- Moment, kiedy człowiek stoi gdzieś na krańcu, to jest dobry sprawdzian. Dobry sprawdzian, kogo się ma przy sobie – mówi pierwsza dama polskiej piosenki Irena Santor w rozmowie z Kamilą Drecką
Zacznijmy od początku. Urodziła się Pani na Kujawach, w Solcu Kujawskim.
Nie. Ja się urodziłam w Papowie Biskupim. To jest wieś, która leży dwa kilometry od Chełmna. Potem moi rodzice, jak miałam rok, przenieśli się do Solca Kujawskiego i tam spędziłam dzieciństwo.
...Które nie było łatwe i proste dla Pani, prawda? Bo dosyć szybko zginął Pani ojciec.
Bardzo nieproste, mój ojciec zginął w 1939 roku.
Jak to się stało?
Solec Kujawski to była mała mieścina, w której to żyli i Niemcy, i Polacy, w zgodzie. Ale jak się okazało tam była bardzo silna Piąta Kolumna. W momencie, kiedy wojna wybuchła, ta Piąta Kolumna się uaktywniła i myśmy uciekali przed Niemcami do tegoż mojego Papowa z ojcem. Ale mój ojciec powiedział :”Ja przecież nikomu nic nie zrobiłem, ja żyłem z wszystkimi w zgodzie”. I wrócił. Niepotrzebnie. Już nie doszedł do mieszkania, bo go zamknięto i tak jak wielu, bardzo wielu mężczyzn wtedy i zwyczajnie zamordowano.
Jest tam grób Pani ojca?
Nie. Jest symboliczny grób.
To była trauma dla Pani, jako pięciolatki? Czy tylko dla mamy, a Pani nie zdawała sobie sprawy z tego, co się stało?
Ja się wychowywałam od wczesnego dzieciństwa w atmosferze „nie wolno o tym mówić”. Nie wolno nikomu o tym mówić i nie wolno w ogóle o tym mówić.
Z tego Solca Panie wyjechały do Polanicy?
Tak, moja mama chorowała
...na gruźlicę?
Tak. I musiałyśmy wyjechać właśnie wtedy do Polanicy Zdroju.
Rozumiem, że mama się tam leczyła?
Tak, tak. Ja miałam w Polanicy Zdroju nauczycielkę, która była córką kierowniczki Domu Zdrojowego. I tam się właśnie zatrzymywali ludzie bardzo wielcy, wspaniali – na wypoczynek. I jednemu z takich wielkich ludzi moja nauczycielka mnie przedstawiła. Muzyk, Zdzisław Górzyński. Poprosiła, żeby mnie przesłuchał. I przesłuchał. Powiedział, że daje mi list polecony do Tadeusza Sygietyńskiego. Ja nie wiedziałam, co to jest „Mazowsze”, a on mówi : „Boże, niech pani nigdy nie przyzna się, że pani nie wiedziała, co to jest!”.
„
To było w Pekinie. Zostaliśmy zaproszeni do sali, która była wyciemniona. Widownia była wyciemniona, „Mazowsze” stało na scenie, śpiewaliśmy te swoje „ku ku, ku ku” bez jednego oklasku, w ciszy. I okazało się, że tam w środku, na tej sali, jako jedyny widz, siedział Mao Tse- tung.
”
„Mazowsze” powstało w takim momencie ostrego socrealizmu, prawda? Było w treści socjalistyczne, a narodowe w formie.
„Mazowsze” miało ludowy kostium, ludową piosenkę, ludową harmonię, ludowy taniec. Owszem, „Mazowszu” zdarzały się czasem piosenki, jak ja to mówię, cywilne, nie ludowe. „Ukochany kraj” albo jakieś inne, moim zdaniem do „Mazowsza” nie przynależne.
Będąc w „Mazowszu” miała Pani takie sytuacje np. występu przed Mao Tse-tungiem, czy przed Stalinem.
To było w Pekinie. Zostaliśmy zaproszeni do sali, która była wyciemniona. Widownia była wyciemniona, „Mazowsze” stało na scenie, śpiewaliśmy te swoje „ku ku, ku ku” bez jednego oklasku, w ciszy. I okazało się, że tam w środku, na tej sali, jako jedyny widz, siedział Mao Tse- tung. Ta cisza była dla mnie ze względów zawodowych deprymująca. Już teraz umiałabym to wytrzymać, ale wtedy?
Pamięta Pani występ przed Stalinem?
Pamiętam. To było w Teatrze Wielkim „Bolszoj”. Takiego strachu przed występem to ja, jak długo żyję....
