Strona główna » Opinie » Wywiady
Agnieszka Holland

Robię filmy na zimno

  • A
  • A
  • A
20:00
28.01.2012
– Obawiałam się przede wszystkim, że polska publiczność nie przyjdzie. Obawiałam się, że nie będzie ludzi w kinach, że po prostu powiedzą sobie: „jeszcze jeden film o Żydach, o Holokauście, tośmy już widzieli”. I okazało się, że ludzie przyszli, kupili bilety i mamy po niecałych trzech tygodniach pół miliona widzów, co jest dla takiego filmu zupełnym ewenementem - mówi Agnieszka Holland, reżyser nominowanego do Oscara filmu „W ciemności”.
1
- Zło jest o wiele łatwiejsze, że w jakimś sensie – szczególnie w takich okolicznościach, kiedy nie jest potępiane – staje się czymś naturalnym, zwykłym a nawet dobrze widzianym, przynoszącym profity - mówi Agnieszka Holland (fot.arch.TVP)
O pracy na planie filmowym, istocie dobra i zła, dzieciństwie, emigracji, macierzyństwie, samotności i maskach - z Agnieszką Holland rozmawia Kamila Drecka.

Po raz trzeci jesteś nominowana przez Akademię Filmową. Mam nadzieję, że tego Oskara dostaniesz.

Nie wiadomo nigdy. Do tego stopnia nie wiadomo, że nawet może się to zdarzyć.

Napisałaś też scenariusz do „Korczaka” Andrzeja Wajdy. Broniłaś się przed tą tematyką żydowską wiele lat – a i tak Cię dopadła. Przeznaczenie?

Trudno powiedzieć, że się broniłam, zawsze mnie to fascynowało. Potem, jak zrobiłam dwa filmy na ten temat, i potem, jak napisałam jeszcze scenariusz dla Andrzeja, to już wiedziałam, jakie to jest kosztowne. To znaczy – co innego jest czytać książkę, co innego obejrzeć film, a co innego jest spędzić parę lat życia w tym klimacie, w tej rzeczywistości. Przy tym, jeżeli chcesz rzeczywiście coś pokazać, stworzyć na ten temat, co byłoby szczere i osobiste, to musisz uruchomić ten taki mechanizm empatyczny, przepuścić to przez siebie.

A co to znaczy - „przepuścić przez siebie”? Jakie emocje musiałaś w sobie uruchomić?

To znaczy, że żyjesz w takiej jakby schizofrenii. Powiedzmy – żyjesz teraz i robisz swoją robotę, ale jednocześnie żyjesz w tamtym czasie i te emocje przez ciebie jakoś przepływają. Jednocześnie musisz mieć do nich dystans i patrzeć na to zimnym okiem. Ja w każdym razie robię filmy tak trochę na zimno. Nie płaczę nad losami bohaterów, tylko zastanawiam się nad celowością, skutecznością tego opowiadania w którym momencie co nacisnąć, jaki guzik, więc robię to jako rzemieślnik.

Dlatego o Tobie mówią: „twarda Agnieszka Holland”?

Może dlatego.

Inaczej było z aktorami, prawda? Oni mieli rzeczywiście wielkie trudności z tym, żeby oderwać się od roli, żeby na przykład zrobić sobie przerwę obiadową.

Zdarzało się, że aktorzy po zagraniu jakichś bardzo dramatycznych czy trudnych ról doznawali załamania nerwowego albo fizycznego, więc trzeba uważać. Można wyzwolić jakiegoś takiego dżina emocji z butelki i on cię nagle zje.

Przy tym filmie Agnieszka Grochowska i Julka Kijowska – one rzeczywiście tak się zapadały – to znaczy – one były tam, w tej komorze. Myśmy to kręcili w dekoracji, akurat te komory dwie, ale było to tak realistycznie odtworzone. Ta hala była zresztą jakimś takim miejscem tak opresyjnym i depresyjnym – to było w Lipsku, gdzieś na przedmieściach, w zimie strasznej, nieogrzewana i one właściwie z tej dekoracji nie wychodziły.

