Strona główna » Magazyn » Po godzinach
Kariera kontrowersyjnego detektywa

Rutkowski show

Autor: Rafał Pasztelański
  • A
  • A
  • A
14:45
07.02.2012
Krzysztof Rutkowski kreuje się na połączenie Jamesa Bonda, porucznika Borewicza i Brudnego Harrego. Tyle tylko, że brakuje mu uroku superagenta, dowcipu asa peerelowskiej milicji i skuteczności amerykańskiego mściciela. Pewne jednak jest, że potrafi sprzedawać swój wizerunek lepiej niż ci wszyscy fikcyjni bohaterowie razem wzięci. Na dodatek od półtora roku działa bez licencji i gra na nosie policjantom oraz prokuratorom. Sprawa małej Madzi z Sosnowca to jego kolejny wielki comeback. Czy tym razem ostatni?
1
Krzysztof Rutkowski pozuje na ostatniego sprawiedliwego(fot.www.detektywrutkowski.pl)
Rutkowski w Iraku szuka broni chemicznej, Rutkowski ratuje kolejne dziecko, Rutkowski ujawnia korupcję… Tytuły prasowe przez lata ukazujące się w mediach zapierały dech w piersiach. To prawda, że część akcji detektywa można uznać za sukces, choć zostały przeprowadzone niekoniecznie w pełni zgodnie z prawem, ale część to zwykłe niewypały. I do tego ten pielęgnowany wizerunek twardziela: ciemne okulary, zmierzwiona grzywka i nonszalancko żuta guma… Jedno jest pewne. Rutkowski wzbudza skrajne emocje. – Superglina – mówią jedni. – Oszust i pozer – odbijają piłeczkę przeciwnicy. Kim jest człowiek, o którym ostatnio znów mówi cała Polska?

Od zera do bohatera

Najbardziej znany polski detektyw urodził się w Sochaczewie, gdzie skończył Technikum Rolnicze. Jego ojciec był komendantem w sochaczewskiej milicji. Sam Rutkowski twierdził, że wychował się w komendzie „w otoczeniu prawdziwych gliniarzy” On też postanowił więc zostać „ostatnim sprawiedliwym”.

W latach 80. trafił do ZOMO, osławionej formacji milicji, przeznaczonej do tłumienia antyrządowych zamieszek. Jednak sam nie zajmował się pałowaniem, ale był kierowcą. „Mieliśmy gdzieś politykę, ale kumple, gorzała i dziwki były na porządku dziennym. Trochę mi to weszło w krew, ale nie wyszło” – mówił o tamtym czasie Rutkowski w jednym z wywiadów.

Kolejny szczebel w zawodowej karierze to komisariat na warszawskim Ursynowie. Bez sukcesów. Rutkowski twierdzi jednak, że był po prostu na owe czasy zbyt skuteczny. Jego przeciwnicy sugerują z kolei, że balansował na granicy prawa, co skończyło się decyzją o nieprzydatności do służby. Przyszły detektyw wyjechał więc do Austrii, gdzie poznał swoją pierwszą żonę Annę. Razem zajęli się poszukiwaniem i odzyskiwaniem kradzionych samochodów. Na przełomie lat 80 i 90. to była żyła złota. Samochody znikały w całej Europie Zachodniej i trafiały głównie za sypiącą się żelazną kurtynę.

Gdy w Polsce skończył się komunizm, plaga kradzieży dotarła i do nas. Rutkowski, który miał nosa do interesów, szybko postarał się o licencję prywatnego detektywa i otworzył biuro w Łodzi specjalizujące się w odzyskiwaniu kradzionych aut.

Współpracował wtedy z największymi zachodnimi firmami ubezpieczeniowymi, głównie z Niemiec i Austrii. Tam, bowiem działało gros polskich złodziei samochodów. Co ważne, w tamtym czasie policja nie miała szczególnych sukcesów w tym zakresie.

W połowie lat 90. Rutkowski zrozumiał, że nie rozwinie działalności bez pomocy mediów. Doskonale wyczuwał, co dziennikarze chcą usłyszeć i zobaczyć. – Ujmował dziennikarzy, zwłaszcza młodych, których pełno było w mediach tym, że od razu przechodził na ty. Do tego to zdecydowanie i twarde działanie!. Pamiętam jak jechaliśmy z nim do dziupli z kradzionymi samochodami. Wydawał polecenia przez telefon. Szybkie, konkretne rozkazy. Prawdziwym fachman. Jak skończyła się bateria w telefonie, wyrzucił ją przez okno i włożył nową. Taki szeryf. Wszyscy to kupowali. Potem się okazało, że to był taki medialny show. Więcej pozy niż treści – mówi Piotr Krysiak, dziennikarz kryminalny, który zajmował się sprawami Krzysztofa Rutkowskiego.

3
Mec. Henryk Dzido z Samoobrony (z lewej) i były poseł tej partii Krzysztof Rutkowski składają sobie życzenia podczas opłatkowego spotkania parlamentarzystów, zorganizowanego w Sejmie. (fot.PAP/Tomasz Gzell)
Pod koniec lat 90. odzyskiwanie kradzionych samochodów przestało już być w Polsce dochodowym interesem. Rutkowski oferował więc już nie tylko poszukiwanie aut, ale także sprawdzanie potencjalnym klientom czy pojazd, który chcą zakupić nie pochodzi z kradzieży. Założył nawet własną bazę takich pojazdów. Za pośrednictwem jego firmy można było ustalić wpisy nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Jednak kilkakrotnie detektywowi powinęła się noga i okazało się, że klient kupował auto mając informację, że jest „czyste”. Po jakimś czasie policjanci zajmowali samochód jako kradziony.

Rutkowski postanowił zabrać się za poważniejsze sprawy. To było już nie tylko szukanie dziupli, czy złodziejskich warsztatów. To były prawdziwe sprawy kryminalne. Rutkowski, który w mediach uchodził za prawdziwego szeryfa dopasował do tego obrazu swój wizerunek. Skórzana kurtka, dżinsy i nieodłączny pistolet. Do tego czarne okulary. Prawdziwy twardziel.

Szeryf zostaje politykiem

W 2001 r. Rutkowski jest już najbardziej rozpoznawalnym polskim detektywem. Bryluje w mediach. Najwyraźniej potrzebuje jednak jeszcze więcej zainteresowania, bo zapisuje się do Samoobrony. Jak sam przyznaje nie interesują go inni politycy poza Andrzejem Lepperem. W wyborach w 2001 r. uzyskał 13 946 głosów i zdobył mandat posła na Sejm IV kadencji. W Łodzi osiągnął drugi, po Leszku Milerze wynik. Bez ani jednego plakatu wyborczego czy chociażby ulotki... Zakłada słynny biało-czerwony krawat i bryluje na sejmowych korytarzach.

Romans z Samoobroną trwa jednak bardzo krótko. Już 12 grudnia 2001 Rutkowski wystąpił z klubu parlamentarnego i partii. Pretekstem było wystąpienie Leppera z sejmowej mównicy, w czasie którego oskarżył o korupcję najważniejsze osoby w państwie. Detektyw trafił potem do kilku niszowych kół poselskich. Został też członkiem komisji sejmowych, które odpowiadały jego zainteresowaniom: komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz komisji Kultury i Środków Przekazu . Jednak jego zagorzali przeciwnicy podkreślają, że jako posła najbardziej interesował go immunitet oraz możliwość używania paszportu dyplomatycznego.

Rutkowski systematycznie rozwijał swoją działalność detektywistyczną. Niewątpliwie pomógł mu w tym też serial o nim nadawany w TVN. Każdy odcinek pokazywał go przy rozwiązywaniu kolejnych spraw. Do historii przeszły jego filmowe powiedzonka kierowane do bandytów: „Wiesz k… z kim tańczysz!” I oczywiście tak dobrze wyglądające „glebowanie” zatrzymywanych.

Wizerunek detektywa budził coraz większy podziw. Tymczasem zaczęły pojawiać się głosy, że Rutkowski nagina zasady tzw. obywatelskiego zatrzymania i stosuje metody dozwolone tylko dla policji. Ale to nie przeszkodziło detektywowi w dalszym robieniu kariery.