...ale cały zespół, czy tylko Pani czuła ten strach?
Ja to tak odczułam. Żyliśmy w takim ciągłym stresie, co wolno.. .czy wolno oddychać, czy wolno spojrzeć, czy wolno usiąść... nie wiadomo! Zamknęli nas w garderobach i tak chodziliśmy po tych korytarzach wyznaczonych ...wszyscy się trzęśli, umierali ze strachu - bo tam ma być Stalin. Ja pamiętam, że ja, bidula, zobaczyłam mojego ukochanego Sygietyńskiego w tym kanale dla orkiestry...patrzył na mnie miłosiernym wzrokiem, żebym ja się nie rozleciała na szczątki, ale ja się i tak rozleciałam.
„
Władysław Szpilman po moim pierwszym próbnym przesłuchaniu powiedział do kogoś :”Wiesz, niewiele umie, ale niech się uczy”. To był kamień milowy w moim życiu zawodowym.
”
Co to znaczy?
Jak śpiewałam „ Hej, przeleciał ptaszek” to mi się wydaje, że w życiu tak źle nie zaśpiewałam! Z tego strachu!
Chciałabym zapytać o te pierwsze Pani kontakty z publicznością, ze sceną.
W „Mazowszu” przeszłam taki etap mojej wiedzy zawodowej, scenicznej. Raz miałam chrypkę, a Sygietyński mówi: „kochanie moje, musisz zaśpiewać. Rób, co chcesz, ale musisz.” Jak to muszę? Potem nie chciało mi się, byłam nie w humorze. Jak to, nie w humorze? Taki koncert, pamiętam do dziś, to było w Szczecinie....jakaś fabryka, robotnicy, ludzie straszni, krzykliwi, nikt nas nie słuchał, gadali, nie wiem, dlaczego. A ja mam wyjść i śpiewać. No dobrze, wyszłam, śpiewam „Hej, przeleciał ptaszek” i poszłam do chóru. Ale okazuje się, że oni owszem, rozmawiali, ale to się im bardzo podobało, więc krzyczeli „bis, bis, bis!” Więc wyszłam, ukłoniłam się jeszcze raz i poszłam do chóru, a Sygietyński pokazuje, że mam wracać. No to wyszłam jeszcze raz, ukłoniłam się i wróciłam, co już było naganne, bo ja powinnam od razu zabisować, a ja tak się krygowałam. Za trzecim razem, kiedy on już na mnie spojrzał niemiło, zaśpiewałam swój bis i tak się to skończyło, ale po koncercie starałam się unikać spotkania z Sygietyńskim, Traf chciał – nie wiem, czy los tak chciał, czy on to tak zaaranżował - że szłam, o on naprzeciw mnie i mówi :”Z wychowaniem u panienki nie wszystko w porządku”. I poszedł, nic więcej nie powiedział. A ja bym wolała, żeby on mnie wtedy uśmiercił, żeby się ziemia rozstąpiła, żeby nastąpił jakiś kataklizm!
Jak tak było cudnie w „Mazowszu”, to czemu Pani odeszła? Dlaczego?
„Mazowsze” to był zespół ludzi młodych. Nie można być w „Mazowszu” całe życie i być wiecznie młodym.
To była Pani decyzja?
To była moja decyzja. Znalazłam się cudownym zbiegiem okoliczności w Polskim Radiu, bo zaproponowano mi próbne nagranie dla Polskiego Radia.
Gdzie miała Pani szczęście spotkać Władysława Szpilmana, przypomnijmy – pierwowzór '”Pianisty” Romana Polańskiego.
Był mocarzem wtedy w Polskim Radiu. Powiedział potem, po tym pierwszym próbnym przesłuchaniu do kogoś :”Wiesz, niewiele umie, ale niech się uczy”. To był kamień milowy w moim życiu zawodowym.
A kiedy po raz pierwszy zaśpiewała Pani przebój?
To był „Maleńki znak”, publiczność zdecydowała, że to ich ukochana piosenka. I przez lata, wieki całe śpiewałam ten „Maleńki znak”. Szpilman się dziwił, mówił:” właśnie, właśnie, to nigdy nie wiadomo...” Ale potem też nie wiedział, kiedy śpiewałam jego piosenkę „Tych lat nie odda nikt”, mówił:”To taka tam pioseneczka, dlaczego pani chce to zaśpiewać? Ja mam dla pani....o, to jest dla pani piosenka!” I dał mi piękną, naprawdę piękną piosenkę „Ja jestem twoja”. Ale – los chciał, że „Tych lat nie odda nikt” zostało piosenką do dzisiaj kochaną i pożądaną, a „Ja jestem twoja” kiedy śpiewam każdy mówi:” hmm...bardzo pięknie, bardzo ładna....tak, śliczna.” I tyle. (śmiech)
„
W czasie kiedy zdiagnozowano u mnie nowotwór mówienie o tym to była wstydliwa sprawa, ale ja sobie uświadomiłam wtedy właśnie, że jedyną drogą, żeby ludzi ratować jest mówić o tym oficjalnie, jasno.