Normalnie, gdy kończy się ujęcie, przestawia się światło – aktorzy wychodzą, idą gdzieś do bufetu albo coś, a one tam zostawały i siedziały, tymi kocykami, szmatami się jakoś zawijały, coś tam pisały sobie. Agnieszka pisała pamiętnik. Julka była w ogóle w jakimś takim stanie - w filmie grała osobę na pograniczu autyzmu. Była tak zamknięta, że nie sposób było z nią rozmawiać –  przez kilka tygodni zdjęć ja miałam wrażenie, że coś się z nią dzieje niedobrego. Patrzyła na mnie jak takie zaszczute zwierzątko i nie odpowiadała nic, jak jej coś mówiłam.
Czasem projekcja kończy się w kompletnej ciszy i ludzie siedzą do końca napisów i się nie ruszają, a czasem zaczynają klaskać jeszcze przed zakończeniem. Wytwarza się zbiorowa emocja
Był tam aktor niemiecki, który grał Żyda, który też miał kłopot z sobą?

Benno Furmann, który grał Mundka, jest gwiazdą, czy gwiazdką niemieckiego kina. Rzeczywiście, myślę że dla Niemca granie Żyda było potwornym napięciem. To parę razy wybuchało w takim nieadekwatnym zachowaniu, jak się zdarza niektórym aktorom, którzy zbyt się przejmują tym, co grają - jak kogoś biją, to tak biją, że mogą zabić. Poharatał Roberta, a takiego młodego Niemca, który grał żołnierza tłukł gumowym młotkiem, tak że chłopakowi pękła kość policzkowa.

Benno grał też taką scenę w której dusi szpadlem Sochę, czyli Roberta. Nie zauważył, że pod ten szpadel dostała się latarka, która była potwornie rozżarzona - było bardzo mocne światło, ponieważ latarka była jednym z głównych źródeł oświetlenia. Tak go poparzył, że Robert do dzisiaj ma taki leciutki znak. Na szczęście zostało to bardzo dobrze potraktowane medycznie, nie ma blizny.

Powiedziałaś przy okazji premiery tego filmu, że każdy jest podatny na zło. Przecież to nie jest tylko film o złu, prawda?

To, co chciałam powiedzieć to to, że zło jest o wiele łatwiejsze, że w jakimś sensie – szczególnie w takich okolicznościach, kiedy nie jest potępiane – staje się czymś naturalnym, zwykłym a nawet dobrze widzianym, przynoszącym profity.

Tak jak w przypadku prostego złodziejaszka Leopolda Sochy - pomaga Żydom, na początku upatrując w tym dla siebie intratnego źródła dochodu.

Tak. W jego świecie wartości to nie jest złem. To znaczy – to, żeby skorzystać, coś zarobić, coś wycisnąć, coś nawet ukraść, wzbogacić się jakoś – to w jego świecie, który rządzi się też pewnymi stereotypami na temat bliźniego, że żydki to są tacy, a ci są tacy – to nie jest nic złego. To, co mi się podobało już w tym scenariuszu i - co żeśmy jeszcze dzięki talentowi Roberta rozwinęli - to jest taka nieoczywistość. Nieoczywistość tych przemian, nieoczywistość tych reakcji. W każdym momencie wszystko się może zdarzyć, może pójść w tę stronę, albo w tę. I zależy to czasem od jakiegoś zupełnego szczegółu.

Ma też anioła stróża – ma żonę, która mu podpowiada, że przecież Jezus był Żydem, z czego on sobie nie zdaje sprawy.

Rzeczywiście w paru momentach żona ma jakiś taki instynkt sprawiedliwości, i w paru momentach rzeczywiście naprowadza go na inną zupełnie ścieżkę myślenia, ale ta żona też nie jest jakimś takim altruistycznym aniołem, bo kiedy orientuje się, że on rzeczywiście pomaga Żydom i wie, że za to grozi jej, jemu, rodzinie – śmierć, to wcale nie jest z tego zadowolona i robi mu awantury. Nie, nie ma tam w ogóle aniołów.
To jest cudowne, że powstał film bez patosu, bez ckliwości, bez kontrastów czarno – białych. Powstał film, gdzie upodlenie, gdzie najtragiczniejsze momenty łączą się z miłością, seksem. Czy to mogło powstać tyko dlatego, narzuciłaś sobie dystans wobec wszystkiego? I - jak powiedziałaś za Markiem Edelmanem- w gettcie tez działy się różne rzeczy. Ludzie kochali, zdradzali.

Tak, Marek na pewno był tu inspiracją, jego odwaga w penetrowaniu rzeczywistości, bez takiej pokusy, żeby to wszystko jakoś zmitologizować, ucukrować, żeby to wszystko się stało jakąś legendą. Dla niego było to szalenie ważne, i dla mnie też zawsze było ważne, żeby pokazać ludzi w całym totalnym wymiarze. Żeby w momencie, kiedy ich się redukuje do funkcji ofiary i uszlachetnia właśnie dlatego, że ofiara wymaga uszlachetnienia - to jak gdyby pozbawia się ich własnego, indywidualnego , skomplikowanego, pełnego sprzeczności życia. Jak gdyby się ich zabija jako ludzi.

Po ukończeniu zdjęć spotkałaś się z „dziewczynką w zielonym sweterku”. Jakie to było spotkanie?

Krysia, Krystyna Chiger, odnalazła mnie i spotkałam się z nią w Nowym Jorku. Od razu mieliśmy wrażenie, że się znamy od zawsze. Przeczytałam już wtedy jej książkę, bardzo wzruszającą. Żałowałam, że paru rzeczy, paru drobiazgów nie znałam, których mogłabym użyć.

Krystyna bardzo przeżyła projekcję tego filmu, widziała go dwukrotnie: raz, jak był jeszcze nieskończony, bo chciałam dać szansę, żeby jeszcze ewentualnie coś zmienić, a drugi raz na premierze w Toronto. I pierwszy raz mówiła, że właściwie nie bardzo wie, co tam było, bo jak tylko zaczęła wchodzić w tę rzeczywistość to płakała, a za drugim razem obejrzała już bardziej świadomie i uznała, że tak było.

Pierwszy raz ten film pokazałaś w Toronto? Mówię tu o większej publiczności.

Przed Toronto był taki mały, ale bardzo ważny a Stanach festiwal w Telluride.

Owacje kilkunastominutowe?

Były owacje, tak, ale największe w Toronto. Czasem się to kończy w kompletnej ciszy i ludzie siedzą do końca napisów i się nie ruszają, a czasem zaczynają klaskać jeszcze przed zakończeniem. Trudno powiedzieć, od czego to zależy. Wytwarza się zbiorowa emocja. Dostaliśmy niedawno list od człowieka, który był świadkiem wyjścia ich z kanału. Jako młodziutki chłopak widział jak ta ośmio- czy dziewięcioletnia Krysia i reszta wychodzili, jak Socha ich wyprowadzał. Był tego świadkiem i opisał to. Posłałam tego maila Krysi i była wstrząśnięta, że gdzieś się znalazł, żyje człowiek, który ją widział wtedy.
Opatrujesz to pewnym postscriptum. Kiedy Leopold socha ginie pod kołami samochodu sowieckiego na jego pogrzebie jeden z polaków mówi : to dlatego, że ratował Żydów, że opiekował się Żydami.

Kara boska.

W Polsce spotykało się to z różnym odbiorem.

Mnie się wydawało, że to jest konieczne. Kłóciłam się nawet z Davidem Shamoon, który wolał nie mieć tego ostatniego napisu. On pokazuje przede wszystkim, że to nie jest happy and, że nic się nie skończyło w momencie, kiedy im udało się ujść z życiem. Że nie są bezpieczni, że nikt nie jest bezpieczny. Że ten wirus zła który został zasiany – on nadal jest w naszym organizmie i w każdej chwili może się obudzić.

Obawiałaś się polskiej publiczności?

Obawiałam się przede wszystkim, że polska publiczność się nie stawi. Obawiałam się, że nie będzie ludzi w kinach, że po prostu powiedzą sobie: „jeszcze jeden film o Żydach, o Holokauście, tośmy już widzieli”.

Jest pewien rodzaj przesytu, zresztą nie tylko w Polsce. I okazało się, że ludzie przyszli, kupili bilety i mamy po niecałych trzech tygodniach pół miliona widzów, co jest dla takiego filmu zupełnym ewenementem. Ludzie to odbierają z takim szalonym jak gdyby wewnętrznym napięciem, do tego stopnia, że w czasie seansu jak sobie kupili popcorn, to w ogóle nie sięgają po niego i na końcu mają takie poczucie, że płaczą, ale też wychodzą w milczeniu. Mówią następnym ludziom, że „musisz to zobaczyć”.

Chciałam Cię zapytać o Twoje życie, o Twoje dzieciństwo. Jakie było? Udane, radosne? Mieszkaliście na Powiślu?

Mieszkaliśmy na Powiślu do mojego ósmego roku życia, jak skończyłam drugą klasę przeprowadziliśmy się na Świętokrzyską.

Jaka była mała Agnieszka Holland? Buntowniczka?

Byłam ciekawska. Byłam chorowitym dzieckiem więc bardzo długo leżałam w szpitalach, w łóżkach i to nauczyło mnie pewnego skupienia się na sobie. Lektury były dla mnie szalenie ważne, czytałam albo rysowałam – to były moje główne zajęcia. Ale potem, jak już ta choroba została opanowana...

...to chodziłaś po drzewach?

Tak, chodziłam

Byłaś hersztem bandy, inscenizowałaś Amicisa...

No tak, byłam takim aktywnym dość człowieczkiem

Już twórczym?

Tak, musiałam mieć w sobie dużo takiej energii kreacyjnej i przygodowej
2
„W czasach komunizmu moje nazwisko było naznaczone takim piętnem odrzucenia przez władze i wiedziałam, że nie będzie łatwo” (fot.arch.TVP)
To jednocześnie też trudny dom, rodzice się rozstają... pewnie dziecku jest trudno w takich momentach. Jak sobie z tym radziłaś? Czasy też trudne, bo powojenne, ojciec był ideowym komunistą.

Tak, szybko dość mu to przeszło, szybko się rozczarował. W mojej perspektywie szybko, bo jak już byłam świadoma mniej więcej tego, co się dzieje, to był 1956 rok, kiedy on już był zdecydowanie tak zwanym rewizjonistą. Bardzo przeżył świadomość że uczestniczył w czymś, co się okazało zbrodnicze.

Przypomnijmy, że Twój ojciec popełnił samobójstwo, kiedy ubecy przyszli na rewizję.

Tak, podczas rewizji. Przedtem był przesłuchiwany przez właściwie dwie doby bez przerwy, więc był zdecydowanie zdestabilizowany psychicznie i wydawało mu się, że grozi mu coś prawdopodobnie za jakieś rzekome szpiegostwo.

Przekazał informacje korespondentowi francuskiemu...

...plotkę właściwie

...plotkę, jak zginął Beria, prawa ręka Stalina.

Tak. Jego śmierć, jego pogrzeb który się stał demonstracją, posłużył potem władzom ówczesnym do zrobienia czystki partyjnej wśród tej takiej bardziej liberalnej części partii i od śmierci mojego ojca zaczął się cały proces, który potem szczytował w 1968 roku w marcu tą nagonką antysemicką, nagonką antyinteligencką i rozruchami studenckimi. Więc tak, moje nazwisko było naznaczone takim piętnem odrzucenia przez władze i wiedziałam, że nie będzie łatwo.

Twój wyjazd z Polski do czeskiej Pragi na studia był tym spowodowany?

W Pradze też się wplątałam w jakieś opozycyjne działania

Mało, że się wplątałaś, to jeszcze uczestniczyłaś w Praskiej Wiośnie, biegałaś na uczelnię, strajkowałaś, po czym Cię zamknięto na sześć tygodni. Siedziałaś też w izolatce.

Tak. No, ale widzisz, mnie to nie zabiło, więc jak to mówią , co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Ale to doświadczenie, szczególne pobyt w więzieniu. Próbowałaś nawiązać przyjaźń ze śledczym? Może nie przyjaźń, to za dużo powiedziane, ale jakąś relację ludzką?

Miałam dobrą relację z nim, potem myślałam nawet, że ten człowiek nie jest taki zły. Myślę, że i on mnie polubił.
Andrzej Wajda zaproponował, że mnie zaadoptuje i da mi swoje nazwisko. Bardzo szlachetna propozycja, ale wytłumaczyłam mu, że właśnie zachowałam nazwisko swojego ojca specjalnie
A do czego go przekonywałaś?

Ja mu głównie opowiadałam, na czym polegała filozofia Simone Weil, wypytywałam – ponieważ on w latach pięćdziesiątych był w ubecji – co tak naprawdę robili. I rzeczywiście pomógł mi, przekazał wiadomość mojemu mężowi, żeby napisać takie, a nie inne podanie o zwolnienie, adwokat to zrobił i wypuścili mnie stosunkowo szybko, chociaż zanosiło się, że tam posiedzę znacznie dłużej.

Nie było Ci łatwo i to chyba dość długo nie było Ci łatwo. I to nazwisko naznaczone...

Pamiętam, że Andrzej Wajda, zorientował się (został szefem zespołu i przyjął mnie jako członka tego zespołu) że nie udawało mu się doprowadzić do tego, żebym mogla zrobić jakiś swój film. Potem nawet zaproponował mi, żebym była asystentem przy „Człowieku z marmuru”- i władze wstrzymały produkcję tego filmu, właśnie z powodu mojego skromnego udziału.

Więc on mi zaproponował, że mnie zaadoptuje i da mi swoje nazwisko. Bardzo szlachetna propozycja, ale wytłumaczyłam mu, że właśnie zachowałam nazwisko swojego ojca specjalnie, bo wyszłam za mąż bardzo wcześnie, miałam dwadzieścia lat i mogłam zmienić nazwisko na Adamik, a nie zrobiłam tego, zdając sobie sprawę z tego, ze to noszę jako rodzaj bagażu i znaku tożsamości, którą ja wybieram.

Jako dziecko byłaś zafascynowana liturgią katolicką, chodziłaś do kościoła nawet wbrew rodzicom

Rodzice nie wiedzieli o tym, nie tylko do kościoła chodziłam, też na lekcje religii.

Z jakiegoś powodu nie powiedziałaś rodzicom, że chodzisz do kościoła

Raz, że rodzice byli ateistami, myślałam, że im się to nie spodoba, a dwa, że taka tajemnica była czymś bardzo pociągającym, robiłam troszkę za małego męczennika, co dodawało dodatkowego napięcia tej religii, która miała w sobie dla mnie jakieś takie niebywałe napięcie, niemal mistyczne.
Prosiłaś księdza o chrzest?

Poprosiłam dwóch, czy trzech o chrzest i wszyscy odmówili.

A dlaczego? Powiedzieli dlaczego?

Bali się, po prostu. To był jakiś 1960 rok, bali się, że mogą mieć kłopoty. Przypuszczam, że bali się, że moi rodzice, których postrzegali jako komuchów, diabłów, mogą przysporzyć kłopotów. Więc koleżanka mnie ochrzciła. Nie byłyśmy pewne, czy to naprawdę zadziała (śmiech)

W 1981 roku zostajesz za granicą...

Byłam w Szwecji, kiedy nastał stan wojenny, tam mnie to zatrzasnęło niejako. Po kilku dniach zdecydowałam się udzielać wywiadów...

One były wprost przeciwko Jaruzelskiemu

Były nawet, powiedziałabym, histerycznie antyreżimowe. Wyobrażałam sobie, że to, co się dzieje, jest jeszcze gorsze niż było. Z zewnątrz to wyglądało po prostu bardzo dramatycznie. A z drugiej strony lękałam się, że powiem coś i zatrzasnę możliwość powrotu. Mam tam dziecko, męża. To była bardzo trudna decyzja, która mnie bardzo dużo kosztowała. Dopiero później udało się Kasię ściągnąć do Paryża, bo ja wyjechałam stamtąd do Paryża, wiedząc, że w Szwecji nie bardzo będę miała co robić.

W Paryżu była taka największa grupa ludzi, Jacek Kaczmarski, Seweryn Blumsztain, którzy organizowali komitet Solidarności. Rzeczywiście, Francuzi wykazali się wtedy taką ogromna wrażliwością na polską sprawę i bardzo pomagali. Przez jakiś czas jeździłam po mitingach, a potem zaczęłam próbować myśleć, czy mogłabym tam coś zrobić. Długo to wszystko trwało i było bardzo trudne.

Z czego żyłaś wtedy?

Podpisaliśmy z Andrzejem Wajdą umowę na scenariusz „Korczaka” dla amerykańskiego producenta i on zapłacił jakąś zaliczkę, to była pierwsza rzecz. Zrobiłam też taki krótkometrażowy film z kilkoma polskimi kolegami dla francuskiej telewizji. Miałam mało pieniędzy, ale jakoś dało się żyć.

