Strona główna » Opinie » Wywiady
Barbara Białowąs

Popkultura sprzedaje nam cukierkowe utopie

Autor: Beata Zatońska
  • A
  • A
  • A
20:16
12.02.2012
– Kochamy pozory, idealizujemy świat i uczucia. Miłość, choć jest piękna, bywa daleka od ideału – mówi w rozmowie z portalem tvp.info Barbara Białowąs, reżyserka filmu „Big Love”, który 10 lutego wszedł na nasze ekrany.
Tytuł „Big Love” zapowiada film romantyczny z happy endem. Zdjęcia i scenografia doskonale do tego pasują. Wchodzimy do pięknego świata pięknych ludzi. Potem okazuje się, że daliśmy się zwieść. Nie bała się pani ryzyka, jakie niosło ze sobą takie zderzenie formy i treści?

To jest świadomie wybrane, kolorowe opakowanie. Mocna treść została zamknięta w formie, która parafrazuje komedie romantyczne. To świat znany z popularnych filmów o miłości. Nagle okazuje się, że historia opowiedziana w „Big Love” inaczej się układa. Świadomy widz zorientuje się, że to specjalnie, świadomie wybrana estetyka. Takie było założenie, żeby opowiedzieć o miłości metajęzykiem, żeby się wznieść ponad inne filmy o miłości i opowiedzieć o tym z dystansem. Mamy artystyczną treść w formie, zaczerpniętej z popkultury.

Od początku pisania scenariusza miała pani taki zamysł?

Wiedziałam, że ten film nie może być ciemny, brudny, ponury. Miał być piękny, kolorowy i bajkowy, a bohaterowie mieli przypominać modeli z „Vogue’a”. Ludzie lubią sobie wyobrażać, że tacy właśnie są – piękni, młodzi, bez wad. Kochamy pozory, idealizujemy świat i uczucia. Miłość, choć jest piękna, bywa daleka od ideału. Popkultura sprzedaje nam cukierkowe utopie.

Trochę to smutne...

Prawdziwe. Wierzę w miłość, mam partnera, kocham go, ale nie idealizuję życia.

Co zainspirowało panią do napisania scenariusza?

Skompilowałam kilka prawdziwych historii. Zbierałam je i szukałam wspólnego mianownika, powtarzających się motywów. Opowieść o Emilce i Maćku to też kwintesencja losów bohaterów znanych melodramatów. Lubię analogię z „Anną Kareniną” Lwa Tołstoja. Anna i Wroński są w klinczu. Żeby ich miłość mogła się spełnić, trzeba byłoby przemodelować świat, co jest oczywiście niemożliwe. Każda decyzja prowadziła do katastrofy.
Nie tylko stylistyka filmu łamie przyzwyczajenia widzów. Fabuła też. Czy oświadczyny nie powinny prowadzić do szczęśliwego zakończenia?

Nie interesują mnie stereotypowe rozwiązania. W życiu, wbrew pozorom, też jest ich niewiele. Przyzwyczaiły nas do nich teksty kultury popularnej. W moim filmie romantyczny moment oświadczyn to początek końca, zaczyna się załamanie. Chciałam odmienić role, trochę wpuścić widza w maliny. Inaczej projektujemy sobie tę historię na początku. Potem zmienia się punkt widzenia. Patrzymy na rozwój postaci i zaczynamy rozumieć, jak to się dzieje, że wielka miłość kończy się tragicznie. Ofiara zmienia się w kata, kat w ofiarę, nie ma tutaj wyraźnej granicy. Często się nad tym zastanawiałam. Mój film jest polemiką ze schematami, które funkcjonują w kulturze.

Na ekranie mamy parę pięknych ludzi – dziewczyny będą marzyć o Antonim Pawlickim, a panowie o ślicznej Oli Hamkało. Pokazuje ich pani w wielu gorących scenach erotycznych. Prowokacja? Epatowanie seksem?