”
A te trudne momenty, które przyszły? Wypadek samochodowy...
Tak, z Lusią Jakubczak...
Która wtedy zginęła...
Tak. To było przeżycie traumatyczne. To się stało tak szybko, że ja nie wiedziałam właściwie co się stało...Mżyło, było ślisko. Jechałam z Lusią i jej mężem, ja z tyłu. Naprzeciwko nas jechała ciężarówka, która nie zgasiła długich świateł.
Oślepiła was?
Wszystko się zachwiało, polecieliśmy takim ukosem na drugą stronę jezdni i uderzyliśmy w drzewo. Kiedy się ocknęłam biegłam za Jurkiem, on wołał Lusię...ale jak doszliśmy do Lusi to okazało się, że...tylko strużka krwi leciała...a ona była....jej głowa była na zewnątrz...nie wiem, czy ta szyba pękła, rozbiła...ona była przytrzaśnięta drzewem...
Druga trauma przyszła z Pani chorobą. Czy Pani się przestraszyła, gdy nagle usłyszała wyrok: rak, nowotwór?
Przeraziłam się, i to bardzo. To było jedenaście lat temu i wtedy jeszcze nowotwór znaczyło – śmierć. Zrobili mi biopsję, okazało się, że tak, to jest nowotwór, ale bardzo lekki, nieważne. Ale moja pani doktor zrobiła pierwszą operację i się okazało, że to jest nowotwór bardzo nieprzyjemny.
Złośliwy?
Tak. Ale zrobiła tę operację oszczędzającą w taki sposób, że nic się nie przedostało. To była pierwsza faza, był malutki.
To nie były czasy, kiedy mówiło się powszechnie:” mam nowotwór, mam depresję.” To była chyba wtedy wstydliwa sprawa, choroba.
Tak, to była wstydliwa sprawa, ale ja sobie uświadomiłam wtedy właśnie, że jedyną drogą, żeby ludzi ratować jest mówić o tym oficjalnie, jasno.
W pewnym momencie doczekała się Pani ogromnej ilości fanów. Czy to byli tacy fani, jak dzisiaj? Krzyczący, płaczący, tacy, którzy za Panią chodzą, wyznają miłość, składają oferty matrymonialne?
Trochę tak było, tylko różnica polegała na tym, że wtedy do mnie pisano o tym. Mam sterty listów, sterty...
Czytała je Pani wszystkie?
Mam pochowane, na wieczną rzeczy pamiątkę, ale do nich nie wracam i nie czytam ich.
Gdzieś przeczytałam, że znajdowali się bardzo dziwni fani, na przykład żołnierz, który chciał Pani oddawać pół swojego żołdu...
I oddawał! Przez rok!
I Pani to brała? Dostawała to Pani pocztą, przekazem pocztowym?
On uparcie przesyłał mi 50 złotych. Potem, kiedy mu napisałam, że mam męża i to mąż ma się obowiązek mną jakoś zaopiekować w razie czego, to on mi zaczął przysyłać 100 złotych! Ale myślę, że potem już skończył służbę wojskową, bo to się urwało. (śmiech)
A ten chłop z kieleckiego, który przyjechał zaproponować uczciwą pracę w przeciwieństwie do tego, co Pani robi i chciał się z Panią ożenić?
Tak. Bardzo się grzecznie przywitał i powiedział, że przyjechał z kieleckiego i gościniec mi przywiózł. Otworzył walizkę, w której było...
...pęto kiełbasy?
Ale jakie pęto! Jakieś pieczyste, różne rzeczy, pełna, wielka walizka gościńca. Przedtem, zanim mu jeszcze powiedziałam, że mam męża, powiedział: ” Wie pani, pani ładnie śpiewa, ja panią oglądam w telewizji, ale czas już byłoby się zająć jakąś przyzwoitą pracą”. Kiedy mu powiedziałam, że mam męża, był bardzo niezadowolony. Już nawet nie wiem, czy walizkę zabrał, czy zostawił, tego już nie pamiętam.
Były jakieś trudne sytuacje, poza tymi zabawnymi?
Miałam taki przypadek, kiedy jakiś pan postanowił się mnie pozbyć z tego świata. Miałam taką kratę, która odgradzała mieszkanie od głównego holu. I przychodził do mnie pod tę kratę jakiś człowiek, ewidentnie chory umysłowo, w piżamie jakiejś szpitalnej i tańczył. „Proszę pani, ja panią tak kocham. Jak panią widzę to jest szał, szał!” Powiedziałam mu, że dobrze, ale niech już idzie do domu i on odchodził grzecznie. I przychodził też, w tym samym czasie człowiek, młody, który mówił, że właśnie przyjechał i chciałby ze mną porozmawiać. Potem zaczęłam dostawać listy – od jednego i od drugiego. W jednych pisał, że „szał, szał, kocham”, a w drugich, że i tak mnie dopadnie. Ja już w pewnym momencie poszłam na policję i mówię :”Proszę państwa, ja nie wiem. Jeden jest chyba chory, ale czy to jest ten sam? Nie wiadomo”. I cóż się okazuje? O tym samym imieniu i nazwisku, w tej samej miejscowości, mieszka dwóch kuzynów, obaj chorzy umysłowo.
To była taka kariera, która często powoduje u niektórych zawrót głowy i wodę sodową. Pani to nie spotkało? Czy spotykały Panią zawroty głowy?
Nie. Ja się od tego uchroniłam, na szczęście. Dlatego, że zawód, to jest jedna rzecz. Obok zawodu istnieje moje życie prywatne - i to jest druga sprawa. Jeżeli życie prywatne zdominuje zawód, to wtedy ten zawód jest marny, a jeżeli zawód zdominuje życie prywatne, to wtedy jest jeszcze gorzej.
„
Jeżeli czegoś żałuję, to tego, że tak mało się nauczyłam. Muzyka to otchłań i ten zawód estradowy to też jest otchłań.
”
Umiała to Pani pogodzić?
Uczyłam się tego całe lata. Tu się z czegoś zwierzę. Moim mężem był skrzypek, Stanisław Santor. Bardzo dobry skrzypek. Pamiętam, kiedyś – to było na początku mojej pracy estradowej – o czymś rozmawialiśmy, ja mówię: ”Mój zawód, w moim zawodzie, w tym zawodzie”, a on na to:” Chciałaś powiedzieć- zajęcie. Mów dalej, kochanie”.
Czyli Panią dyscyplinował?
Tak, tak, uświadamiał mi, że „wedle stawu grobla”.
O Pani prywatnym życiu niewiele wiadomo, nie mówi Pani wiele. Mówi Pani o swoim ostatnim związku, długoletnim. I mówi Pani, że to związek partnerski. Co to znaczy?
My nie jesteśmy małżeństwem. Rzeczywiście jesteśmy w życiu partnerami i mnie się to bardzo podoba. Ja to bardzo cenię. Bardzo dużo dobrego doznałam od Zbyszka w czasie choroby. Taki moment, kiedy człowiek stoi gdzieś na krańcu, to jest dobry sprawdzian. Dobry sprawdzian, kogo się ma przy sobie.
Po wielu latach na estradzie w pewnym momencie zdecydowała się Pani pożegnać, ale ze znakiem zapytania. Bo to było nie do końca pożegnanie, Pani wróciła.
Tak. Estrada to był specyficzny kawałek chleba. Żeby zapracować sobie na bułkę z masłem – ja nie mówię o tym, żeby mieć luksusy...
Nie miała Pani żadnych luksusowych mercedesów?
Myśmy mieli ustalone stawki przez ministra kultury, który nam powiedział, że „odtąd – dotąd” i do widzenia, i dalej nie. Przez wiele lat takiej pracy ja się zwyczajnie zmęczyłam. I to był powód, dla którego się chciałam pożegnać, i pożegnałam z estradą.
Parafrazując słowa pieśni Edith Piaf – niczego Pani nie żałuje?
Nie, nie żałuję. Jeżeli czegoś, to tego, że tak mało się nauczyłam. Muzyka to otchłań i ten zawód estradowy to też jest otchłań. Moje życie zawodowe do tej pory jest fascynujące, wymagające, takie – nie wybaczające błędów, ale nigdy nie zamieniłabym tego zawodu na inny.
Ale Pani mówi: moje życie to zawód? Moje śpiewanie to moje życie?
Choć bardzo oddzielam życia zawodowe od mojego życia prywatnego, ale – śpiew to moje życie.