Chciałam Cię zapytać o macierzyństwo. I nie używam tego w takim kontekście romantyczno–sentymentalnym, tylko jako doświadczenia. Dla kobiety, dla człowieka. Kiedy urodziła się Twoja córka, byłaś bardzo młoda osobą

Już nie taką młodą. Miałam 24 lata i za sobą sporo przeżyć.
3
„Jeżeli matka nie daje dziecku dość czasu i cały czas ma wyrzuty sumienia i stara się to jakoś nadrobić inaczej, to jest to toksyczne i z tego nic dobrego nie wyjdzie” (fot.arch.tvp)
To nie było łatwe nie tylko z powodów logistycznych, nie zawsze mogłaś być z nią, nie zawsze to było takie oczywiste, a dzisiaj, kiedy oglądamy Cię po latach – razem pracujecie, mieszkacie blisko siebie. Widać, że to jest silny związek.

Jedno z takich ważniejszych wydarzeń w moim życiu i takich momentów granicznych, kiedy widzę, czuję, że coś się zmienia, że moje widzenie świata się zmienia pod wpływem tego, że nagle jest to stworzonko, które wyszło ze mnie, za które jestem odpowiedzialna. To jest obciążające, radosne i obciążające, szczególnie, że pogodzenie tego z pracą było trudne bardzo. Mogłam liczyć na moją mamę, która była po prostu niebywała i w moim wypadku i w wypadku dzieci Magdy, mojej siostry. Była wsparciem i taka jak gdyby hojna miłością w stosunku do dzieci.

Opowiadając o swoim dzieciństwie mówiłaś, że mama kazała Ci się na przykład dzielić lalkami, że nie miałaś nigdy swojego pokoju, że zawsze mieszkałaś albo z wychowanką mamy, a potem z siostrą Magdą. Czy myślałaś o tym, wychowując Kasię?

Oczywiście. Myślałam o tym, co bardzo dobrego odebrałam od mojej mamy i o pewnych rzeczach, które mi się wydawały zbytnim narzucaniem mi jakiegoś rodzaju widzenia świata czy uczuć i starałam się jak gdyby korygować pewne rzeczy, ale to się udaje do pewnego tylko stopnia i popełniamy swoje własne błędy.

Są dwie rzeczy, które są bardzo negatywne. Jedna to wyrzuty sumienia. Jeżeli matka nie daje dziecku dość czasu i cały czas ma wyrzuty sumienia i stara się to jakoś nadrobić inaczej, to jest to toksyczne i z tego nic dobrego nie wyjdzie. Druga to szantaż emocjonalny. To znaczy – jeżeli zbyt wiele oczekujemy od dziecka i narzucamy mu obowiązek, że musi cały czas pamiętać o naszej uczuciowości, miłości i jeżeli nie zrobi czegoś, jak my chcemy, to nas rani bardzo.

Opowiadałaś, że Kasia była bardzo buntownicza i uparta.

Jako zupełnie malutkie dziecko była rzeczywiście buntownicza i uparta, nigdy nie chciała iść w tę stronę, gdzie akurat żeśmy zmierzały. Musiałam się uciekać do sztuczek, udawać, że idę w prawo, po to, żeby ona poszła w lewo. Natomiast jak się znalazła we Francji, wpadła w taki pół-autyzm. Była trudna i była w niej jakaś taka agresja, którą żeśmy wyładowywały. Miałam pomysł, żeby ją zapisać na judo i została mistrzem w swojej kategorii, to jej bardzo pomogło.

Ale bardzo długo nie poznawała ludzi, którzy przychodzili do nas nawet często, była niekontaktowa, jakaś naburmuszona. Moja mama, jak przyjechała po jakimś dłuższym czasie, była zszokowana, że kochana Kasia jest takim naburmuszonym, nie okazującym uczuć stworzonkiem. To długo trwało. Ja wiedziałam, że ona jest w porządku, że jest fajnym człowieczkiem, ale wielu moich znajomych uważało, że albo jest jakimś rozwydrzonym potworem. Teraz, już jako dorosła kobieta, Kasia jest wyjątkowo promiennym człowiekiem.
Staram się ludzi nie ranić, ale może się to zdarzać, szczególnie w sytuacjach walki – a robienie filmu jest pewnym rodzajem prowadzenia wojny
Łączy Was zażyłość?

Oczywiście, że się kochamy, matka – córka, troszczymy się o swoje potrzeby w miarę możliwości, ale myślę, że jesteśmy też zaprzyjaźnione. Czułość jest oczywiście ważna, ale też trzeba jak gdyby zostawiać sferę prywatności, nie wchodzić zbytnio butami, być dyskretnym i być osobnym.

Chciałam Ci tylko powiedzieć, co mówią o Tobie ludzie. Na przykład współpracownicy mówią:„silna, niezależna, ambitna, skupiona na sobie, bezwzględna, wymagająca, brutalna w osądach tych, z którymi się nie zgadza.” Twoja siostra, Magdalena Łazarkiewicz podkreśla wrażliwość, empatię. „Jest w niej coś kruchego, ciepłego”. Przyjaciel, Jacek Petrycki, operator: „ona jest jak rabin w spódnicy, zawsze zbierała się wokół niej grupa ludzi proszących o pomoc i radę”. Jaka jest Agnieszka Holland?

No, tak jak każdy. Jest dużo twarzy. Jest zawsze prawda dzienna, prawda nocna. Różni ludzie różnie to odbierają i różna jestem w różnych sytuacjach

Zmieniasz się?

Zmieniam się, tak. Zawsze mnie interesowało, kim jesteśmy tak naprawdę. Czy jest coś takiego jak takie głębokie jądro, które jest jakby tym jądrem własnej tożsamości, niezmienne, a zmieniają się tylko rzeczy, które reagują na okoliczności, czy też jesteśmy jakimś kameleonem w gruncie rzeczy. Sama nie wiem. Ja jestem ze sobą cały czas i znam się – przynajmniej mam takie wrażenie. Na pewno nikt nie zna mnie lepiej, to wiem na pewno. Może ja siebie nie znam też, ale nikt z ludzi wokół nie zna mnie lepiej, ponieważ każdemu pokazuję jednak troszeczkę inną twarz, inny aspekt. Staram się ludzi nie ranić, ale może się zdarzać, szczególnie w sytuacjach walki – a robienie filmu jest pewnym rodzajem prowadzenia wojny, więc się w pewnym szale bitewnym się chce coś osiągnąć.

Na wojnie bywają niestety ofiary. Kazimierz Kutz naśmiewa się z Waszego klanu, że macie taki siostrzano-córczany klan, gdzie rodzinnie pracujecie przy różnych realizacjach. Masz takie wrażenie, że stworzyłyście taki silny klan Hollandów?

Nie, nie. Wydaje mi się, że pracuje nam się razem świetnie, ale też nie wszystko możemy zrobić razem. Kiedy ona robi swoje własne rzeczy, ja udzielam jej rad, o ile mnie poprosi, ale nie pcham się z tym.
Zostałaś nominowana do Oskara, życzymy Ci go bardzo – sobie też życzymy. Chciałam zapytać Ciebie o miejsce dla Ciebie ważne. Warszawa jest dla Ciebie równie ważna jak Stany?

Warszawa jest taką moją kolebką , jest dla mnie...

...ojczyzną?

Tak

I tak o niej myślisz?

Tak, chociaż na przykład Pragę pokochałam, kiedy tam studiowałam, tak głęboko, jak Warszawy chyba nigdy nie pokochałam. Uwiodła mnie ta Praga jakoś, ale to Warszawa jest moją ojczyzną.

Czyli – jak wracasz do Warszawy, to myślisz – jadę do domu?

Nie, w tej chwili już nie, chyba nie „do domu” jednak.

To gdzie jest Twój dom?

Dom mam w Bretanii jednak. Mało tam teraz jestem , bo dużo pracuję, dużo tu muszę bywać z różnych powodów, ale tam odżywam, spadają ze mnie wszystkie maski, obowiązki. Mogę tam sobie po prostu być.

Nawet sama?

Tak, bardzo lubię być tam sama.

Samotność to cecha, która jest Ci bliska? To jest taki stan, kiedy wyciszasz się, rozmawiasz ze sobą, czytasz książki?

Tak, kiedy tak jakby nic nie muszę. Bo jednak w stosunkach z ludźmi jednak jest bardzo dużo takiego poczucia obowiązku. Marek Edelman powiedział że miłość to odpowiedzialność. I coś w tym jest. Dlatego miłość jest obarczona też pewnym ciężarem, ale oczywiście nie jest tak, że chcę być sama kompletnie. Jest mi dobrze z ludźmi, którzy są mi bliscy

Rozmawiała Kamila Drecka
 
 
 
...
 

Na forum

Nawołując do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie możemy na dobre...
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: