Wiadomość została wysłana.
Dla Sebastiana G. miał to być biznes życia. Pierwsze karty kredytowe zaczął podrabiać w 2008 r. Miał wówczas 21 lat. Początkowo razem kilkoma kolegami przerabiali je, nanosząc na własne karty paski magnetyczne z wykradzionymi danymi. Te zaś znajdowali w internecie. Szybko jednak zorientowali się, że na wydruku po transakcji pojawiają dane prawdziwego posiadacza karty. Zmienili więc metody działania. Sebastian G. porozumiał się ze wspólnikiem i nakłonił go do zainwestowania sporych pieniędzy w specjalną maszynę. Urządzenie pozwalało na produkowanie kart magnetycznych. Wystarczyło tylko skopiować wzory z oryginałów i produkcja podróbek ruszyła pełną parą.
Początkowo w proceder zamieszanych było kilka osób. Sebastian G. wytwarzał dla nich karty z ich nazwiskiem i kradzionymi danymi. Tak uzbrojeni, „kupcy” szli na zakupy. Odwiedzali przede wszystkim centra handlowe, gdzie panuje duży ruch. Wiedzieli, że w ten sposób ryzyko wpadki jest niewielkie. – Kupowali przede wszystkim alkohol, papierosy i elektronikę, zwłaszcza tak popularną jak konsole do gier, laptopy, czy odtwarzacze mp3. Następnie towary trafiały do paserów za ok. połowę wartości. „Kupcy” dostawali od 10 do 20 proc. wartości towaru – opowiada prok. Wojciech Zdanowski, z warszawskiej prokuratury apelacyjnej.
Co ciekawe każdy „kupiec” musiał dostarczyć szefowi wydruk z transakcji. Chodziło o sprawdzenia, czy nikt nie okrada „firmy”.
Interes z kartami rozwijał się tak prężnie, że grupa rozszerzyła swoje działanie na całą Polskę. Duża część zysków trafiała do organizatora manufaktury podróbek. Ten pieniądze inwestował w zakupy kolejnych numerów kart kredytowych. – Za pakiet dziesięciu numerów płacił najczęściej ok. 1000 dolarów. Sprzedawała je nieustalona osoba, której wysyłano pieniądze przekazem do kilku krajów na całym świecie. Działało tylko 80 proc. kart, ale i tak zyski grupy były znaczne. Jedna przynosiła nawet do 15 tys. zł – mówi prok. Zdanowski.
W pewnym momencie Sebastian G. zatrudnił jednego ze swoich pomagierów jako ochroniarza. Jak mówił w śledztwie, bał się, że zainteresują się nim jakieś gangi. Te jednak najwyraźniej nie wiedziały o dochodowym biznesie G. Okazuje się, że to sam organizator pozował na gangstera. Tak mówili o nim, niektórzy jego podwładni.
Przyczyną upadku grupy była zbytnia pazerność. W pewnym momencie w biznes karciany było zamieszanych ok. 20 osób. Grupa działała już niemal na skalę przemysłową. Fałszerzy namierzyli policjanci. W czasie zatrzymania Sebastiana G., w jego domu i samochodzie znaleziono podrobione karty i wyłudzone na nie towary. On sam przyznał się do wszystkiego już podczas pierwszego przesłuchania.
Akt oskarżenia w tej sprawie trafił właśnie do warszawskiego sądu okręgowego. Za podrabianie kart kredytowych, Sebastianowi G. grozi od 5 do 25 lat więzienia.