznicę zakończenia II wojny światowej, które oznaczało zastąpienie niewoli brunatnej przez czerwoną. – To słodko-gorzka rocznica; słodka, bo upamiętnia zakończenie krwawej jatki; gorzka, bo po wojnie Polska znalazła się w sowieckiej strefie wpływów – mówił 8 maja prezydent Andrzej Duda.

Wielu nie godziło się z kolejnym zniewoleniem; pozostawali w konspiracji lub wstępowali do oddziałów leśnych ludzi, żeby spróbować wydrzeć okupantom wolną Polskę. Mogli liczyć tylko na siebie i pomoc miejscowej ludności, ale też na donosy, które sprowadzały na nich jednostki Milicji Obywatelskiej, Urzędu Bezpieczeństwa i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego a także sowieckiej NKWD.

Ostrzeżenie „Szczerbca”

Po latach doczekali się miana żołnierzy niezłomnych, ale komunistyczna władza ogłosiła ich „bandytami”. Trzeba przyznać, że sporadycznie w powojennym chaosie dochodziło do nieuzasadnionych zbrodni, ale były to pojedyncze incydenty. Niestety, nie do wszystkich docierała przestroga kpt. Gracjana Fróga „Szczerbca”, dowódcy 3 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej: „Pamiętajcie, chłopcy, między partyzantem a bandytą jest jeden krok”.

Zdecydowana większość żołnierzy nie wykonała tego kroku. Oddziały były zdyscyplinowane i odznaczały się wysokim morale, co pozwalało im zjednywać sobie okoliczną ludność. Jedną z takich jednostek dowodził Marian Bernaciak „Orlik”, rocznik 1917. Urodzony w Zalesiu na Lubelszczyźnie, w 1937 roku ukończył Gimnazjum im. A.J. Czartoryskiego w Puławach. Następnie odbył obowiązkową roczną służbę wojskową w Mazowieckiej Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii w Zambrowie, którą ukończył w stopniu plutonowego podchorążego. Skierowano go do 2 Pułku Artylerii Ciężkiej.

Jako rezerwista pracował w urzędzie pocztowym w Sobolewie w powiecie Garwolin i wkrótce historia się o niego upomniała. Wobec spodziewanej napaści III Rzeszy na Polskę został zmobilizowany w sierpniu 1939 roku. Podczas kampanii wrześniowej walczył jako podporucznik rezerwy w 2 Pułku Artylerii Ciężkiej. Razem ze swoją jednostką bronił Włodzimierza Wołyńskiego przed Armią Czerwoną.

„Żołnierze Wyklęci nie godzili się na sowiecką, stalinowską, ponurą noc”

Żołnierze Wyklęci to polscy patrioci, którzy nie godzili się na sowiecką, stalinowską, ponurą noc - podkreślił wicepremier, minister kultury i...

zobacz więcej

Dostał się do niewoli sowieckiej i ten epizod z pewnością miał wpływ na jego negatywny stosunek do prób instalowania w Polsce radzieckich porządków. W niewoli pozostał kilka tygodni, zbiegł bowiem z transportu jenieckiego już na terytorium ZSRR. Transport wiózł polskich oficerów do obozów, dla wielu skończyło się to strzałem w tył głowy i wrzuceniem do nieoznakowanego grobu.

Księgarz

Bernaciak wrócił w rodzinne strony, gdzie wkrótce zaczął prowadzić księgarnię w Rykach i niewielką drukarnię w Dęblinie. Szybko zaangażował się w działalność konspiracyjną – najpierw w ramach Związku Walki Zbrojnej, a następnie Armii Krajowej. Jako „Orlik” został szefem Kedywu podobwodu „A” (Dęblin-Ryki) w Obwodzie AK Puławy, a więc osobą cieszącą się dużym zaufaniem centrali.

