Po co nam rodzina? O niebezpiecznym gmeraniu w jej definicji

Dla dziecka już sam fakt, że wychowują go rodzice razem, jest wskazany (fot. PAP/Jakub Kamiński)

W kampanii parlamentarnej prezydent Gdańska przekonywała, że skoro sama wychowuje córkę, to znaczy, że prezes Jarosław Kaczyński – mówiąc, że normalny model rodziny, to ojciec, matka i dzieci – myli się. Minęły dwa miesiące, lewica wróciła do polityczno-medialnego mainstreamu i takie „argumenty” na rzecz zburzenia kolejnych cywilizacyjnych norm, zaczęto lansować już całkiem na serio. Na zasadzie: skoro zdarzają się sytuacje niepełnych rodzin, to należy obalić jakiekolwiek definicje. Niezależnie od tego, na ile dzieje się to świadomie, takie podejście skrajnej lewicy do rodziny jest skrajnie niebezpieczne dla nas wszystkich. Gmeranie w opisujących ją normach prowadzi do odrzucenia jakiegokolwiek sensu istnienia instytucji rodziny, a więc do jej zniszczenia.

„Trwa atak na polską rodzinę, zmierzający do tego, by podważyć jej istotę”

Polska wersja państwa dobrobytu ma służyć całemu społeczeństwu, rozwojowi wspólnoty narodowej i jej umacnianiu, ale przede wszystkim ma służyć...

zobacz więcej

Kilka tygodni temu w programie „Twój wybór”, który współprowadzę z Maćkiem Chudkiewiczem, jednym z moich gości była rzeczniczka partii Razem, Dorota Olko. W pewnym momencie w formie dygresji – bo nie takie były zaplanowane tematy rozmowy – pojawił się wątek definicji rodziny, która lewicy się nie podoba.

Pani Olko kilkukrotnie pytana przeze mnie, czy standardem powinno być wychowanie dzieci przez mamę i tatę, czy przez dwie panie albo dwóch panów, odmawiała jednoznacznej deklaracji twierdząc, że „rodzina, w której jest dwóch ojców, dwie matki czy ojciec i matka, może być rodziną szczęśliwą” i „to nie płeć tutaj decyduje”. Na poparcie przedstawionej tezy dała przykład swojego życia osobistego, osoby wychowywanej tylko przez mamę.





Pal sześć, że kobieta publicznie przekonuje, że prawdopodobieństwo szczęścia i zdrowego wzrostu emocjonalnego dziecka wychowanego przez parę jednopłciową są równe temu jak może rozwinąć się dziecko pod skrzydłami ojca i matki. Problem w tym, że ten z gruntu fałszywy obraz rzeczywistości zaczyna być wiarygodny dla coraz większej liczby młodych ludzi. Podobno z „korwinizmu” z wiekiem się wyrasta, ale czy z tego również? Jeśli nie, to mamy poważne powody do obaw o przyszłość nas wszystkich.

"Od tego jaka jest rodzina, zależy naród"

zobacz więcej

Czy ze zła może wyniknąć dobro i o czym to świadczy?

Jak możemy zobaczyć w komentarzach, oprócz rzeki hejtu wobec mnie, jako prowadzącego, bardzo mocno wybija się brak minimalnego choćby zrozumienia powagi omawianego zagadnienia. Sympatycy skrajnej lewicy – niczym żądni krwi rewolucjoniści – nawet na moment nie próbują zatrzymać się, zastanowić się choćby nad skutkami lansowanej ideologii. Dlaczego takie postawienie sprawy przez rzeczniczkę Razem i szerzej przez polityczną lewicę – mimo być może, dobrych intencji – jest nieuczciwe i niebezpieczne zarazem?

Powodów jest kilka. Spróbujmy najpierw przyjrzeć się argumentowi ad personam, który można streścić tak: zdarzają się sytuacje, w których dzieci są wychowywane w rozbitych rodzinach albo rodzice są w nieformalnym związku, co nie oznacza, że takie dzieci są gorsze.

Zgoda, takie przypadki rzeczywiście występują i chwała rodzicom, którzy wbrew przeciwnościom losu robią wszystko, by ich dzieci wyrosły na dobrych i szczęśliwych ludzi. Czy nie zna historia świata przypadków dzieci, które z największej patologii wyszły na wspaniałych, mądrych i dobrych ludzi?

