Największe zbiorowe samobójstwo XX w. Jednego dnia zginęły setki wyznawców sekty

Jim Jones w 1977 roku (fot. CC BY-SA 3.0/ Nancy Wong)

Zbudowana w środku amazońskiej dżungli osada miała być samowystarczalną utopią. Szybko wyszło jednak na jaw, że panujący w niej ustrój przypomina pod wieloma względami reżim totalitarny. Mieszkańcy byli utrzymywani w poczuciu ciągłego zagrożenia ze strony świata zewnętrznego, a ich życie poddawano nieustannej kontroli. W końcu duchowy przewodnik osady uznał, że wszyscy członkowie wspólnoty muszą zginąć.

Guru torturował kobiety i trzymał jako niewolnice seksualne

Keith Raniere, przywódca sekty NXIVM ze stanu Nowy Jork, został aresztowany w Meksyku. Jest oskarżony o handel kobietami i niewolnictwo, miał...

zobacz więcej

Richard Cordell był jeszcze nastolatkiem, gdy wstąpił wraz z rodziną do cieszącej się coraz większą popularnością wspólnoty religijnej znanej jako Świątynia Ludu. Tak jak tysiące innych Amerykanów został uwiedziony przez płomienne przemówienia charyzmatycznego guru Jima Jonesa głoszącego wzniosłe idee egalitaryzmu.

– Jego przekaz był zawsze bardzo prosty i opierał się na braterstwie oraz równości wszystkich ras (...). Byłeś akceptowany taki, jaki jesteś. Nikt nie osądzał cię na podstawie wyglądu, poziomu wykształcenia czy ilości posiadanych pieniędzy – wspominał po latach Richard Cordell.

Na kazaniach Jonesa można było zobaczyć „niezwykłe” zdarzenia. Dotyk wielebnego uzdrawiał dosłownie każdego; za jego sprawą ludzie wstawali z wózków inwalidzkich, niewidomi odzyskiwali wzrok, a głuchoniemi zaczynali cytować wersety Pisma Świętego. Tylko wąskie grono osób wiedziało, że są to zwykłe mistyfikacje odgrywane przez jego najbliższych współpracowników.

Ale nawet oni nie przeczuwali tragedii, jaką Jones sprowadzi w przyszłości na swoich wyznawców. Nikt nie przypuszczał również, że wielebny zdobył tak wielki autorytet, iż wystarczyć będzie tylko jedno jego słowo, aby członkowie sekty odebrali życie sobie i swoim dzieciom.

18 listopada 1978 r. w osadzie założonej w południowoamerykańskiej Gujanie guru wezwał wszystkich mieszkańców do popełnienia „rewolucyjnego samobójstwa w proteście przeciwko warunkom stawianym przez niehumanitarny świat”.

Wielbiciel Marksa i Lenina

Wybory podejmowane w dorosłym życiu przez Jamesa „Jima” Warrena Jonesa zdawały się być konsekwencją jego naznaczonego cierpieniem dzieciństwa. Przyszły wielebny urodził się w 1931 r. w amerykańskim mieście Lynn w stanie Indiana.

Ojciec – stroniący od pracy weteran wojenny, a do tego alkoholik i członek rasistowskiej organizacji Ku Klux Klan - był jego zupełnym przeciwieństwem. Rodzina „Jima”, która straciła cały dobytek w wyniku Wielkiego Kryzysu, mieszkała w drewnianej chacie bez dostępu do bieżącej wody.

Jones wcześnie zaczął przejawiać zainteresowanie sferą duchową. Co może jednak zaskakiwać, jego poglądy były kształtowane nie tylko przez Biblię, ale również ideologię Marksa, Lenina i Mao.

Na początku lat 50. zaczął uczęszczać na spotkania Komunistycznej Partii USA, która była w tym czasie pod ciągłą obserwacją FBI ze względu na wcześniejsze podejrzenia prowadzenia przez jej członków działalności szpiegowskiej na rzecz ZSRR.

Ulubioną książką Jonesa był antyutopijny utwór „Rok 1984”. O ile jednak jej autor, George Orwell, wyraził w niej krytykę totalitarnego reżimu, o tyle samozwańczy kaznodzieja próbował w późniejszym czasie odwzorować przedstawioną przez pisarza wizję społeczeństwa.

Wakacje to żniwa dla sekt. Policja radzi, jak uniknąć dramatu

Policja ostrzega: istnieje poważne zagrożenie sektami. Tematyka ta wzbudza większe zainteresowanie czy obawy zwłaszcza w wakacje. Tymczasem do...

zobacz więcej

Chociaż Jones uwielbiał poszerzać swoją wiedzę, miał problemy ze zdobyciem wykształcenia. Ukończenie szkoły średniej zajęło mu dziesięć lat, a tuż przed otrzymaniem święceń kapłańskich odszedł z seminarium metodystycznego w Indianapolis.

Przez krótki czas wygłaszał kazania w uniwersyteckim kościele. Jak sam przyznał, był zaskoczony, że władze uczelni wyraziły na to zgodę, mimo iż nie ukrywał przed nimi swoich komunistycznych poglądów. Jednocześnie – zdaniem Jonesa – wśród metodystów dało się zauważyć dyskryminujące podziały, które zaważyły na jego decyzji o odejściu z seminarium.

W 1956 r. Jones założył własną wspólnotę: wspomnianą już Świątynię Ludu. Jego kościół (który okazał się być zwykłą sektą religijną) szybko zdobył rozgłos, przyciągając do siebie idealistów oraz ludzi z nizin społecznych. Wielebny głosił, że wstęp do jego wspólnoty ma każdy człowiek bez względu na swój status i kolor skóry.

Wszystko to sprawiało, że jego kongregacja nie była zwykłą grupą religijną, ale czymś w rodzaju ruchu społecznego z elementami mistycyzmu.

„Będę twoim Bogiem”

Jones zjednywał sobie ludzi również tym, że oferował darmowe posiłki dla biednych, a zamożniejszych wyznawców prosił o przychodzenie na jego kazania w skromnym odzieniu.

Nie oznacza to jednak, że guru odrzucał wszelkie dobra materialne. Świątynia Ludu była dla Jonesa bardzo dochodowym interesem – zgodnie z ustaloną przez niego regułą, każdy nowy członek musiał przekazywać na rzecz wspólnoty cały swój majątek.

Sekta rozrastała się w błyskawicznym tempie. Początkowo nieliczna, w szczytowym okresie skupiała ok. 30 tys. wyznawców i dysponowała majątkiem ponad 15 mln dolarów. Z czasem Jones coraz częściej komentował w swoich kazaniach bieżące wydarzenia polityczne. Były one obecne również w jego apokaliptycznych wizjach.

W jednym ze swoich widzeń Jones przepowiadał, że Indianapolis zostanie zmiecione z powierzchni ziemi w wyniku nuklearnej zagłady. Z tego powodu – jak twierdził kaznodzieja – Świątynia Ludu musiała przenieść się w 1965 r. do Redwood Valley w Kalifornii. Wielebny zabrał ze sobą ok. stu wyznawców. 12 z nich ogłosił swoimi uczniami, co miało być nawiązaniem do Jezusa i apostołów.

Powód, dla którego Jones postanowił przenieść się z Indianapolis był jednak zupełnie inny. Tak naprawdę jego wspólnota nie cieszyła się przychylnością lokalnej społeczności, a wielebny odbierał ciągle telefony z pogróżkami.

Członkowie Świątyni Ludu w styczniu 1977 roku (fot. CC BY 4.0/Nancy Wong)

Nie żyje Charles Manson. Jego banda zamordowała żonę Romana Polańskiego

Zmarł Charles Manson, były przywódca sekty odpowiedzialnej w latach 60. XX wieku za serię zabójstw w Los Angeles. Skazany na karę dożywotniego...

zobacz więcej

W nowym miejscu Jones skupił się już na kreowaniu pozytywnego wizerunku poza murami wspólnoty, finansując za pieniądze swoich wyznawców budowę sierocińców, domów starców i jadłodajni dla ubogich.

W Los Angeles i San Francisco powstały specjalne oddziały jego kościoła. Pomimo zawoalowanej krytyki amerykańskiego ustroju, Jones chętnie korzystał z protekcji polityków. Dzięki tym znajomościom otrzymał intratne stanowisko w Radzie Miejskiej w San Francisco.

Estyma, jaką cieszył się wśród wyznawców, sprawiała jednocześnie, że stawał się coraz bardziej cyniczny. - Powiedział: „Jeśli widzisz we mnie przyjaciela, będę twoim przyjacielem. Jeśli widzisz we mnie ojca, będę twoim ojcem. Jeśli widzisz we mnie Boga, będę twoim Bogiem” – wspominał w filmie dokumentalnym o Świątyni Ludu związany z sektą pastor Hue Forston Jr.

Raj, który okazał się piekłem

Na początku lat 70. bycie na świeczniku sprowadziło na Jonesa poważne problemy. W prasie zaczęły pojawiać się niekorzystne relacje byłych członków sekty, z których wynikało, że przekazywanie majątków na rzecz wspólnoty nie odbywało się wcale dobrowolnie. Oprócz tego na farmie w Kalifornii, gdzie mieściła się główna siedziba sekty, wyznawcy mieli wykonywać wyczerpujące prace na roli, a za nieposłuszeństwo byli karani chłostą.

Kaznodzieja wiedział, że musi jak najszybciej odwrócić od siebie uwagę opinii publicznej. W tym celu zakupił od rządu Gujany kilka kilometrów kwadratowych ziemi, gdzie zamierzał stworzyć zupełnie nową społeczność skupioną w osadzie, którą nazwał nieskromnie „Jonestown”. Budowa socjalistycznej utopii, która – zgodnie z wizjami Jonesa – miała być samowystarczalnym rajem na ziemi, rozpoczęła się w 1974 r.

Trzy lata później kaznodzieja zamieszkał tam wraz z grupą prawie tysiąca swoich najwierniejszych wyznawców. W rzeczywistości raj obiecywany przez wielebnego miał ułatwić mu stosowanie technik manipulacyjnych. Mechanizm działania Jonesa został dobrze opisany przez dr Joannę Katarzynę Frankowiak z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie:

„Przeniesienie grupy do Gujany w 1977 r. było podyktowane chęcią odizolowania się od jakiejkolwiek cywilizacji. Był to idealny sposób na wzmocnienie kontroli nad poszczególnymi członkami oraz lokalizowanie i tłumienie wszelkich działań obliczonych na wywołanie destabilizacji w grupie. (…) Znalezienie się w zupełnie obcym kulturowo, obyczajowo, a także wizualnie miejscu potęgowało poczucie niepewności, przyczyniło się do jeszcze większej konsolidacji, umocnienia więzi, a także utrwalenia tożsamości i poczucia przynależności do grupy”.

Brama wejściowa do osady Jonestown (fot. REUTERS/Girish Gupta)

„Alarm”: Seks, narkotyki, szatan i zbrodnia

Poniemiecki schron bojowy numer 44 w Halembie, górniczej dzielnicy Rudy Śląskiej – to tu 2 marca 1999 r. doszło do makabrycznego morderstwa. Czworo...

zobacz więcej

Nie bez znaczenia był także surowy tryb życia w Jonestown, który – jak wskazuje dr Frankowiak – miał za zadanie zmniejszyć poziom krytycyzmu wśród członków sekty, zwiększając jednocześnie ich uległość wobec guru. W jednym z pierwszych protokołów dotyczących funkcjonowania osady zapisano:

„Wstawaliśmy o świcie. Od 5.30 zaczynaliśmy pracę, która kończyła się po zmroku, o 18.30. Przerwa obiadowa trwała godzinę. Już po kilku tygodniach zaczęliśmy odczuwać skutki niedożywienia. Dziennie otrzymywaliśmy tylko garść ryżu i trochę jarzyn. Mięsa nie dostawaliśmy, mimo że hodowaliśmy bydło. Jim Jones mięso sprzedawał, aby w ten sposób zarobić" .

Pod względem formy i panujących warunków osada coraz bardziej upodabniała się do obozu pracy. Kaznodzieja wczuwał się w rolę orwellowskiego Wielkiego Brata mającego wgląd w każdą sferę życia obywateli swojego mikropańtwa. Podobnie jak w reżimach komunistycznych, mieszkańcy nie mogli dobrowolnie opuszczać Jonestown, a ci, którzy podjęli się tego zadania, przepadali bez śladu w gęstwinie gujańskiej dżungli. Splot tragicznych wydarzeń sprawił, że osada została zamknięta już po dwóch latach od jej zaludnienia.

Zbiorowe samobójstwo

– Umierajcie z godnością. Nie umierajcie we łzach i rozpaczy. Śmierci nie ma. To jak przejście do innego samolotu. Nie zachowujcie się w ten sposób – brzmiały jedne z ostatnich słów wielebnego Jonesa. Ledwie dobę wcześniej nic nie zapowiadało tak czarnego scenariusza.

O sekcie znów zrobiło się głośno za sprawą rodzin członków Świątyni Ludu, które od dawna nie miały kontaktu ze swoimi bliskimi. Część z nich zawiązała specjalną grupę o nazwie „Zatroskani Krewni”. Naciskali oni na amerykańskie władze, aby sprawdziły, co dzieje się w gujańskiej osadzie. Rząd USA postanowił przychylić się do ich prośby, tym bardziej że już wcześniej do polityków dochodziły niepokojące sygnały o torturowaniu wyznawców przez Jonesa.

17 listopada 1978 r. wizytę w osadzie złożył negatywnie nastawiony do wszelkiego rodzaju sekt kongresmen Leo Ryan. Towarzyszyło mu kilku dziennikarzy, jego sekretarka oraz 17 przedstawicieli „Zatroskanych Krewnych”. Wyprawę rejestrowali operatorzy stacji telewizyjnej NBC.

Zdjęcia wszystkich ofiar tragedii w Jonestown ułożone podczas nabożeństwa żałobnego w 2011 r. (fot. CC BY-SA 3.0/Symphony999)

Nergal darł Biblię legalnie. Wyrok jest już ostateczny

zobacz więcej

W tej sytuacji Jones postanowił po raz kolejny uciec się do mistyfikacji. Kongresmen został serdecznie przywitany przez mieszkańców, a wieczorem wielebny przygotował wystawne przyjęcie na cześć przybyłych gości.

Mistyfikacja wyszła na tyle dobrze, że Ryan był skłonny złożyć w Kongresie raport przychylny Jonesowi. Wszystko zmieniło się diametralnie już następnego dnia.

Kongresmen zmierzał właśnie w stronę swojego samolotu, gdy dołączyło do niego piętnastu członków Świątyni Ludu, którzy chcieli wrócić z nim do USA. Niedługo potem na lotnisku w Port Kaituma zjawiło się kilku mężczyzn uzbrojonych w pistolety maszynowe. Otworzyli ogień, zabijając kongresmena, trzech dziennikarzy oraz przypadkową dziewczynkę.

W międzyczasie Jones zwołał specjalne zebranie mieszkańców osady. Dookoła wioski ustawił się kordon karabinierów. Wielebny oznajmił, że będzie to ostatnie kazanie, ponieważ jego wizje zaczęły się właśnie urzeczywistniać. Przekonywał, że nadchodzi zapowiadana apokalipsa, gdyż Stany Zjednoczone zamierzają wysłać jutro wojsko, aby ostatecznie zniszczyć społeczność Jonestown. Zdaniem guru jedynym wyjściem z tej sytuacji była śmierć.

Niektórzy próbowali protestować, jednak widząc dookoła rzesze uzbrojonych strażników pogodzili się w poczuciu bezsilności ze swoim losem. Wielebny rozkazał wszystkim wypić sok owocowy z cyjankiem potasu. Rodzice mieli przed zażyciem podać truciznę swoim dzieciom. Na koniec Jim Jones popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Nie brakuje jednak opinii, że w odejściu z tego świata pomogły mu osoby trzecie.

Masakra w Jonestown kosztowała życie 909 ludzi, co czyni ją największym zbiorowym samobójstwem w dziejach najnowszych. Tragedię przeżyło 87 osób – głównie ci, którzy znajdowali się w tym czasie poza osadą. Jednym z ocalałych był wspomniany na początku Richard Cordell. Pozostali członkowie jego rodziny nie mieli tyle szczęścia: w Jonestown stracił żonę, czwórkę dzieci i 17 krewnych.

Do dziś nie wiadomo, co stało się z majątkiem zgromadzonym przez wielebnego. Na miejscu policjanci znaleźli tylko rozbitą i pustą w środku kasę pancerną.

Pisząc artykuł korzystałem m.in. z następujących pozycji: Joanna Katarzyna Frankowiak, „Metody i techniki manipulacji stosowane przez grupy destrukcyjne na przykładzie sekty Świątynia Ludu”; Jeff Guinn, „The Road to Jonestown: Jim Jones and Peoples Temple”; Stanley Nelson, „Jonestown: Życie i śmierć członków Świątyni Ludu” (film dokumentalny).

źródło:
Zobacz więcej