W poszukiwaniu sławy

We wrześniu 2002 r. oburzenie wywołała akcja detektywa w czeskim Cieszynie. Razem ze swoimi ludźmi włamał się do hotelowego pokoju i zatrzymał mężczyznę podejrzanego o zabójstwo notariuszki z Oświęcimia. Nielegalnie wywiózł go do Polski, zasłaniając się paszportem dyplomatycznym. Po tej akcji zaprotestował czeski MSZ, a komisja etyki poselskiej ukarała Rutkowskiego. Na dobre podpadł też wtedy policji, która zaczęła sprawdzać jego działania. Ten znalazł jednak sposób na ułagodzenie stróżów prawa. W październiku 2002 r. pomógł zatrzymać w Budapeszcie szefa zbrojnego ramienia łódzkiej „ośmiornicy” - Krzysztofa J. ps. Jędrzej. Policja podziękowała detektywowi, a ten znowu błyszczał

2
Detektyw w czasie irackiej misji (fot. www.detektywrutkowski.pl)
Gwiazda Rutkowskiego zaczęła jednak przygasać. Jego akcje już tak nie zachwycały. Nastąpił po prostu pewien przesyt. Rutkowski zaczął więc imać się dość desperackich środków. W 2003 r. ogłosił, że jedzie do Iraku szukać broni chemicznej i biologicznej Saddama Husajna. Media obiegły fotografie detektywa z jakimiś przestarzałymi rakietami. Rok później w świetle kamer ogłosił, że jedzie do Iraku uwolnić uprowadzoną przez partyzantów Polkę, Teresę Borcz. Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu. Podobnie jak z wyprawy do USA w poszukiwaniu snajpera terroryzującego okolice Waszyngtonu.

W 2004 r. detektyw po raz kolejny urządził międzynarodowy spektakl. W Sztokholmie wpadł do jednego z mieszkań i obezwładnił kilku mężczyzn, których wskazał jako szantażystów polskiego biznesmena. Interweniowała lokalna policja, która zatrzymała detektywa i jego ludzi. Znów pomógł mu paszport dyplomatyczny.

Rutkowski nadal dokonywał jednak także spektakularnych zatrzymań. Ujął świadka koronnego, który za pieniądze oferował wycofanie zeznań pogrążających znajomych. Dopadł szantażystów jednego z księży. Święcił triumfy „odbijając” dzieci wywiezione przez skonfliktowanych rodziców. Nadal zdarzało mu się błyszczeć w mediach, ale to już nie było to samo…

Upadek

Na dobre passę Rutkowskiego przerwała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W nocy z 22 na 23 lipca 2006 został zatrzymany. Katowicka prokuratura postawiła mu zarzuty dotyczące jego współpracy z Henrykiem M., uznawanym za jednego z „baronów paliwowych”. Detektyw miał m.in. brać udział w praniu pieniędzy, polecając swoim pracownikom, aby wystawili faktury na 2,5 mln zł za fikcyjne usługi na rzecz spółki Henryka M.
Rutkowski miał także powoływać się na wpływy w instytucjach państwowych, obiecując Henrykowi M. załatwienie wyjścia z aresztu. Tymczasem za kraty trafił sam Rutkowski. W areszcie spędził 10 miesięcy. W 2007 r. do sądu trafił akt oskarżenia w tej sprawie. Proces wciąż się nie zakończył.

To nie był koniec kłopotów Rutkowskiego. W maju 2010 r. Prokuratura Okręgowa w Katowicach oskarżyła go m.in. o to, że w latach 2004-2006 prowadził swoją działalność bez uzyskania wpisu do rejestru działalności detektywistycznej, przyjmując w tym czasie 269 zleceń.

Detektyw jest także oskarżony o to, że w 2005 r. w Bytomiu kazał swoim ludziom bezprawnie zatrzymać trzy osoby. Dwie z nich były przestępcami, trzecia została schwytana omyłkowo. Rutkowskiego obciąża także akcja w z 2005 r. w Książenicach koło Rybnika. Pracownicy detektywa weszli do szkoły i z sali lekcyjnej na oczach przerażonych uczniów zabrali siedmioletniego chłopca na polecenie jego matki, której sąd przyznał prawo do opieki.