Jesienią 1943 roku na jego trop wpadło Gestapo i Bernaciak musiał się ukrywać. Nie chciał pozostawać bierny i 20 listopada 1943 roku utworzył grupę lotną, z której powstał później oddział partyzancki, kryptonim OP I/15 pułku piechoty AK „Wilków”. Jednostka przeprowadziła ponad 20 akcji bojowych przeciwko Niemcom. Żołnierze Bernaciaka podczas akcji „Burza” w lipcu 1944 roku uratowali w Dęblinie ważne obiekty wojskowe i gospodarcze, a także uchronili ludność cywilną przed zbrodniami ze strony wycofujących się niemieckich żołnierzy.

26 lipca 1944 roku oddział Bernaciaka samodzielnie wyzwolił Ryki i na początku sierpnia na czele około 350 partyzantów oficer ruszył na odsiecz Warszawie, w której wybuchło powstanie. Marsz na stolicę nie powiódł się, na przeszkodzie stanęli czerwonoarmiści. Dowódca wydał rozkaz rozwiązania jednostki. Sam był zmuszony ponownie ukrywać się, tym razem przed NKWD.

„Orlik” przez kilka miesięcy pozostawał w głębokiej konspiracji, a już w marcu 1945 roku odtworzył swój oddział z osób zagrożonych aresztowaniem. Tym razem celem było zwalczanie komunistycznego reżimu. Początkowo podlegał Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj, ale we wrześniu wszedł w struktury Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Marian Bernaciak do końca walczył o wolną Polskę (fot. IPN)

„Stutthof to była igraszka”. Cień Pileckiego cudem nie podzielił jego losu

Kampania wrześniowa, konspiracja, nazistowski obóz koncentracyjny, cudowne ocalenie, aresztowanie przez komunistyczną bezpiekę, brutalne śledztwo,...

zobacz więcej

Rośli w siłę

Partyzanci Bernaciaka należeli do najliczniejszych na Lubelszczyźnie. W oddziale służyło około dwustu żołnierzy pochodzących z rozformowanych grup podziemia, ale zasilali go także dezerterzy z Ludowego Wojska Polskiego, a także byli żołnierze, którzy uciekli i zostali uwolnieni z więzień UB. Działali na terenie powiatów garwolińskiego, puławskiego, łukowskiego, lubartowskiego, kraśnickiego i kozienickiego. Wyróżniali się także zaangażowaniem na polu propagandowym, publikowali między innymi odezwy do mieszkańców.

„Zaraz w pierwszych dniach przyszło rozczarowanie. System policyjny nowego okupanta zagrodził mnie i wielu innym drogę. Już w pierwszych dniach został zamordowany w sposób skrytobójczy jeden z moich współpracowników. (…) Zmasakrowane zwłoki, jego mordercy (…) funkcjonariusze milicji obywatelskiej (…) ukryli w lesie, grzebiąc je w rowie przydrożnym. Zginęło wielu żołnierzy Armii Krajowej. Reszta, którzy uniknęli tego losu, znaleźli schronienie w lesie. Wśród nich i ja (…)” – napisał kapitan w manifeście kolportowanym wśród społeczności lokalnej, w którym wyjaśniał motywy walki i odpowiadał na kłamstwa komunistycznej propagandy na swój temat.

„Z wewnątrz więzień zaczęły nas dochodzić wiadomości mrożące krew w żyłach. Radkiewicz (minister bezpieczeństwa publicznego – przyp. red.) niczym nie ustąpił Himmlerowi, a nawet go prześcignął (…). Giną bez śladu ludzie, a gdy się znajdzie ich zwłoki, mają po katyńsku ślad strzału w tył głowy, ręce w tył związane często drutem kolczastym (…) Społeczeństwo stanęło do samoobrony. Społeczeństwo powierzyło mi kierownictwo akcją samoobronną. Funkcję tą pełnię z wiarą, że zbliżam dzień wolności naszej. Dla tej wolności poświęciłem wszystko bez reszty” – wyjaśniał „Orlik”.