Skończmy z pruderią, nienawidzę jej. Relacja erotyczna między bohaterami jest bardzo ważnym elementem tej historii. Namiętność seksualna sprawia, że Emilka nie może się uwolnić od Maćka i coraz mocniej wikła się w ten związek. Rozum mówi co innego, ciało – co innego. Potwierdzają to wszelkie podręczniki z zakresu psychologii miłości.

Paradoksalnie, wychowana tylko przez matkę Emilka szuka też w starszym od siebie Maćku ojca, którego jej brakowało.

Takie było założenie. Emilka poznaje Maćka, gdy ma 16 lat. Każde z nich oczekuje czego innego. Kiedy Maciek, po latach, naprawdę chce się nią zaopiekować, Emilka jest już emocjonalnie bardzo daleko od niego. Stała się niezależną kobietą i nie potrzebuje już opiekuna. Tęskni za Maćkiem, którego poznała, szalonym, niespokojnym, szukającym ryzyka. On ją taką stworzył, a ona wymknęła mu się spod kontroli.
Aleksandra Hamkało i Antoni Pawlicki w filmie „Big Love”
Aleksandra Hamkało i Antoni Pawlicki w filmie „Big Love”
Erotyzm niesie ból? Tak jak w „Ostatnim tangu w Paryżu”?

Trochę tak, choć historia opowiedziana w filmie Bertolucciego jest zupełnie inna. W „Ostatnim tangu...” fascynująca jest obsesja bohaterów. Bardziej inspirowały mnie takie filmy jak „Gorzkie gody”, „Requiem dla snu”, „Urodzeni mordercy” czy „Dzikość serca”.

Przyniosła pani operatorowi, Bartoszowi Piotrowskiemu, gotową koncepcję filmu?

Wiedziałam, co chcę uzyskać. Byłam jak najdalsza od robienia typowego polskiego filmu o szaro-burej rzeczywistości. To było założenie nadrzędne. Konkretne rozwiązania rodziły się podczas rozmów. Najtrudniejsze były sceny finałowe. Rzadko pokazuje się coś tak mocnego w tak piękny sposób. Treść jest o miliony lat świetlnych odległa od bajkowej scenerii, którą widzimy na ekranie. Razem z Bartkiem długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca, pleneru jak z Nowej Zelandii. Kluczowe sceny filmu są świadomie przeestetyzowane. Inspiracją były zdjęcia Nan Golding, na których drastyczne wydarzenia pokazane są w piękny sposób – patrzenie na nie boli, ale nie pojawia się uczucie obrzydzenia.

Historii miłości Emilki i Maćka nie poznajemy bezpośrednio. Patrzymy na nią oczami psychologa, Adama. Dlaczego zdecydowała się pani wprowadzić tę postać?

Potrzebny był dystans. Chciałam też przełamać linearność opowieści. Romans trwał od 1997 do 2004 r., ale patrzymy na niego z perspektywy 2011 r. i razem z Adamem odkrywamy, co się stało. Pojawiają się różne płaszczyzny czasowe. Widz może kombinować sam, ale może też podążać za Adamem i jego wnioskami, ale być może też jego kompromisowymi wyborami życiowymi.

Ucieczką Emilki jest muzyka. Dzięki niej zyskuje niezależność. Skąd pomysł na współpracę z kompozytorem Mariuszem Szypurą?

Mariusz robi muzykę, która mi się podoba, kocham jego płytę „Tesla”. Ucieszyłam się, gdy się zgodził na współpracę. To, co zrobił dla filmu, spełniło moje oczekiwania. Wytyczyliśmy tylko ramy konwencji, wiadomo było, że chodzi o trip hop i rock psychodeliczny.

Długo szukała pani aktorów do głównych ról? Pierwsze kryterium to była uroda?

Uroda zdecydowanie tak. Zanim weszliśmy na plan, Ola Hamkało i Antek Pawlicki musieli jednak popracować nad sobą. Antek ćwiczył mięśnie, a Ola zrzuciła kilka kilogramów. W filmie pokazują się nago, a mieli wyglądać jak modele z kolorowych, luksusowych magazynów. Castingi trwały dosyć długo. Ola wpadła mi w oko na początku, zobaczyłam w niej Emilkę. Wiele osób mi ją jednak odradzało, musiałam o nią powalczyć, Były obawy, że nie uciągnie dużej roli, bo nie ma doświadczenia aktorskiego. A w niej jest to, co miały Maria Schneider i Nastassja Kinsky – magnetyzm i sensualność kobiety dziecka. Na planie Ola przeszła długą drogę – od debiutantki do świadomej aktorki. Z Antkiem Pawlickim była inna sytuacja. Świetnie wypadł na zdjęciach próbnych i wiadomo było, że ma dobry aktorski warsztat. Założenie było jednak takie, że lansujemy nowe twarze, a Antek był już znany. Nie udało mi się jednak znaleźć nikogo lepszego od niego.
Aleksandra Hamkało i Małgorzata Pieczyńska w filmie „Big Love”
Aleksandra Hamkało i Małgorzata Pieczyńska w filmie „Big Love”
Trudno było aktorom grać sceny erotyczne?

Im dłużej próbowaliśmy, tym bardziej się znali, przestawali się siebie wstydzić. Wydaje mi się, że w filmie są inne sceny, które były bardzo trudne, np. scena finałowa. Nie demonizujmy seksu. Myślę, że łatwiej jest się obnażyć fizycznie niż psychicznie.

Miała pani problemy ze znalezieniem producentów do debiutanckiego filmu?

Scenariusz powstawał na zamówienie. Zrobiłam wcześniej film „Moja nowa droga”, który zdobył kilka nagród. Producent Krzysztof Rak mnie zauważył i zaprosił na rozmowę. Zapytał, czy mam pomysł na długi metraż. Opowiedziałam mu o trzech projektach. Gdy mówiłam o „Big Love” zauważyłam u niego błysk w oku. Dałam Krzysztofowi synopsis. Potem spotkaliśmy się już we trójkę z Piotrem Woźniakiem-Starakiem. Obaj ucieszyli się, że nie chcę zrobić filmu typu „polski dół”, bo ta historia idealnie się do tego nadawała. Dziewczyna z rozbitej rodziny, ucieczka z domu, itp. Ulżyło im, gdy okazało się, że inaczej to widzę, że chcę połączyć kulturę elitarną z masową, kino artystyczne z popularnym.

„Big Love” to film debiutantów. Kto obok pani i Oli Hamkało zdobywał szlify na planie?

Watchout Production – to ich pierwsza fabuła. Dalej m.in. operator Bartek Piotrowski, aktorka Magda Pociecha, kompozytor... Tak, dużo nas było. Producenci nam zaufali i w zamian za to dostali świeżość i brak rutyny.

Co będzie dalej w pani życiu filmowym?

Pracuję nad scenariuszem thrillera terrorystycznego z Kamilem Minknerem. Lubię pracę nad tekstem. Mam też pomysł na kolejny, autorski film.



Barbara Białowąs , absolwentka kulturoznawstwa oraz reżyserii filmowej na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (2007). Jest autorką etiud i filmów dokumentalnych, nagradzanych na licznych festiwalach: „Ewka, skacz!” (2004), „Landryneczka” (2005), „Moskiewska żona” (2005), „Dzika plaża” (2006). Uczestniczyła w realizacji wielokrotnie nagradzanego dokumentu o sztuce „Lech Majewski. Świat według Bruegela” (2009). W ramach programu „30 minut” zrealizowała film „Moja nowa droga” (2009), nagrodzony na kilku festiwalach młodego kina, w tym „Małym Jantarem” za najlepszą fabułę na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” oraz wyróżniony na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. „Big Love” (2012) jest jej pełnometrażowym debiutem.

Na forum

Nawołując do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie możemy na dobre...
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: