Prezenter Serwisu informacyjnego TVP Info
Występował na scenie, jest magistrem prawa, zdarzyło mu się odbierać poród. Ale jego pasja to szklany ekran. – Podobno istnieje życie poza telewizją, ale ja w to nie wierzę – mówi.
Jako młody chłopak marzył o karierze aktorskiej. – Byłem wtedy romantykiem. Czytałem wiersze, bawiłem się w teatr, należałem do lokalnych grup teatralnych. Bawiło mnie to. Trochę tak, jak dziś telewizja. Występowanie na scenie i praca przed kamerą mają ze sobą wiele wspólnego. Podobny żywioł – przyznaje.
Dziennikarz na oriencieWystępował w polskim teatrze we Lwowie, wyjeżdżał za granicę, brał udział w przeglądach, festiwalach teatralnych i konkursach recytatorskich. Kiedy przyszedł czas wyboru zawodu, nie zdecydował się jednak zdawać do szkoły teatralnej. – Ze względu na babcię i mamę, które uważały, że aktorstwo to zawód, z którego trudno jest wyżyć, a które można traktować tak jak do tej pory, czyli jako hobby.
Za ich namową trafił na prawo. – …I tak zostałem „dupą”, czyli „dyplomowanym urzędnikiem państwowej administracji. Już w trakcie studiów wiedziałem, że nigdy nie będę pracował w zawodzie. Skończyłem je tylko ze względu na mamę, by miała poczucie, że spełniło się jej marzenie i syn został magistrem, i żeby przy okazji świąt i innych uroczystości nie musiała składać życzeń w stylu: „obroń się wreszcie”. Jako ambitny student po czterech latach od absolutorium „wreszcie się obroniłem”. Ale dziś myślę, że wcześniej czy później musiałem trafić do telewizji – mówi i dodaje, że wdzięczny jest ludziom, którzy dali mu szansę, a o których, mimo zmiennych kolei losu w telewizji, wciąż pamięta: – Janusz, Krzysiek, Rafał, Sławek…
Zaczynał w przemyskim radiu, potem w telewizji kablowej. Ponieważ w Przemyślu, skąd pochodzi, nie było regionalnego ośrodka Telewizji Polskiej, szybko przeniósł się do Warszawy. Pół życia spędzał wtedy w pociągach relacji Warszawa-Przemyśl (i to jeżdżąc na skróty przez Katowice).
Był prezenterem przeglądu prasy, prowadził programy muzyczne, poranne, młodzieżowe, rolnicze. Zaliczał kolejne castingi. Podkreśla, że nigdy nie znalazłby się w tym miejscu swojego życia, gdyby nie jego żona, która całkowicie poświeciła się rodzinie – dzieciom i jemu. Nigdy nie zwątpiła, że zrobi karierę, i to ona namawiała go do dalszej „walki” i realizacji marzeń. – To ona była i jest moją siłą sprawczą i motorem napędowym. Jestem jej za to… za wszystko wdzięczny – podkreśla prezenter.
W jego domu zawsze jest włączony przynajmniej jeden telewizor. – Lubię być „na oriencie” – podkreśla. – Moja trzyletnia córka czasem mi przypomina, żebym sobie włączył TVP Info. Nawet żona, która nigdy nie była fanką informacji, skacze pilotem po kanałach informacyjnych. Szuka, podpatruje, doradza. I to jest fajne.
MatriarchatW domu Klarenbacha panuje matriarchat. Kiedy na świat miała przyjść pierwsza córka, ustalili, że żona wybiera imię dla dziewczynki, a Adrian dla chłopca. Lucyna zapytała więc męża, jak zamierza nazwać syna. – „Kacper Flawiusz” – odpowiedział ze stoickim spokojem. Podobno Lucyna zaczęła się wtedy modlić, żeby urodziła się dziewczynka. – I wymodliła całą serię! – śmieje się Klarenbach. Dziś jest ojcem czterech córek: Sary, Dominiki, Julki, Natalki.
Kiedy przychodziła na świat pierwsza córka, uciekł sprzed szpitala. Za trzecim razem odebrał poród własnoręcznie, bo w karetce lekarz siedział z przodu obok kierowcy i zanim dojechali do szpitala, córka pojawiła się na świecie. Druga i czwarta przyszły na świat już w mniej dramatycznych okolicznościach. – Jakby tego było mało, wszystkie zwierzęta, włącznie z kotami i psami, są płci żeńskiej. To był prawdziwy babiniec! – śmieje się, podkreślając słowo „był”. Bo niedawno w domowej wojnie płci przybył mu sojusznik – najmłodsze dziecko Michał Adrian.
W ciągu 12 lat małżeństwa przeżyli kilka kryzysów. – Ze wszystkich wyszliśmy obronną ręką. Bywa, że naprawdę ostro się kłócimy – przyznaje Klarenbach. – Moja małżonka jest niezwykle silną kobietą, może nawet czasem zbyt silną. Bywa złośliwa. Kiedy się kłócimy i ja wygłaszam swoją partię, ona mówi nagle: „Bo ci zaraz prompter wyłączę!”. To mnie natychmiast rozbraja, zaczynam się śmiać. Złość mija – mówi.
Warszawiak z PrzemyślaChoć od lat mieszka w Warszawie, czuje się stuprocentowym człowiekiem Wschodu. Wspomina, że gdy początkowo wysiadał na stołecznym Dworcu Centralnym, nie wiedział dokąd iść. Choć nie ma tremy przed kamerą, popularność go peszy. – Nie jestem Dodą, ale ludzie mnie rozpoznają. Podkreśla, że czuje się wtedy nieco zażenowany, bo nie czuje się gwiazdą. – Raczej rzemieślnikiem. Gwiazdy dziś są, a jutro ich nie ma. A ja lubię mieć poczucie stabilności. Chcę robić dalej to, co robię, i się wciąż rozwijać, chcę też móc dalej w sobotnie poranki, nieogolony i w dresie, chodzić do sklepu po bułki. Bawi mnie, gdy sprzedawcy pytają mnie wtedy: „a gdzie pana krawat?” – mówi dziennikarz.
Największe osiągnięcie zawodowe? – Proszę napisać: „to dopiero przed nim” – mówi. – A do dziś? Praca w TVP Info – dodaje. I sytuacje, w których po raz kolejny sprawdza się jako prowadzący: kiedy nie ma scenariusza, nie ma promptera, nie ma „białych” (żargonowa nazwa tekstu czytanego przez prowadzącego) i trzeba „szyć” z głowy. Potrafi tak nawet i pięć godzin. Nawet kiedy jest na wakacjach, nie może się powstrzymać, by nie włączyć telewizora. – Podobno istnieje życie poza telewizją, ale ja w to nie wierzę – mówi. A jakby się nagle zepsuł odbiornik? – Mam jeszcze dwa. Któryś zadziała.