Jego żołnierze mocno dawali się we znaki władzy ludowej. Przeprowadzili wiele operacji, którym nie brakowało fantazji. Jedną z najbardziej spektakularnych było zdobycie, 24 kwietnia 1945 roku, gmachu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach. Uwolniono wówczas 107 więźniów i zabito kilku ubeków.

1 maja oddział „Orlika” zajął Kock, rozpędził wiec komunistów z okazji 1 maja i urządził własny – antykomunistyczny. Rozbrojono również lokalną milicję. Podczas odwrotu z Kocka doszło do starcia pod Annówką z grupą operacyjną UB. Zginęło dwunastu funkcjonariuszy, a 24 dostało się do niewoli. Ubecy zostali potraktowani łagodnie – rozbrojono ich, pozbawiono mundurów i puszczono wolno.

„Wolność kochali ponad życie i kariery”. Hołd zamordowanym w gmachu dawnej bezpieki

Chylimy dzisiaj czoła przed tymi, którzy wbrew wszystkiemu kochali wolność ponad własne kariery, zdrowie, życie – powiedział w sobotę wicepremier,...

zobacz więcej

Akcja w Puławach sprawiła, że schwytanie Bernaciaka stało się dla komunistów priorytetem. Nie chodziło tylko o wymiar militarny, ale przede wszystkim o wymiar propagandowy. Słaba władza, bez większego oparcia wśród ludności cywilnej, do tego upokorzona musiała pokazać swoją siłę.

Sieć konfidentów

Ubecy utkali sieć konfidentów, którzy mieli wytropić „Orlika”. Metoda okazała się skuteczna. Właśnie po donosie do komendy Milicji Obywatelskiej w Puławach na temat miejsca zgrupowania partyzantów zorganizowano obławę oddziału pacyfikacyjnego. Łącznie władza dysponowała około 680 żołnierzami, choć według niektórych źródeł mogło być ich znacznie mniej, przypuszczalnie około dwustu.

Dowodzili kpt. Henryk Deresiewicz, naczelnik Wydziału do Walki z Bandytyzmem WUBP w Lublinie, Jan Leptuch, komendant UB w Puławach, komendant milicji Antoni Morgut oraz st. lejt. Karpiuk kierujący 198 Samodzielnym Batalionem Strzelców Zmotoryzowanych wojsk wewnętrznych NKWD. Enkawudziści mogli być pewni swego. Kilka dni wcześniej rozbili oddział AK–DSZ Tadeusza Orłowskiego „Szatana”, który przeprowadził niefortunny atak na posterunek Milicji Obywatelskiej w centrum Nałęczowa.

Bezpieka miała do dyspozycji dwa transportery opancerzone i trzy samochody pancerne, do tego nie musiała oszczędzać amunicji, a to duży atut. Przewaga po stronie komunistów była zdecydowana, nawet jeżeli przyjąć, że ich siły były zawyżone. Mimo to oddział poszedł w rozsypkę.

23 maja żołnierze Bernaciaka w liczbie około 120 zatrzymali się we wsi Las Stocki koło Kazimierza Dolnego. Odpoczywali po wyczerpującym marszu i czekali na około 70 partyzantów z okolic Baranowa i Kośmina dowodzonych przez por. Czesława Szlendaka „Maksa”. Pod względem militarnym teren utrudniał prowadzenie działań, gdyż poprzecinany był wąskimi dołami oraz wąwozami porośniętymi lasem. Na zachód od wsi ciągnie się wąwóz zwany Zadolem, a od strony wschodniej – Glibienny Dół. Właśnie ten drugi zdecydował o losach bitwy.

