RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Daję moje życie, za życie mojego dziecka”

Andrzej L. ps. Rygus wolał się zabić niż, jak napisał w liście pożegnalnym, narażać życie syna (fot. PAP)

Andrzej L. świadek koronny, który pogrążył gang Janusza G. ps. Graf zabił się w celi aresztu, ponieważ chciał chronić niepełnosprawnego syna - dowiedział się portal tvp.info. „Daję moje życie za życie mojego dziecka” – napisał gangster w liście pożegnalnym.

Andrzej L. ps. Rygus powiesił się w celi mokotowskiego aresztu ponad rok temu. Motywy jego decyzji były utrzymywane w tajemnicy. Media spekulowały, że popełnił samobójstwo, ponieważ bał się konsekwencji utraty statusu świadka koronnego, a co za tym idzie zemsty kompanów, których pogrążył zeznaniami. Tymczasem okazuje się, że w liście pożegnalnym, który zostawił w celi wyraźnie napisał, dlaczego decyduje się na samobójstwo: - Teraz już mój syn Maksymilian będzie bezpieczny (…) Daję moje życie za życie mojego dziecka – napisał w liście samobójczym Andrzej L.

Motywy samobójstwa „Rygusa” nie wyszłyby na jaw, gdyby przed kilkoma tygodniami warszawscy śledczy nie oskarżyli żony bossa gangu ożarowskiego o nakłanianie Andrzeja L. do zmiany zeznań. Śledczy przyznali, że kobieta miała rozmawiać z mężem o tym, że jeśli L. będzie zeznawał, to jego syn Max może zginąć. Maksymilian to pełnoletni syn Andrzeja L. chory na porażenie mózgowe. Chłopakiem opiekuje się była żona gangstera. Właśnie w aktach sprawy dotyczących gróźb pod adresem L. odnaleźliśmy informacje o dramatycznym liście „Rygusa”.

1
Zastraszony gangster zabił się aby, jak twierdził, ratować syna (fot. policja)

Z materiałów zebranych przez śledczych wynika jasno, że w styczniu 2009 r. Andrzej L. zniknął z oczu policjantów Zarządu Ochrony Świadka Koronnego Centralnego Biura Śledczego. Gangster przestał stawiać się na przesłuchania. Zerwał kontakt z większością znajomych. W końcu wydano za nim list gończy. „Rygus” został zatrzymany 16 września 2009 r. Gangster wpadł policyjną zasadzkę w Grodzisku Mazowieckim. Następnego dnia trafił do aresztu przy ul. Rakowieckiej na warszawskim Mokotowie. W czasie przesłuchań przez prokuratora opowiedział dokładnie, dlaczego zdezerterował.

Według L., w listopadzie 2008 r. w jednym z warszawskich pubów spotkał się z gangsterem o pseudonimie „Strumyk”. Ten miał ostrzec świadka, że Piotr S. ps. Sajur (uważany przez policję, za bossa gangu ożarowskiego) „tego tak nie zostawi”. Chodziło o zeznania, które przeciwko szefowi gangu ożarowskiego złożył „Rygus”. Na ich podstawie S. postawiono prokuratorskie zarzuty. Po tej rozmowie L. zaczął, jak twierdził, rozważać wycofanie się ze współpracy ze śledczymi.

Jednak z jego zeznań wynika, że ostateczną decyzję podjął w styczniu 2009 r., gdy na parkingu w Galerii Mokotów spotkał przypadkiem Justynę S., żonę bossa gangu ożarowskiego. – Justyna  powiedziała, że ma do przekazania wiadomości od męża: albo się wycofasz, albo Max nie będzie żył”. Groźby wydały się realne. Piotr S. uchodzi za osobą nieobliczalną i bezwzględną – zeznawał Andrzej L., który twierdził, że nie miał wyboru i musiał przestał składać zeznania, więc zaczął się ukrywać.

Andrzej L. podkreślał, że bardzo poważnie bał się o życie „swojego synka”. Wyraźnie zapowiedział, że nie będzie już współpracował ze śledczymi. Trafił do podwójnej celi. 29 września powiesił się na tzw. kracie koszowej. Na desperacki krok zdecydował się prawdopodobnie o świcie. Jeszcze o godz. 5.28, podczas obchodu strażnik widział, że aresztanci śpią. Podczas kolejnego obchodu, tym razem o godz. 6.05 funkcjonariusz zauważył wiszące ciało Andrzeja L. Mimo natychmiastowej reanimacji nie udało się go uratować. L. zostawił listy pożegnalne. W jednym z nich wyraźnie napisał, dlaczego odbiera sobie życie.

"Albo się wycofasz, albo Max nie będzie żył"

Śmierć „Rygusa” była jednak zaskoczeniem dla śledczych i policjantów. – On rzeczywiście był w trudnej sytuacji, ale uchodził za twardego przestępcę. Pewne jest, że bardziej bał się eskompanów niż wymiaru sprawiedliwości – opowiada policjant, który zajmował się sprawami, w których zeznawał „Rygus”.

Wiadomo, że śledczy chcieli postawić Andrzejowi L. zarzut udziału w 2003 r. w uprowadzeniu dziecka jednego z biznesmenów z Józefowa. Kidnaperzy żądali wówczas 500 tys. zł okupu. – Jesteśmy teraz pewni, że nawet składając zeznania w celu uzyskania statusu świadka koronnego, L. nie podzielił się z nami całą swoją wiedzą. Mógł zataić swój udział w pewnych poważnych przestępstwach. Z drugiej strony miał bardzo rozległą wiedzę o działaniu warszawskiego półświatka – opowiada jeden ze śledczych.

Prokuratorzy z prokuratury apelacyjnej uznali za wiarygodne wyjaśnienia „Rygusa” na temat przyczyn jego dezercji. Oskarżenie żony Piotra S. oparto, bowiem tylko na słowach skruszonego gangstera. Jednocześnie warszawska prokuratura okręgowa od kilku miesięcy bada, czy ktoś nie wpłynął w areszcie na decyzję „Rygusa”. Sprawdzane jest także czy nie doszło do uchybień ze strony służby więziennej oraz śledczych. – Trwa analiza materiału dowodowego. Nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów – powiedziała tvp.info prok. Monika Lewandowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Według nieoficjalnych informacji na razie nie znaleziono dowodów, aby na decyzję świadka wpłynął ktoś za więziennymi murami.

Andrzej L. to postać znana w stołecznym półświatku. Po zatrzymaniu w 2007 r. zaproponował śledczym złożenie obszernych zeznań w głośnej zeznań w sprawie działalności gangu Janusza G. ps. Graf. To na podstawie jego zeznań prokuratura postawiła zarzuty w głośnej sprawie zabójstwo w maja 2005 r. inwestora giełdowego Piotra Głowali. Z relacji L. wynikało, że to „Graf” nakazał swoim ludziom zlikwidowanie „cudownego dziecka” polskiej giełdy. W latach 90. Głowala zarabiał miliony na parkiecie, ale wdał się w szemrane interesy i trafił do więzienia. Tam miał poznać Grzegorza Wieczerzaka, byłego prezesa PZU Życie.

Piotr Głowala zginął 25 maja 2005 r. w dniu, w którym odebrał na Śląsku ważne dokumenty dotyczące rzekomych przekrętów w Narodowych Funduszach Inwestycyjnych. Bandyci zadali mu kilka ciosów w maczetą lub samurajskim mieczem. Dobili mocnym uderzeniem w głowę. Wcześniej Głowala, na polecenie Wieczerzaka odwiedził Janusza Lazarowicza (byłego szefa XIV NFI, obecnie ukrywającego się w RPA). Rzekomo domagał się zwrotu pieniędzy i stanowiska dla byłego prezesa PZU Życie. Podczas kłótni Lazarowicz ostrzegł Głowalę: „pan kopie sobie grób”. „Rygus” twierdził, że brał udział w uprowadzeniu Głowali, którego przekazano czeczeńskim bandytom. Ci zaś zamordowali inwestora.

Śledczy podejrzewali „Grafa” o tę zbrodnię, jednak do momentu złożenia zeznań przez „Rygusa” nie mieli na to dowodów. W 2005 r. Janusz G. został zatrzymany za udział w tzw. aferze w ministerstwie finansów (zdaniem śledczych skorumpowani urzędnicy umorzyli zaległości podatkowe m.in. Henrykowi Stokłosie i Rudolfowi Skowrońskiemu). W kwietniu 2007 r. do Sądu Rejonowego dla Warszawa-Śródmieście trafił akt oskarżenia przeciwko siedmiu osobom, w tym trojgu byłych pracowników ministerstwa m.in. byłego szefa departamentu podatków bezpośrednich i byłą naczelnik wydziału w resorcie.

1
Janusz Lazarowicz,ktorego obciążył "Rygus" jest terz poszukiwany międzynarodowym listem gończym (fot. policja)

Drugim ważną postacią półświatka, którą obciążył Andrzej L. był wspomniany Piotr S. Według policji i prokuratury S. był z jednym z bossów gangu ożarowskiego. Jego grupa miała zajmować się handlem narkotykami oraz rozbojami. Gang ożarowski działa wokół swojego matecznika, a także w Błoniu, przejętym z rąk dogorywającej mafii pruszkowskiej oraz na warszawskiej Woli i Bemowie. Przed kilku laty gang ożarowski przeniósł część swoich interesów do woj. lubelskiego, głównie do stolicy regionu. Bandyci stworzyli tam sieć handlarzy i przemytników narkotyków, uruchomili nawet kilka własnych laboratoriów amfetaminowych. Jednak w ostatnich kilkunastu miesiącach lubelscy rezydenci „Ożarowa” zostali zatrzymani.

„Sajur” ma opinię „mocnego człowieka w mieście”. Ponad 10 lat temu trafił do kronik kryminalnych jako pierwszy polski przestępca zatrzymany w operacji kontrolowanego zakupu narkotyków. Policjanci udający Polaków z niemieckimi paszportami kupili od gangstera i jego kompanów trzy kilogramy amfetaminy. Piotr S. trafił na ponad siedem lat do więzienia. Po wyjściu, zdaniem śledczych, miał stworzyć silną i bardzo hermetyczną grupę przestępczą.

O tym, że Andrzej L. miał prawo bać się Piotra S. świadczy najlepiej fakt, że z 10 członków gangu ożarowskiego, którzy chcieli się dobrowolnie poddać karze, wszyscy się wycofali, gdy dowiedzieli się, że ich towarzysz ma inne zdanie na ten temat. Z kolei jeden ze stołecznych gangsterów zamierzał porwać żonę „Sajura”. W półświatku poszła fama, że miała to być zemsta, za to, że boss poderżnął kiedyś gardło temu przestępcy. Jednak S. nigdy nie został oskarżony za to przestępstwo.

Po śmierci „Rygusa” jego zeznania złożone przed prokuratorami oficjalnie są tak samo ważne dla śledczych, jak gdyby potwierdził jej przed sądem. Jednak w rzeczywistości ich siła znacznie osłabła. Śmierć „Rygusa” nie tylko uratowała życie jego syna, ale mogla także uratować skóry dwóch groźnych bossów oraz ich ludzi.

1
Heroina zarekwirowana podczas jednej z policyjnych akcji przeciwko grupie ożarowskiej (fot. policja)