Autokar wiozący dzieci, który roztrzaskał się o wiadukt w Świdnicy na Dolnym Śląsku był sprawny – wynika ze wstępnej opinii biegłego. W dalszym ciągu nie nie można jednak przesłuchać kierowcy ze względu na jego bardzo zły stan psychiczny.
– Mam na sumieniu tyle nieszczęść – powtarza mężczyzna, sprawca wypadku w którym zostało rannych trzydzieścioro dzieci i czworo dorosłych. Dziesięcioro dzieci, po opatrzeniu ran, zostało zwolnionych do domu, reszta leży w szpitalu. W ciężkim stanie jest jedno dziecko i troje opiekunów.
Trzydzieścioro dzieci zostało przewiezionych do szpitala ambulansami, najciężej rannych zabrały śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
– Dzieci, które nie wymagały hospitalizacji zostały opatrzone na miejscu. Natychmiast przylecialy trzy śmigłowce z Gliwic i Zielonej Góry – powiedział Dariusz Szymaniak ze straży pożarnej w Świdnicy.
Autokar przewoził 45 dzieci i troje opiekunów ze szkoły podstawowej w Bystrzycy Górnej do świdnickiego teatru. Wysoki pojazd nie zmieścił się pod wiaduktem. Do wypadku doszło w centrum Świdnicy. Początkowo policja podała, że autokar jechał z nadmierną prędkością, jednak zaprzecza temu prokuratura, która twierdzi, że pojazd jechał z prędkością około 50 kilometrów na godzinę.
– Z tego, co wiem, wiadukt był bardzo dobrze oznaczony, były tabliczki z informacjami, jakiej wysokości pojazd może tam wjechać – mówi Dariusz Szymaniak.
– Dach autokaru do szóstego rzędu siedzeń został kompletnie zerwany. Ze wstępnych ustaleń wynika, że dzieci, które siedziały na przedzie pokładu, ucierpiały najbardziej – dodaje.
Prowadzący pojazd 60-letni mężczyzna jest kierowcą od 18. roku życia. Na razie nie
wiadomo, dlaczego próbował wjechać pod wiadukt, pod którym nie mógł zmieścić się tak wysoki autokar.
– Zebrane do tej pory dowody dają jednak podstawę do przedstawienia kierowcy zarzutu nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym – mówi Marek Rusin z Prokuratury Rejonowej w Świdnicy.