Opozycja wciąż mało może, liczy się spójność Zjednoczonej Prawicy

Zjednoczona Prawica nie musi zatem obawiać się opozycji – powinna jednak mocno zatroszczyć się o własną stabilność (fot PAP/Paweł Supernak)

Przyszłość kolejnego już gabinetu Mateusza Morawieckiego w niewielkim stopniu zależy od opozycji, w dużym – od harmonijnej współpracy koalicjantów.

Prezydent: Wystąpienie premiera było spójne i bardzo konkretne

zobacz więcej

Przez ostatnie cztery lata chyba zbyt łatwo przywykliśmy do myślenia o gabinetach premier Beaty Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego jako autorskich rządach Prawa i Sprawiedliwości. Nie ma w tym niczyjej winy – po formułę „rząd PiS to”, „rząd PiS tamto” równie chętnie sięgała zarówno prawa, jak i lewa strona naszych polityczno-ideowych sporów.

Nie bez znaczenia była udana na ogół współpraca między formacjami tworzącymi Zjednoczoną Prawicę, czyli Prawem i Sprawiedliwością Jarosława Kaczyńskiego, Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry i Porozumieniem Jarosława Gowina. Nie działo się tak i nie dzieje bez powodu – to PiS jest najważniejszym graczem tej politycznej koalicji, która tworzy również sejmowy klub parlamentarny.

Oczywiście, nikt nie postrzegał Zjednoczonej Prawicy jako monolitu; do opinii publicznej raz po raz docierały sygnały, że jak wszędzie, tak i tutaj ścierają się i ucierają przeróżne opinie, interesy, sympatie i antypatie. Ale przemożna logika konfliktu PiS kontra anty-PiS spychała to wszystko na daleki plan.

Nie ma się co oszukiwać. Również dziś najważniejszym politycznym sporem jest ten, który dotyczy konfliktu partii rządzącej i jej antagonistów. Rzecz nabrała rumieńców w ostatnim czasie: senat jawi się w tym momencie jak polityczny koń trojański w „warownym bastionie” rządów Zjednoczonej Prawicy.

Tak, ostatnie wybory parlamentarne dały w senacie przewagę partiom opozycyjnym. Wybór Tomasza Grodzkiego na marszałka izby wyższej wprawił liberalno-lewicową opozycję w szampański humor. I nawet jeśli jest to dobra mina do wciąż kiepskiej jednak gry, spektakl jest ważny.

Exposé premiera Morawieckiego i wniosek o wotum zaufania dla rządu [RELACJA]

Premier Mateusz Morawiecki wygłasza w Sejmie exposé. Po wystąpieniu szefa rządu planowana jest sejmowa debata oraz głosowanie nad wotum zaufania...

zobacz więcej

W mediach zaprzyjaźnionych z opozycją nowy marszałek senatu, dotąd szerzej kojarzony chyba tylko z zadłużonym szczecińskim szpitalem, nieledwie w ciągu doby od swojego wyboru urósł do rangi męża stanu.

Jerzy Jachowicz w niedawnym felietonie dla portalu tvp.info zastanawiał się, czy Tomasz Grodzki tchnie nowe życie polityczne w Grzegorza Schetynę. Reanimacja wydaje się jednak mało prawdopodobna. I to nie tylko dlatego, że nikt w Platformie nie wierzy, iż nowy marszałek Senatu to cudowne dziecko, czy, jak kto woli, tajna broń przewodniczącego Schetyny. Polityka spychanego już zresztą cichcem ze stołka przez młodszych kolegów i koleżanki partyjne, uważanego za zbyt mało radykalnego obyczajowo, by ostro zawalczyć z lewicą o tęczowy elektorat miast i wsi.

Senat w obecnym układzie to oczywiście dla PiS/Zjednoczonej Prawicy kłopotliwy potykacz. Dwie strategie byłby jednak równie niekorzystne dla wygranych i dla jego elektoratu: pierwsza to bagatelizowanie nowego wyzwania, druga to kompletne czarnowidztwo.

W polskich realiach spodziewałbym się raczej drugiego scenariusza – w polityce i życiu publicznym łatwo się u nas wpada w triumfalizm. A jeszcze łatwiej, gdy się coś jednak do końca nie uda, spada się w otchłań rozpaczy, narzekania o niepowetowanych stratach i wreszcie kłótni, które albo prowadzą do rozpadu sojuszy, albo do mnóstwa jątrzących się długo konfliktów, utrudniających osiąganie kompromisów i dążenie do wspólnych celów.

I dlatego bardziej niż „senacka korekta” liczy się spójność Zjednoczonej Prawicy. Opozycja tak naprawdę wciąż niewiele może – takie sobie są też dla niej prognozy na nieodległą przyszłość. Myślę o wyborach prezydenckich, które duże szanse ma wygrać prezydent Andrzej Duda.

Prezes PiS: Musimy dążyć do normalności. To słowo klucz wystąpienia premiera

Narodowi polskiemu należy się europejski poziom życia – podkreślił prezes PiS Jarosław Kaczyński w sejmowej debacie nad exposé premiera Mateusza...

zobacz więcej

Pozorna jest również jedność lewicowo-liberalnej opozycji: SLD i PO znajdują się w specyficznym klinczu. Otóż muszą się od siebie odróżniać, walcząc przy tym o ten sam, wspomniany już wyżej, tęczowy elektorat. Przy tym jedna z tych formacji chce uchodzić za prawicę, druga – za lewicę. To spowoduje wiele kłótni, wzajemnych zarzutów i prób politycznej dyskredytacji.

Gdy z kolei spojrzeć na Sejm, to nawet bardzo szeroki – w przypadku poszczególnych głosowań – sojusz opozycji od prawa do lewa, od Konfederacji aż po lewe skrzydło SLD, nie daje na ogół opozycji szans na wygraną. Chyba że...

Chyba że – podobnie jak w przypadku sporu o zniesienie 30-krotności limitu składek ZUS – Zjednoczona Prawica ewidentnie nie będzie mogła się dogadać. Oczywiście, pojedyncze konflikty, nawet jeśli istotne czy to dla PiS, czy to dla Porozumienia, czy to dla Solidarnej Polski, to jeszcze nie katastrofa. Każda z tych formacji może w takiej sytuacji szukać doraźnych sojuszników gdzie indziej – nie jest to nic, co nie zdarzałoby się w parlamentarnym świecie.

Gorzej, gdyby zniknęła wola polityczna utrzymania spójności Zjednoczonej Prawicy. W tym momencie, jak się wydaje, każdy z tworzących ją graczy wie, że ma zbyt wiele do stracenia. Media opozycji próbowały zagrać już kartą dezintegracji, sugerując choćby, że Jarosław Gowin mógłby zostać premierem opozycyjnego rządu, gdyby wraz ze swoim Porozumieniem wyszedł z obozu dobrej zmiany.

Zjednoczona Prawica nie musi zatem obawiać się opozycji – powinna jednak mocno zatroszczyć się o własną stabilność.

źródło:
Zobacz więcej