– Decyzja o startowaniu w wyborach wymaga ode mnie odwagi, ale myślę, że to jest w jakimś sensie konieczność – powiedział senator Krzysztof Piesiewicz. W wywiadzie dla tygodnika „Wprost” ujawnia także rolę zatrzymanego niedawno Krzysztofa W. w tzw. sprawie Piesiewicza.
– Jestem starszy o doświadczenie podłości, jaka mnie nigdy wcześniej nie spotkała – powiedział Krzysztof Piesiewicz. Zastanawiając się, czy startować w wyborach parlamentarnych, senator dodaje:
– Pytanie jest inne: czy można poddać się takiej podłości?
Piesiewicz powiedział, że nie będzie odpowiadać na żadne ataki pojawiające się w kampanii i podda się decyzji wyborców.
– Ludzie doskonale wiedzą, pomimo tego incydentu, że ich nigdy nie zawiodłem. Doskonale wiedzą, że do mnie nie przylepiają się żadne kombinacje, mętne interesy, dziwne spółki, tzw. układy – podkreślił.
W rozmowie z redaktorem naczelnym „Wprost” Tomaszem Lisem Piesiewicz mówi też o związkach tajemniczego Krzysztofa W. ze sprawą szantażu, jakiego senator padł ofiarą. Według senatora w październiku 2009 r., pół roku po umorzeniu śledztwa wobec sprawców prowokacji, do jego biura zgłosił się Krzysztof W. z ważnymi, jak twierdził, informacjami.
Doszło do spotkania, podczas którego była mowa o możliwości publikacji filmów kompromitujących senatora. Krzysztof W. powiedział wtedy, że „ma sprawy o niepłacenie jakiś podatków, akcyzy na 800 tys.”, ale wprost nie zażądał pieniędzy.
Jak powiedział Piesiewicz, 30 czerwca 2011 roku Krzysztof W. został zatrzymany na lotnisku w Balicach w związku z przemytem miliona paczek papierosów. W mieszkaniu W. znaleziono „istotne dokumenty na różne osoby z najwyższej półki życia publicznego”. W czasie rewizji związanej z tą sprawą znaleziono broń. A na pierwszej rozprawie dotyczącej aresztowania W. miał oświadczyć, że jest pracownikiem służb specjalnych i rozprawę utajniono.