Ta historia mogłaby się skończyć dramatycznie, gdyby nie spokojny głos jednego z dyspozytorów komendy w Białymstoku. Na telefon straży, zamiast na pogotowie, zadzwoniła spanikowana kobieta. Okazało się, że jej dziecko nie oddycha. Strażak krok po kroku, nie tracąc zimnej krwi, tłumaczył matce, jak ma prowadzić reanimację.
–
Dziecko umiera, przyślijcie pogotowie – usłyszał w słuchawce dyspozytor starszy ogniomistrz Krzysztof Zahorowski, kiedy odebrał telefon. Spanikowana matka powiedziała, że dziecko nie oddycha. Dalej rozmowa wyglądała tak:
Strażak: Udrożnić proszę drogi oddechowe, odchylić głowę do tyłu i wykonać oddechy.
Matka: Do góry, do tyłu!
Strażak: Wykonać oddechy! Spokojnie, już pogotowie jest
powiadamiane, proszę udrożnić drogi oddechowe, wykonać
wdechy i klatkę piersiową uciskać.
Matka: Klatkę ile razy uciskać?
Strażak: Proszę uciskać trzydzieści, trzydzieści razy i dwa wdechy.
Ojciec (wykonujący wdech): O Jezu... Raz, dwa, trzy, cztery....
–
Strażak bardzo spokojnym tonem opanował panikę,
doprowadził do tego, że mąż prowadząc zewnętrzny masaż
serca i sztuczne oddychanie uratował dziecko – powiedział „Wiadomościom” mł. bryg. Paweł Ostrowski z PSP w Białymstoku. Przez kilkanaście minut mówił rodzicom, co mają robić. Dziecko jeszcze przed przyjazdem karetki odzyskało przytomność.
A jaki był finał rozmowy?
Strażak: Oddycha, czy nie?
Matka: Oddycha?
Ojciec: Oddycha, no na razie…