Także w maju 2010 r. Krzysztof Rutkowski stanął przed sądem oskarżony o składanie fałszywych zeznań podczas procesu historyka Jacka Bochińskiego, niesłusznie pomówionego o udział w napadzie. Bochiński, jak twierdzi, padł ofiarą działań Krzysztofa Rutkowskiego. Muzealnik spędził rok w areszcie, ponieważ w 2000 r., detektyw wskazał go policji jako sprawcę napadu na małżeństwo K. Notatkę na ten temat podesłał współpracującym z nim funkcjonariuszom. Na podstawie ich zeznań zatrzymano i aresztowano młodego historyka. Policjanci nie zweryfikowali informacji od Rutkowskiego, a ich praca została określona przez sąd badający sprawę jako „skandaliczna” . Po blisko trzyletnim procesie historyk został uniewinniony. Okazało się za to, że małżeństwo K. oraz Rutkowski składali fałszywe zeznania w czasie śledztwa oraz przed sądem. Rutkowski twierdzi, że jest niewinny i nie składał fałszywych zeznań ani przed sądem, ani wcześniej w prokuraturze.

Doprowadził do tego, że zostałem aresztowany i spędziłem prawie rok w więzieniu. On zawsze tak działa: szybko, aby efekt był jak najprędzej, bez patrzenia na to czy może komuś stać się krzywda. Jeżeli jakaś jego teoria nie pasuje do rzeczywistości to nagina rzeczywistość. I nie bierze za to, żadnej odpowiedzialności – mówi tvp.info Jacek Bochiński, historyk.

Kto pierwszy ten lepszy?

W sierpniu 2010 r. Krzysztof Rutkowski stracił licencję detektywa. Nie przeszkadza mu to jednak w dalszym działaniu. Po prostu, wykorzystując niedoskonałe prawo firmuje swoje działania jako Biuro Doradcze. A przed kilku laty na pytanie: czym się różni detektyw licencjonowany, czyli pan, od detektywa nielicencjonowanego, odpowiadał: „Tylko tym, że mając licencję można otworzyć swoje biuro detektywistyczne. Bez licencji jest to wykluczone. To tak jakby być taksówkarzem w nieoznaczonym samochodzie”– przekonywał Rutkowski.

Mówienie o panu Rutkowskim jako o detektywie oraz stawianie tego zastrzeżonego zawodowego tytułu przed jego nazwiskiem wprowadza w błąd opinię publiczną zaś show medialny, którego jesteśmy świadkami, fałszuje prawdziwe oblicze pracy osób posiadających licencję detektywa oraz prowadzących usługi w tym zakresie – mówi tvp.info Ryszard Bednik, rzecznik Polskiego Stowarzyszenia Licencjonowanych Detektywów.

Rutkowski wypłynął ponownie w mediach, przy sprawie tajemniczego zaginięcia Iwony Wieczorek, młodej dziewczyny z Trójmiasta. Znowu błyszczał w świetle reflektorów. Do tego stopnia, że po paru miesiącach prokuratura wydała mu zakaz wypowiadania się w tej sprawie.

W styczniu br. pojawił się przy sprawie zniknięcia półrocznej Madzi. I tu znowu opinie są skrajne. W społecznym odbiorze jawił się jako człowiek, dzięki któremu doszło do przełomu w sprawie. Sondaże wykazały, że społeczeństwo jest po stronie eks -detektywa. Jednak wielu ekspertów komentowało jego działania jako skandaliczne i łamiące standardy. Po konferencji prasowej w czasie, której ujawnił wstrząsający film z udziałem matki Madzi, opowiadającej jak doszło do tragedii, Rutkowski mówił: „Odniosłem sukces. Ja się świetnie czuję. Bohaterem jesteś dotąd, gdy sam się nim czujesz”. Wdał się tez w ostry konflikt z policją. Nie powinno to dziwić, bo sam kiedyś przyznał, że ściga się ze stróżami prawa o występy przed kamerą. – Policja chce ewentualny sukces wziąć na swoje barki, a ja sukcesu tak chętnie nie oddaję. Chodzi o to, kto będzie pierwszy i przy kim będą kamery. Im też na tym zależy. Policja również nauczyła się dobrze sprzedawać – mówił przed laty. I jak widać dalej przestrzega swej dewizy.

Na forum

Nawołując do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie możemy na dobre...
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: