W sferze artystycznej senator Piesiewicz ma pewnie jeszcze sporo do powiedzenia, w polityce - już nie.
Mechanizmy public relations w przypadku senatora zadziałały podręcznikowo. Pierwsze etapy są zawsze dramatyczne, bo media brukowe uwielbiają osaczyć ofiarę, która jest łatwa do zdobycia i której są pewni, że nie będzie się przed atakiem wzbraniała.
Mediów w tej całej sprawie było jednak zdecydowanie za dużo.
Tabloidy – często fałszywie – działają według zasad moralnych, uznawanych przez społeczeństwo za prawe. Nagłaśniając sprawę Piesiewicza, znalazły świetny temat, który kupi lud. Ważna jest tutaj personifikacja – mamy oto osobę, która jest winna. Z imienia i z nazwiska. A człowiek o łagodnym obejściu, tak jak Piesiewicz, jest świetnym celem tabloidów.
Moment, w którym senator Piesiewicz był szantażowany, był - z jego punktu widzenia - dużo lepszy do ujawnienie całej prawdy.
Byłoby lepiej, gdyby – w momencie uświadomienia sobie możliwości wycieku kompromitujących nagrań – przyznał się do wszystkiego ze swojej własnej, nieprzymuszonej woli (choć niestety, tak czy siak stałby się łatwą zdobyczą, celem ataku wściekłych i wścibskich pism brukowych). Niestety senator tego nie zrobił. Dziś w sferze artystycznej ma pewnie jeszcze sporo do powiedzenia, ale w polityce raczej nie ma już dla niego miejsca.
Wojciech Jabłoński, politolog, pracownik Instytutu Dziennikarstwa WDiNP Uniwersytetu Warszawskiego