– Gdy zostałem zaproszony do startowania do europarlamentu, zgodziłem się nie po to, żeby podporządkować się woli prezesa, lecz po to, by brać udział w kształtowaniu strategii tego obozu politycznego – mówi w rozmowie z dziennikiem „Polska The Times” Marek Migalski, usunięty z delegacji PiS do europarlamentu za publiczne krytykowanie Jarosława Kaczyńskiego.
Migalski przyznaje, że jego list otwarty, skierowany do prezesa PiS, miał być dzwonkiem alarmowym i przyczynkiem do debaty nad obecną strategią polityczną i medialną partii, a nie wytykaniem błędów Jarosława Kaczyńskiego.
Jak mówi, zdecydował się na taką formę komunikacji, bowiem nie udało mu się wcześniej spotkać z Jarosławem Kaczyńskim i porozmawiać z nim indywidualnie. Dodał, że o takie spotkanie poprosił, przez sekretarkę, we wrześniu ubiegłego roku.
– Od tego czasu nie udało mi się spotkać z prezesem. Ja nie zwykłem czatować przed drzwiami, czekałem na wezwanie od swego szefa i tego wezwania się nie doczekałem, wobec tego postanowiłem opublikować list w tej formie, która była krytykowana i ja rozumiem tę krytykę – przekonuje.
Jednak okazało się, że prezes PiS krytyki, nawet konstruktywnej nie lubi i zamiast wykorzystać jego wiedzę do tworzenia zaplecza politycznego partii, wolał się go pozbyć.
– Skończyło się jak w przypadku Dorna czy Zalewskiego. Coś na tym tracę, bardziej jednak chyba traci PiS i EKiR, które pozbywają się jednego ze swoich posłów – mówi Migalski w rozmowie z dziennikiem Polska The Times”.
Jednocześnie dodaje, że nie uważa, aby jego kontakty z prezesem PiS zostały definitywnie zerwane, bo jak powtarza, jego intencja nie było obrażenie Kaczyńskiego, natomiast nadal łączą ich wspólne cele i ideały. Zdecydowanie zaprzeczył, jakoby „wybierał się do innej partii".
Migalski podkreślił, że cieszy się iż w swoich poglądach nie jest odosobniony. Jego list podobał się Joannie Kluzik-Rostkowskiej i Pawłowi Poncyliuszowi oraz wielu innych posłów PiS. Niestety były to głównie gesty cichego poparcia.
– Mam pełną świadomość, że ja mogłem sobie na to pozwolić znacznie łatwiej niż wielu moich kolegów. Mam tylko czterdzieści lat, jestem wolny, mam zawód i przede mną jeszcze 4 lata kadencji w Parlamencie Europejskim – mówi Migalski.
Fakt usunięcia z delegacji PiS do europarlamentu nie wpłynie zasadniczo na jego obowiązki. Najprawdopodobniej nie zostanie usunięty z komisji, do których należy. Będzie robił to, co dotychczas, tyle że bez wsparcia partyjnych kolegów.
W czwartek Komitet Polityczny PiS – na wniosek prezydium delegacji partii w europarlamencie, Ryszarda Legutki i Tomasza Poręby– zdecydował o wykluczeniu Marka Migalskiego z grona członków delegacji PiS w PE.
– Zachowanie deputowanego Marka Migalskiego wskazywało wyraźnie, że jego priorytetem jest działalność na rzecz własnej kariery, a nie dobro Prawa i Sprawiedliwości. Podstawowym celem działań polityków PiS nie może być własny interes i popularność, zwłaszcza kiedy odbywa się to kosztem całej formacji politycznej – napisano.
Eurodeputowany zamieścił na swoim blogu oświadczenie, w którym napisał, że „nie złamał zasad, nie kierował się własnym dobrem, nie postępował egoistycznie”, a decyzję Komitetu Politycznego PiS przyjął z żalem i przykrością. Jego zdaniem, fakt usunięcia go powoduje zarówno osłabienie siły ECR i PiS w Parlamencie Europejskim, jak i pogorszenie jego możliwości wpływania na polityczną rzeczywistość.