„Decyzja o uhonorowaniu Żołnierzy Wyklętych miała kolosalne znaczenie”

Krytyków Żołnierzy Wyklętych mamy co niemiara, ale rzetelnych badaczy tego zagadnienia wprost przeciwnie. Jeżeli spojrzymy na dorobek placówek...

zobacz więcej

Kocioł

24 maja w oddalonym o kilka kilometrów na południe od Lasu Stockiego Wierzchoniowie pojawiła się zmotoryzowana grupa operacyjna bezpieki. Tam ojciec jednego z milicjantów doniósł o żołnierzach przebywających w pobliskiej miejscowości. Około godz. 19. zdecydowano się podzielić oddział na cztery grupy, które zablokowały partyzantom możliwość odwrotu ze wsi po czym ruszono do ataku.

„Szli szeroką ławą. Lewe rękawy kurtek mundurowych mieli podwinięte powyżej łokci, co stanowiło znak rozpoznawczy zabezpieczający przed otwarciem ognia do swoich. (…) Posuwali się bez zachowania szczególnej ostrożności, byli pewni siebie, przekonani, że przewaga, jaką mają, z góry przesądza wynik starcia” – wspominał kpr. Jerzy Ślaski „Nieczuja” w cenionej i wielokrotnie wznawianej książce „Żołnierze Wyklęci”.

Bezpieczniacy zdołali w znacznym stopniu wykorzystać element zaskoczenia oraz posiadanie broni pancernej. Idąca Zadolem grupa rozbiła dwa posterunki, gdyż partyzanci „Maksa” nawet nie wystawili wartowników. Gdy tankietka wjechała do pierwszym domów i zaczęła strzelać, partyzanci – wielu w niepełnym umundurowaniu; gdyż to się suszyło – odpowiedzieli chaotycznym ogniem, a część zwyczajnie uciekła, gdy od pocisków zapaliły się domy. Do akcji wkroczył sam porucznik, ale szybko został ranny i z przestrzelonym płucem oraz raną postrzałową ramienia ewakuowany.

W pierwszej fazie zginęło kilku partyzantów „Maksa”. „Orlik” zwołał szybką naradę, podczas której podjęto decyzję, żeby zamiast wycofywać się przejść do kontrataku i przeprowadzać manewry oskrzydlające. Partyzanci mieli zatykać białe kwiaty bzu za otok czapek, żeby zminimalizować ryzyko wzajemnego ostrzelania, gdyż obie strony miały podobne mundury. Zwrócono też uwagę, że bezpieczniacy mieli w ramach znaków rozpoznawczych podwinięte lewe rękawy, a czapki okręcone białym bandażem.

Żołnierze wyklęci jeszcze kilka lat po wojnie stawiali opór komunistom (fot. IPN)

Prof. Panfil: Młodym łatwo jest odnaleźć pokrewieństwo duchowe z Żołnierzami Wyklętymi

– Młodzież odruchowo ceni cechy, cnoty, którymi charakteryzowali się żołnierze podziemia antykomunistycznego. Wierność, lojalność, zdolność do...

zobacz więcej

Walki przeniosły się do wąwozów. Najważniejszym zadaniem było pozbawienie atakujących broni pancernej. Jeden z transporterów z enkawudzistami dostał się w krzyżowy ogień i musiał się wycofać. W akcji wyróżnili się „Nieczuja” oraz kpr. Kazimierz Łukasik „Samopał” i Zdzisław Jarosz „Czarny”, którzy obrzucili załogę granatami. Unieruchomiono również drugi samochód pancerny. Dokonał tego tego kpr. Jerzy Michalak „Świda”, który popisał się celnym rzutem granatem przeciwpancernym.

„»Orlik« nakazał mnie i »Płonce« rozstawić lotnicze kaemy nad wąwozem, gdzie wycofali się się nasi ludzie. Czekaliśmy na wroga. Po pewnym czasie nadjechał transporter z kilkunastoma Rosjanami, który kierował się w stronę wąwozu, chcąc nam prawdopodobnie odciąć drogę odwrotu. Wszyscy strzelali na oślep po zaroślach i krzyczeli: »smiert lachom, smiert lachom«. Kiedy pojazd zbliżył się na dogodną odległość, zaterkotały nasze kaemy. Niebieski oślepiający ogień kul zapalających przeleciał po burcie pojazdu. Ruscy spostrzegli, że są w potrzasku, przestali krzyczeć i zaczęli podnosić ręce do góry. Po następnych celnych seriach niebieski ogień pojawił się na ich mundurach. Nikt nie uszedł z życiem” – wspominał starcie kpr. Jerzy Skolimowski „Znicz”.

Jeszcze przed bitwą unieszkodliwiony został trzeci pojazd pancerny. Jadąc do Lasu Stockiego ugrzązł na błotnistej drodze. W okolicy przebywali żołnierze Mieczysława Polaka „Leonidasa”, którzy zabezpieczali teren przebrani za pracujące w polu kobiety. Wprawdzie nie zdążyli ostrzec towarzyszy o ataku, ale patrole ostrzelały nieprzyjaciela i zmusiły do ucieczki.

Oko w oko

Przewaga bezpieczniaków szybko topniała, ale do rozstrzygnięcia wciąż było daleko. O zwycięstwie partyzantów przesądził przypadek, na który trzeba było jednak sobie zapracować przelaną krwią. Jedna z grup została zepchnięta do głębokiego wąwozu. Oddział z „Nieczują”, przy którym znajdował się „Orlik”, natknął się na ośmiu żołnierzy w polskich i sowieckich mundurach z podwiniętymi lewymi rękawami, którzy prowadzili większy oddział. Obie grupy stanęły naprzeciw siebie.

Ppor. Wacław Kuchnio „Spokojny” dla pewności zapytał o hasło, a kiedy padła odpowiedź „Leningrad” było jasne, że to nieprzyjaciel. Partyzanci natychmiast otworzyli ogień i położyli bezpieczniaków trupem. Padli między innymi kpt. Deresiewicz oraz zastępca PUBP w Puławach por. Aleksander Ligęza „Armata”. W szeregach atakujących wybuchła panika.

Mordercy w togach. Za śmierć rtm. Pileckiego nie odpowiedział nikt

Oświęcim to była igraszka – powiedział podczas ostatniego widzenia z żoną Marią rtm. Witold Pilecki. Były więzień niemieckiego obozu wiedział już,...

zobacz więcej

Walki trwały do zmierzchu. „Orlik” wyrwał się z okrążenia i nakazał manewr okrążający, dzięki czemu udało się zepchnąć cofających się sowietów do Zadola, gdzie poszczególne grupy były likwidowane. Gdy Bernaciak otrzymał informację o zbliżających się siłach UB, KBW i NKWD, zarządził odwrót. Zabrano rannych i kilku poległych i ruszono na Sachalin i Kośmin.

Ranni zostali zakwaterowani w pobliskich wioskach, zaś poległych miejscowi pochowali w zbiorowej mogile w Lesie Stockim. Historycy Instytutu Pamięci Narodowej podają, że w walce z oddziału Bernaciaka poległo 11 lub 12 żołnierzy, a 10 zostało rannych. Po stronie komunistów straty wyniosły 28 poległych funkcjonariuszy NKWD, 4 funkcjonariuszy MO oraz 8 funkcjonariuszy UB. Ślaski szacuje liczbę zabitych wrogów na 72. Wiadomo, że zginęło także co najmniej troje mieszkańców wsi, w tym dziewczynka.

W szyku marszowym

Kilka dni po bitwie oddział „Orlika”, poruszając się cały czas w szyku marszowym, przeprawił się promem przez Wisłę na teren dawnego przyczółka warecko-magnuszewskiego, gdzie kilka miesięcy wcześniej doszło do ciężkich walk między Wehrmachtem a oddziałami Armii Czerwonej i LWP. Tam partyzanci byli bezpieczni, przynajmniej na razie.

Należy podkreślić, że żołnierze Bernaciaka nie stracili możliwości bojowych, animuszu ani fantazji. Już 15 czerwca zajęli Żelechów, gdzie rozbroili posterunek milicji i zlikwidowali kilku ubeków. Z kolei 27 lipca uwolnili na stacji w Bąkowcu około 120 przewożonych więźniów, w tym wielu żołnierzy podziemia, między innymi ppłk. Antoniego Żurowskiego „Andrzeja Bobera” i ppłk. Henryka Krajewskiego „Trzaskę”.

Bernaciak był utalentowanym dowódcą, niezwykle elastycznym na polu walki i poza nim. Po kolejnych sukcesach słusznie zmienił taktykę. Wiedząc, że komuniści zmobilizowali ogromne siły regularnego wojska oraz służb bezpieczeństwa, które miały go wytropić, podzielił swoich żołnierzy na mniejsze oddziały i rozpuścił w teren. Zakonspirowane we wsiach i wspomagane przez terenowe struktury WiN drużyny mogły być łatwo koncentrowane i były utrzymywane w stałej gotowości bojowej.

Chaszodżdżi po polsku. Jak PRL likwidowała zdrajców

Brutalne morderstwo saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego, skrytobójczy zamach na podwójnego szpiega Siergieja Skripala czy wcześniejszy...

zobacz więcej

Partyzanci podzieleni na grupy „Spokojnego” i ppor. Zygmunta Wilczyńskiego „Żuka” prowadzili działania na mniejszą skalę do 1947 roku, gdy po ogłoszeniu amnestii ujawnili się. Bernaciak już wtedy nie żył. Najpierw bezpieka aresztowała jego rodziców i brata Lucjana, byłego żołnierza AK. 24 czerwca 1946 roku natrafiono i na niego.

Donos

Zdarzyło się, że „Orlik” wraz z kilkoma podkomendnymi wracał furmanką z narady, ale koń zgubił podkowę. Na skraju wsi Piotrówek znaleziono kowala i gdy czekano aż będzie można ruszyć dalej, ktoś doniósł milicjantom, że we wsi kręcą się podejrzani ludzie, w dodatku z bronią. Przeciwko nim wysłano żołnierzy wojsk saperskich z 1 Dywizji Piechoty, którzy ochraniali referendum ludowe – sfałszowane 3xTak – oraz oddział KBW. Wieś została otoczona.

Bernaciak usiłował wydostać się z okrążenia, ale został ranny. Nie chcąc się poddać popełnił samobójstwo. Komuniści nie zdołali zemścić się na nim za upokarzającą klęskę w Lesie Stockim jakimś kapturowym procesem. Ciało żołnierza niezłomnego zostało przewiezione do Urzędu Bezpieczeństwa na warszawskiej Pradze, gdzie identyfikowali je jego byli żołnierze oraz bliscy, a następnie pochowane na Cmentarzu Bródnowskim, w kwaterze 45N, tak zwanej „kwaterze przy studni”.

Bitwa w Lesie Stockim, którą komuniści ukrywali przed społeczeństwem, została upamiętniona napisem na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Sam „Orlik” został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. 1 czerwca 1945 roku przyznano mu Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari, ale wręczenie go jego bliskim nastąpiło dopiero 73 lata później.

– Był jednym z najodważniejszych żołnierzy Polski podziemnej oraz okresu walk powojennych (…) Był rycerzem niezłomnym, rycerzem słusznej sprawy – mówił podczas uroczystości szef UdSKiOR Jan Józef Kasprzyk. – Po wojnie stanął po stronie dobra w walce ze złem, jakim był komunizm. Zapłacił za to najwyższą cenę, ale w naszych sercach i w umysłach pozostanie na zawsze dla przyszłych pokoleń wzorem polskiego patrioty, żołnierza niezłomnego.

Pisząc artykuł posiłkowałem się materiałami IPN, artykułem w portalu Polska-Zbrojna.pl oraz książką Jerzego Ślaskiego „Żołnierze Wyklęci”.

źródło:
Zobacz więcej