Wiadomość została wysłana.
Po dramatycznych wydarzeniach związanych ze sprawą zaginięcia i śmierci sześciomiesięcznej Madzi, przez media przetacza się teraz fala dyskusji na temat postawy Krzysztofa Rutkowskiego w wyjaśnianiu tej zagadki. Słychać pytanie, czy ten człowiek (nadal w wielu publikacjach nazywany detektywem, mimo cofnięcia licencji) nie przekroczył granicy przyzwoitości pokazując na konferencji prasowej film z „przesłuchania” matki Madzi? Czy obowiązku szukania prawdy, nie przesłoniła mu w rzeczywistości chęć wylansowania się na bazie dramatu bliskich Madzi?
Moim zdaniem oba te pytania są retoryczne. Ostatni show z udziałem Krzysztofa Rutkowskiego, nie różnił się niczym od tych, do jakich przyzwyczaił nas przez ostatnie lata. Scenariusz zawsze jest taki sam. On, ostatni sprawiedliwy, obok zrozpaczona rodzina, w tle zamaskowani i groźni pracownicy firmy. To wszystko okraszone koktajlem gróźb pod adresem potencjalnego sprawcy/sprawców, ewentualnym daniem mu szansy na poddanie się i zapewnienie, że sprawa zostanie wyjaśniona. W końcu w blasku fleszy pozostają nie prawdziwi bohaterowie dramatu, ale on sam. Ludzie kupują tę jego butę, pewność siebie. Bo przecież, w ich mniemaniu, zrobił coś, z czym policja czy prokuratura nie mogły sobie poradzić, bo były zbyt powolne. Nikt, bowiem nie patrzy na to, że nawet najbardziej nieudolną jednostkę policji obowiązują procedury i przepisy. Czyli to coś, czym osoby prywatne nie muszą sobie zawracać głowy.
Uważam, że to, co za sprawą działań Rutkowskiego zrobiono z Katarzyną W. było potworne. Abstrahując od tego, co ta kobieta zrobiła, to jednak pokazano ją w momencie, w którym nie mogła mieć nawet świadomości tego, co robi. Najważniejsze stacje telewizyjne pokazały ten koszmarny film, dając się wciągnąć w grę Rutkowskiego. I dopiero wtedy pojawiły się pytania o jego intencje. Zaczęto się zastawiać czy miał prawo działać tak, a nie inaczej i czy można go nazywać detektywem, skoro cofnięto mu koncesję. Szkoda, że znając wcześniejsze działania i wystąpienia Rutkowskiego, ktoś nie zadał sobie ważnych pytań już w chwili, gdy na scenie pojawił się eksdetektyw.
Nie dziwię się Rutkowskiemu, że postępuje tak jak postępuje. Wszak nic tak nie pomaga biznesowi, jak szum medialny. On sam w jednym z wywiadów po zatrzymaniu matki Madzi, powiedział „ja odniosłem sukces i ja to wiem. Ja się świetnie czuję. Bohaterem jesteś dotąd, dopóki się nim sam czujesz”. I wierzę, że on się czuje bohaterem, bo taki wizerunek można zobaczyć w mediach. Mam tylko nadzieję, że sprawa małej Madzi otworzy oczy ludziom, także dziennikarzom. A może przede wszystkim tym ostatnim, bo to właśnie my dziennikarze, w tym i piszący te słowa, byliśmy akuszerami sukcesu Rutkowskiego. Pamiętam jak w latach 90., razem z innymi reporterami policyjnymi zachwycaliśmy się skutecznością człowieka, który rozstawiał po kątach policjantów i punktował ich nieudolność. Z biegiem lat, i poznawaniem kuchni działań Rutkowskiego, fascynacja zmieniała się w przerażenie. I strach przed działaniem na granicy prawa, a często nawet naginaniem go do własnych celów. Przed robieniem szumu medialnego, z którego wynikało niewiele konkretów.
Nie mam wątpliwości, że sprawa Madzi winna się skończyć merytoryczną dyskusją na temat zakresu działania prywatnych detektywów i doprowadzić do załatania dziur w systemie, pozwalających zajmować się tą dziedziną ludziom bez wymaganych koncesji. Boję się jednak, że sprawa skończy się jak zawsze. Będą głosy sprzeciwu. Głos zabierze kilku ważnych polityków. A w końcu przycichnie i za jakiś czas znowu będziemy wyrażać swoje oburzenie na działanie jakiegoś „detektywa”.
Rafał Pasztelański, dziennikarz kryminalny tvp.info