Administracja USA i politycy amerykańscy oceniają jako wielki sukces demokracji niedzielne wybory parlamentarne w Iraku. Komentatorzy i eksperci przestrzegają jednak przed przedwczesnym optymizmem, przewidując okres destabilizacji w najbliższym czasie. Obawy wzbudzają ataki sunnickich islamistów, w których do tej pory zginęło 38 osób.
–
Wybory nie były najważniejsze. Można je oczywiście uznać za sukces, gdyż przemoc nie powstrzymała ostatecznie ludzi przed głosowaniem. Jednak kluczową sprawą jest to, co stanie się po wyborach. Czy Irakijczycy utworzą rząd, który będzie miał poparcie społeczeństwa, jak długo będzie trwało tworzenie rządu i czy różne frakcje znowu nie odwołają się do przemocy – powiedział były wysoki urzędnik Pentagonu Lawrence Korb, związany z Center for American Progress.
Dowódca sił amerykańskich w Iraku generał Ray Odierno pochwalił w poniedziałek zachowanie wojsk irackich w czasie wyborów i powiedział, że USA będą realizowały plan wycofania wojsk zgodnie z harmonogramem.
–
Postępujemy zgodnie z planem. Irackie siły bezpieczeństwa będą mogły planowo przejmować coraz więcej kontroli w kraju - oświadczył generał w porannym programie telewizji ABC „Good Morning America”.
–
Frekwencja wyniosła 62,4 proc. - poinformował przedstawiciel Wysokiej Komisji Wyborczej (IHEC) Hamdija al-Husseini na konferencji prasowej w Bagdadzie.
Prezydent Barack Obama, inni członkowie najwyższych władz USA i politycy w Kongresie zgodnie oceniają wybory jako sukces.
–
Mam wielki szacunek dla milionów Irakijczyków, którzy nie dali się zastraszyć aktom przemocy. Ich udział w wyborach świadczy, że naród iracki postanowił kształtować swoją polityczną przyszłość w procesie politycznym - powiedział Obama.
Komentatorzy podkreślają, że frekwencja wyborcza - ponad 60 procent - była stosunkowo wysoka, mimo zamachów terrorystycznych w czasie głosowania.
„Taka odpowiedź wyborców może sygnalizować zasadnicze osłabienie potencjału rebeliantów. Były to prawdopodobnie najbardziej otwarte i najbardziej konkurencyjne wybory w historii Iraku, obfitującej w dyktatury i wojny” - podkreśla poniedziałkowy „New York Times”.
Eksperci przestrzegają przed przedwczesnym optymizmem, przewidując obecnie burzliwy okres walki o władzę.
„Proces ten potrwa miesiące i możliwe jest, że spory polityczne wyleją się na ulice, a podziały etniczno-religijne się pogłębią. Irak wchodzi w okres, kiedy USA będą coraz mniej zdolne wpływać na przebieg wydarzeń w tym kraju” - pisze „Washington Post”.
–
Teraz wszystko zależy od Irakijczyków. Myśmy zrobili w Iraku wszystko, co mogliśmy zrobić, więc słusznie się stamtąd wycofujemy. Teraz Irakijczycy będą musieli sami rozwiązać takie problemy jak podział władzy między prowincje a rząd centralny i dystrybucja dochodów z ropy naftowej. Decyzje w tych sprawach nie zostały podjęte - powiedział Lawrence Korb.
Uprawnionych do głosowania w niedzielnych wyborach było 19 milionów Irakijczyków, którzy wybierali swoich przedstawicieli do 325-miejscowego parlamentu. W wyborach startowało 12 koalicji skupiających w sumie 74 partie. Za faworytów uznano szyicki blok obecnego premiera Nuriego al-Malikiego Państwo Prawa oraz ugrupowanie byłego premiera Ijada Alawiego - Irakija. Ten ostatni, choć też jest szyitą, jak Maliki, opowiada się za bardziej świeckimi rządami w Iraku, dzięki czemu cieszy się poparciem mniejszości sunnickiej.
Wstępne wyniki wyborów spodziewane są we wtorek lub środę.