Wybory 2020

Jak głosować w wyborach prezydenckich [PORADNIK]

Chalifa Haftar idzie po władzę w Libii. Krwawe walki o Trypolis

W walkach o Trypolis zginęło już ponad sto osób (fot. REUTERS/Esam Omran Al-Fetori)

Wskazywanie przez niektórych polskich komentatorów Rosji jako odpowiedzialnej za ofensywę gen. Haftara na Trypolis jest równie prostym wyjaśnieniem, co przejawem ignorancji. Obecność Rosji w Afryce Północnej jest zagrożeniem dla Europy, ale jest też efektem karygodnych błędów, a lekceważenie Haftara jest jednym z nich.

ONZ odwołuje konferencję pokojową w Libii. Powód - eskalacja walk

Specjalny wysłannik ONZ do Libii Ghassan Salame zapowiedział, że niemożliwe jest zorganizowanie zaplanowanej na przyszły tydzień w tym kraju...

zobacz więcej

Północna Afryka nie gości zbyt często w polskich mediach, bo wśród osób decydujących o doborze tematów panuje przekonanie, że „to Polaków nie interesuje”. Efektem jest katastrofalny stan wiedzy na temat regionu, który ma kluczowe znaczenie dla przyszłości Europy.

Afryka Subsaharyjska to bomba demograficzna i źródło migracji do Europy, której konsekwencje dla naszego kontynentu są trudne do przecenienia. Szlaki migracyjne wiodą natomiast przez północną Afrykę, a w szczególności przez Libię.

Dlatego szokować może tak małe zainteresowanie sytuacją wewnętrzną tego kraju. Przynajmniej w Polsce. Uwagę przykuwają jedynie takie sytuacje, jak obecność sponsora rosyjskich najemników Jewgienija Prigożina na spotkaniu Haftara z rosyjskim ministrem obrony w trakcie ubiegłorocznej wizyty libijskiego generała w Moskwie. Z faktu tego łatwo wyciągnąć prosty wniosek – Haftar to rosyjskie narzędzie destabilizacji w Afryce Płn. Prosty, ale całkowicie fałszywy, w dodatku szkodliwy dla europejskich interesów, bo de facto sprzyjający rosyjskiej ofensywie dyplomatycznej.

O co gra Rosja w Libii?

Rosja nie może zdestabilizować Libii, bo kraj ten jest zdestabilizowany od 8 lat i niestety jest to wina Zachodu, a w szczególności Francji, Wielkiej Brytanii i USA, które doprowadziły do upadku reżimu Muamara Kadafiego. Celem Rosji jest natomiast odzyskanie Libii jako kluczowego sojusznika w Afryce Płn. poprzez postawienie na właściwego konia. Czy to się komuś podoba, czy nie, tylko Haftar jest w stanie przywrócić w Libii porządek i jest to oczywiste od co najmniej dwóch lat. Ignorowanie tego faktu i zaklinanie rzeczywistości poprzez przekonywanie, że rząd w Trypolisie jest reprezentatywny, bo został nazwany „rządem zgody narodowej”, niczego nie zmieni. Próba izolowania Haftara doprowadzi jedynie do intensyfikacji jego współpracy z Rosją i w efekcie przejęcia przez Kreml kontroli nad szlakami migracyjnymi z Afryki do Europy. Lepiej zatem, zamiast nazywać Haftara narzędziem Kremla, zacząć się z nim dogadywać. Póki nie jest za późno.

Warto sobie przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło. W lutym 2011 roku, w ramach Arabskiej Wiosny, zaczął się bunt przeciwko dyktatorskim rządom Muamara Kadafiego. W tym czasie 69-letni przywódca Libii nie był już wrogiem Zachodu, organizującym na swoim terytorium obozy szkoleniowe dla rozmaitych terrorystów, jak to było w czasach „zimnej wojny”. Kadafi wyciągnął wnioski z upadku ZSRR i osłabienia Rosji w latach 90-tych. Chciał też założyć własną dynastię, która rządziłaby Libią, robiąc interesy z państwami Europy Zachodniej i USA. Jedną z osób, na które libijski dyktator postanowił postawić, by odbudować relacje z Zachodem, był Nicholas Sarkozy, któremu dał 50 mln euro na kampanię prezydencką w 2007 r. Były prezydent Francji postanowił nie spłacać długu, lecz po prostu pozbyć się wierzyciela i był jednym z głównych inicjatorów interwencji, która doprowadziła do upadku Kadafiego.

„Wymachiwał żwawo laską”, ale upadł. Rosja straci ważnego sojusznika? [OPINIA]

Moskwa z napięciem przygląda się rozwojowi wydarzeń w Sudanie. Dlaczego ten odległy afrykański kraj jest tak ważny dla Rosji? Obalony dopiero co...

zobacz więcej

„Demokracja” po libijsku

Po upadku Kadafiego w Libii zaczęła się „demokracja”. Osoby, które rzekomo miały być wiarygodnymi liderami opozycji, szybko utraciły kontrolę nad sytuacją. Zapanowała anarchia, a na ulicach rządziły rodzące się jak grzyby po deszczu rozmaite milicje, przeważnie o dżihadystycznej proweniencji. Główna rolę zaczęli odgrywać przefarbowani na demokratów eks-terroryści spod znaku Al Kaidy oraz Bractwa Muzułmańskiego. Dla Amerykanów skończyło się to katastrofą w postaci ataku na konsulat w Benghazi 11 września 2012 roku, w czasie którego zamordowany został ambasador tego kraju John Stevens. Kilka miesięcy później Francuzi musieli zająć się sytuacją w Mali. Kadafi utrzymywał bowiem równowagę sił w krajach Sahelu, do których należy m.in. graniczący z Mali Niger, kluczowy z punktu widzenia francuskich interesów, gdyż znajdują się tam francuskie kopalnie uranu. Tymczasem północna część Mali i Nigru zamieszkana jest przez wojownicze plemię Tuaregów, którzy nie zaakceptowali przyłączenia ich do postkolonialnych tworów rządzonych przez subsaharyjskie plemiona. Tuaregowie służyli Kadafiemu, więc w Mali i Nigrze był spokój, ale tylko do czasu, gdy libijskiego dyktatora zabrakło.

Najpierw wybuchła rebelia zwolenników niepodległości tzw. Azawadu, ale bardzo szybko pojawili się dżihadyści. Zaczęły się też porwania i egzekucje turystów, a potem również zamachy bombowe na hotele i restauracje. W 2013 r. Francuzi dokonali wprawdzie udanej interwencji zbrojnej, która zapobiegła zajęciu stolicy Mali, Bamako, przez powiązanych z Al Kaidą dżihadystów, ale sytuacja jest wciąż na tyle niestabilna w całym Sahelu, że konieczne jest utrzymywanie tam zarówno sił francuskich, jak i amerykańskich.

Puszka Pandory została otwarta

Dżihadyści w Afryce Płn. i Płn.-Zach. wielokrotnie udowodnili, że stanowią ogromne zagrożenie dla Europy. Ale obalenie Kadafiego spowodowało również otwarcie śluzy z migrantami, których napływ do Europy libijski dyktator powstrzymywał. To, poza innymi negatywnymi skutkami dla Europy, zwiększa również zagrożenie terrorystyczne, gdyż północnoafrykańscy dżihadyści mogą wykorzystywać strumienie migracyjne do przerzutu terrorystów. Ruchy migrantów mogą być też stymulowane przez inne państwa w celu wywierania nacisku na Europę lub jej destabilizacji. Rosja dawno dostrzegła taką możliwość i zaczęła wykorzystywać błędy Zachodu.

Niebezpiecznie w Libii

zobacz więcej

Tymczasem w 2014 roku odbyły się w Libii wybory parlamentarne, w których wzięło udział zaledwie 18 proc. uprawnionych do głosowania. Ponieważ islamiści je przegrali, więc ich nie uznali i dzięki dżihadystycznym milicjom dalej kontrolowali Trypolis. Nowy parlament ulokował się zatem w Tobruku, we wschodniej Libii. Od tego czasu Libia miała dwa rządy, choć de facto ośrodków władzy było znacznie więcej. Rząd tobrucki miał jednak uznanie międzynarodowe, a ponadto zyskał wsparcie generała Khalify Haftara, który miesiąc przed wyborami ogłosił antyislamistyczną Operację Godność i stanął na czele Libijskiej Armii Narodowej (LNA). Rząd w Tobruku uznał wówczas Haftara za naczelnego dowódcę libijskich sił zbrojnych.

Nie wszystkim to się jednak podobało. USA pod rządami Baracka Obamy wciąż było przywiązane do idei demokracji w świecie arabskim, którą jakoby mieliby zaprowadzić islamiści z Bractwa Muzułmańskiego. Rząd w Trypolisie wspierało również dwóch regionalnych sojuszników USA, Katar i Turcja. Co prawda Haftara i Tobruk również od samego początku wspierali tradycyjni sojusznicy USA, tj. Egipt, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, a być może nawet Izrael, jednak administracja Obamy była wówczas obrażona na Saudów i nowego egipskiego przywódcę gen. Sisiego za to, że obalili rząd Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, z którym Amerykanie wiązali plany na nową, „modelową” demokracje arabską.

Generał Haftar z Wirginii

Khalifa Haftar brał udział w puczu w 1969 r., który wyniósł Muamara Kadafiego do władzy, a potem był bliskim współpracownikiem libijskiego dyktatora. Wcześniej, po ukończeniu studiów wojskowych w Benghazi, przeszedł dodatkowe szkolenie m.in. w Moskwie. Ale po nieudanej wojnie z Czadem, w której dowodził silami libijskimi, w 1987 r. wyemigrował do USA, gdzie otrzymał obywatelstwo i podjął współpracę z CIA. Troje spośród jego pięciorga dzieci wciąż mieszka w stanie Wirginia.

Pod koniec 2014 roku w Libii pojawiło się Państwo Islamskie, które opanowało Dernę, Syrtę i częściowo Banghazi (pozostała część kontrolowana była przez dzihadystów z Ansar al-Szaria), tworząc w tym kraju najsilniejszą, zamorską „prowincję” samozwańczego kalifatu. Miał to być swoisty wariant B dla Państwa Islamskiego, gdyby utraciło kontrolę nad terytoriami w Syrii i Iraku. Jednak dzięki operacjom LNA (i częściowo również milicji z zachodniej Libii) udało się zniszczyć strukturę parapaństwową Państwa Islamskiego w Libii.

Rosyjscy najemnicy w Sudanie

Sudan miał być „kluczem do Afryki” dla Rosji, zaś dla bliskiego Putinowi biznesmena źródłem poważnych dochodów. Jednak upadek Omara al-Baszira...

zobacz więcej

Libia była jednak cały czas poszatkowana, a jedyną zwartą siłą była LNA Haftara, formalnie reprezentująca rząd w Tobruku. Konkurencyjny rząd w Trypolisie opierał się na heterogenicznym konglomeracie milicji. Ponadto południe Libii zostało opanowane przez zwalczające się nawzajem oddziały Tuaregów i Tubu, a cały ten krajobraz uzupełniały funkcjonujące niezależnie oddziały Strażników Instalacji Naftowych. W lipcu 2017 r. Haftar ostatecznie pokonał dzihadystów w Benghazi, przejmując pełną kontrolę nad tym drugim co do wielkości miastem w Libii. Od tego czasu jego siły zaczęły systematycznie przejmować kontrolę nad resztą Libii.

„Zgoda narodowa”

W międzyczasie jednak pod auspicjami ONZ odbywały się negocjacje między rządami w Tobruku i w Trypolisie, które jakoby doprowadziły do zawarcia w grudniu 2015 r. porozumienia w Schirat w Maroku. Ogłoszono tam powstanie „Rządu Zgody Narodowej” (GNA), pod kierownictwem Fajeza al-Saradża. GNA zaczął jednak funkcjonować po prostu jako trzeci rząd, obok dwóch istniejących wcześniej.

Jedną z przyczyn porażki „zgody narodowej” był sprzeciw sił z Trypolisu wobec uznania Khalify Haftara za głównodowodzącego libijskimi siłami zbrojnymi. GNA zyskało tymczasem uznanie międzynarodowe, choć jego kontrola nad libijskim terytorium była dość wirtualna. Milicje wspierające GNA kontrolowały tylko część Libii Północno-Zachodniej, gdzie zresztą do marca 2017 r. miały konkurenta w postaci islamistycznego rządu trypolitańskiego, który odmówił uznania GNA.

Z Saradżem, a raczej z formalnie podległą mu strażą przybrzeżną, zaczęli układać się jednak Włosi, dążąc do zatrzymywania wypływających w stronę Europy łódek z afrykańskimi migrantami.

Stworzenie GNA spowodowało, że oficjalny status Haftara znów zmienił się z szefa sił zbrojnych uznanego rządu na lokalnego „watażkę”. Ale nie przeszkadzało to ani jego dotychczasowym sojusznikom z Rijadu, Abu Zabi i Kairu, ani też Rosji, która zaczęła umacniać swoje relacje z Haftarem. Sprzyjało temu zresztą również zbliżenie egipsko-rosyjskie oraz saudyjsko-rosyjskie. W październiku 2018 r. ujawniono, że Rosja przystąpiła do tworzenia bazy morskiej we wschodniej Libii.

Wtedy to część mediów zaczęła lamentować, że Libia będzie drugą Syrią dla Rosji, a Haftar drugim Asadem, ignorując przy tym wszystko to, co doprowadziło do tej sytuacji od 2011 r.

Trzeba sobie uświadomić w końcu, że żadne zaklęcia nie spowodują, że GNA stanie się wiarygodnym partnerem zdolnym do ustabilizowania Libii i żadne lamenty ONZ czy Zachodu nie powstrzymają również Haftara. Prędzej czy później wejdzie on do Trypolisu i nie będzie to bynajmniej zasługa rosyjskich najemników przysłanych mu przez Putina. Znacznie większą rolę odgrywają tu Zjednoczone Emiraty Arabskie, które przekupują kolejne milicje dotąd wspierające GNA, by przeszły na stronę Haftara.

Według ostatnich doniesień Światowej Organizacji Zdrowia, w walkach związanych z ofensywą Haftara na Trypolis od 4 kwietnia zginęło 121 osób, a 560 zostało rannych. Z całą pewnością ofiar będzie więcej, a walki mogą trwać wiele miesięcy, bo nic nie wskazuje na to, by ofensywa zakończyła się szybko. Walki o Banghazi trwały ponad 3 lata. Ale to Haftar ostatecznie w nich zwyciężył.

Dla uważnych obserwatorów sytuacji w Libii to, co się obecnie dzieje, nie jest żadnym zaskoczeniem. Zamiast więc zaklinać rzeczywistość i robić z Haftara watażkę idącego na moskiewskiej smyczy, należy czym prędzej zacząć się z nim dogadywać, bo inaczej kurki do śluz z migrantami będzie miała Rosja.

źródło:
Zobacz więcej