Zna i są one dowodem na to, że myślenie kastowe jest przekleństwem, a każdy z nas jest człowiekiem wolnym, stworzonym do wielkości. Czy jednocześnie te przypadki są dowodem na to, że patologia jest OK, bo przecież można się od niej w dorosłości odciąć? Nie. Warto odróżniać te dwa wnioski.

Dlatego właśnie, niezależnie od poszczególnych przypadków, które ludzkość zna bez liku, warto pamiętać, że co do zasady lepiej, gdy rodzice żyją razem, a jeszcze lepiej, gdy są dla siebie mężem i żoną, bo taki związek ma statystycznie większe szanse na trwałość i stabilność niż związek nieformalny – a to z punktu widzenia dobra dziecka jest niezwykle istotne.

Ratusz i zagranica. Organizacje LGBT otrzymują miliony z publicznych środków

Aktywiści LGBT funkcjonują także dzięki pieniądzom podatników. Warszawski ratusz przyznaje je na dwa sposoby – poprzez granty oraz pozwala na...

zobacz więcej

Dlatego zresztą powstała instytucja małżeństwa, bo dzięki niej dwie dorosłe osoby nie tylko otrzymują w ramach wspólnoty pewne prawa, ale i obowiązki, choćby wobec potomstwa. Ponadto świadomie i dobrowolnie zobowiązując się do czegoś, dają swojemu potomstwu większe szanse na bezpieczny i zdrowy rozwój.

Czy skoro mi się nie udało, to znaczy że definicja normalnej rodziny nie istnieje?

Oczywiście sytuacje są różne, życie potrafi również zaskoczyć negatywnie, a i my dorośli popełniamy błędy. I właśnie dlatego decyzji o małżeństwie nie podejmuje się z dnia na dzień, że jest to decyzja poważna i niesie za sobą konkretne skutki dla wszystkich zainteresowanych.

Nie zawsze tak jest, że dziecko wychowywane jest przez rodziców będących w związku małżeńskim, ale dla dziecka już sam fakt, że wychowują go rodzice razem, jest wskazany. Dzięki temu rośnie w otoczeniu matki i ojca, z którymi ma wyjątkową więź i otrzymuje odpowiednie wzorce męskie i żeńskie. Oddajmy w tej sprawie głos ekspertowi. Pani psycholog Kamila Krocz na stronie wp.pl poświęconej rodzicielstwu pisze tak:

„Mama i tata są niezbędni do prawidłowego rozwoju dziecka. Rodzice stanowią wzorzec zachowań do naśladowania, uczą życia, wspierają, opiekują się, troszczą się o maluchy, wychowują je. Mężczyzna zajmuje szczególne miejsce w strukturze rodziny – dostarcza wzorca męskości. Jest jednocześnie mężem i ojcem. Miłość ojcowska ma inny charakter niż miłość macierzyńska. Erich Fromm twierdził, że miłość matki to miłość bezwarunkowa. Matka kocha dziecko za to, że po prostu jest. Natomiast ojciec kocha maluchy miłością warunkową – kocha za coś, za realizację poleceń, dyscyplinę i posłuszeństwo. Role matki i ojca są potrzebne, gdyż wzajemnie się uzupełniają”.

Pracownik uczelni zwolniony po odczycie na temat homoseksualizmu

Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z jednym z wykładowców – podał portal środowisk LGBT queer.pl. Przyczyną miał być donos związany z...

zobacz więcej

Powiem więcej. Nawet na łamach „Newsweeka”, tygodnika kierowanego przecież przez skrajnie lewicowego Tomasza Lisa, kilka lat temu ukazał się tekst pt. „Rodzina patchworkowa. Dzieci marzą tylko o tym, by było jak dawniej”, w którym pisano o szkodach, jakie dzieciom przynoszą rozbite rodziny.

Powie ktoś: a jednak zdarzają się sytuacje, w których mamy jednego kierującego się dobrem dziecka rodzica i to może być lepsze od układu, w którym jest matka i ojciec, ale jedno z nich temu dobru dziecka szkodzi. Z pewnością. To jednak nie zmienia faktu, że większe szanse na zdrowy rozwój dziecko ma w pełnej rodzinie.

Jeśli pani Dulkiewicz udaje się jako samotnej matce otaczać troską i opieką oraz dawać swojej córce szczęście – super. Dlaczego jednak z powodu własnej sytuacji osobistej chce narzucać całemu światu swoją wizję świata, w której samotne wychowanie jest układem pożądanym, a wręcz nową normą?

„Małżeństwa, adopcje i prawa LGBT” na marszu z udziałem Donalda Tuska

W zorganizowanym przez Koalicję Europejską „Marszu dla Europy” wziął udział Donald Tusk. Wraz z liderami KE kroczył na czele pochodu na tle...

zobacz więcej

Taka postawa to skrajny brak empatii i wyobraźni, a używanie doświadczeń (własnych czy swoich rodziców), żeby jako normę narzucić coś, co normą nie jest – to działanie ze wszelkich miar szkodliwe dla kondycji całego społeczeństwa.

Powiem więcej, to woda na młyn dla wszystkich ojców i matek egoistów, którzy nie poczuwając się do odpowiedzialności za bycie rodzicami i kierując się własną wygodą – wolą płacić alimenty albo ich unikać, a swoim dzieciom zaserwować syndrom odrzucenia, czyli ciężar na całe życie.

„Skoro w mediach i w Sejmie mówią, że dla dziecka nieważne, czy ma mamę i tatę, czy jest wychowywane w jakimś innym układzie rodzinnym, to ja porzucając własne dziecko jestem usprawiedliwiony/usprawiedliwiona i nie mam sobie nic do zarzucenia” – myśli sobie taki egoistyczny rodzic. W ten prosty sposób otrzymuje extra glejt dla swoich egoistycznych życiowych wyborów, krzywdzących dla potomstwa, ale wygodnych dla niego samego.

Jaki mają sens kulturowe normy i definicje?

Prace nad nowym prawem o LGBT. Może ograniczyć działalność Kościoła

We francuskim parlamencie trwają prace nad projektem prawa, które radykalnie ograniczy wolność wypowiedzi na temat środowisk LGBT. Formalnie...

zobacz więcej

W 2004 r. odbyła się seria debat przedwyborczych, w których starli się kandydaci na senatora Illinois: Barack Obama i Alan Keyes. Ten pierwszy jest dziś doskonale wszystkim znany, jednak to wywód Keyes’a, który wyjaśniał dlaczego małżeństwa homoseksualne nie istnieją z definicji, przeszedł do historii i przywoływany w licznych dyskusjach, które w tej sprawie toczą się do dziś.

Prowadzący dyskusję pytał katolickiego polityka o jego słowa wypowiedziane w innej stacji, że tam „gdzie prokreacja jest zasadniczo niemożliwa, małżeństwo jest nieistotne i niepotrzebne”. W odpowiedzi Keyes daje wywód o definicji małżeństwa i jego sensie dla państwa i wspólnoty obywateli.

- Zachowywanie się tak, jakby koncepcje były śmiechu warte, znaczy, że chce się być irracjonalnym. Ludzie rozumują, używają różnych koncepcji i definicji, konstruujemy również prawo za pomocą koncepcji i definicji i jeśli nie wiesz, jak działać w odniesieniu do tych definicji, to nie możesz tworzyć prawa – tłumaczył Keyes, podkreślając, że zmiana definicji małżeństwa, jakiej chcą lewicowi rewolucjoniści, prowadzi do zniszczenia samej potrzeby istnienia takiej instytucji.

– Jedynym powodem, dla którego istniała ona w ludzkich społeczeństwach i cywilizacjach, było regulowanie zobowiązań i odpowiedzialności związanych z prokreacją – przypominał kandydat na senatora Illinois. Jakże podobne jest podejście skrajnej lewicy do definicji rodziny. Obalenie wszelkich norm i definicji kończyć się może tylko w jeden sposób: odrzuceniem jakiegokolwiek sensu istnienia instytucji rodziny, a więc jej zniszczenie. Musimy mieć tego pełną świadomość, bo skutki takiej inżynierii społecznej będą opłakane dla nas wszystkich.

źródło:
Zobacz więcej