Film o miłości, bolesnej polskiej historii, opowiedziany w sposób bezkompromisowy i minimalistyczny w formie, świetnie zagrany. Wojciech Smarzowski pokazuje ludzi, którzy zabiegając o odrobinę szczęścia, walczą ze skumulowanym przez wojnę złem.
Agata Kulesza i Marcin Dorociński w „Róży” (fot. Monolith)
Akcja filmu rozgrywa się na Mazurach w latach 1945-46, czyli na tzw. Ziemiach Odzyskanych. W pamięć polskich widzów najmocniej wryła się trylogia o perypetiach przesiedleńców zza Buga, Kargulach i Pawlakach, w reż. Sylwestra Chęcińskiego. Prawda o tamtych latach była jednak zupełnie inna. Nie było to radosne przejmowanie „ziemi niczyjej”, a brutalne wysiedlanie tych, którzy żyli tam od wieków. O historii Mazurów, bo o nich mowa, przez lata wstydliwie milczano.
On, Tadeusz (Marcin Dorociński), jest byłym żołnierzem AK. Walczył w Powstaniu Warszawskim. Na jego oczach niemieccy żołnierze zgwałcili i brutalnie zamordowali jego żonę. Tadeusz po upadku powstania wędruje na Mazury. Chce odnaleźć wdowę po niemieckim żołnierzu, który tuż przed śmiercią prosił go o przysługę. Dom wdowy wskazuje mu miejscowy pastor. Tak Tadeusz poznaje Różę (Agata Kulesza), pełną rezerwy i godności. Kobieta pozwala mu przenocować, za co Tadeusz odwdzięcza się rozminowaniem ziemniaczanego pola. Potem Tadeusz ratuje ją przed napadem rosyjskich maruderów. Zostaje w końcu, by ją chronić.
Róża jest Mazurką. Polacy uważają ją za Niemkę. Z kolei swoi potępili ją za to, że przez pewien czas stacjonowali w jej domu sowieccy żołnierze. Jest wyklęta i bezbronna. Wiele razy gwałcili ją Rosjanie. Tadeusz zaczyna się Różą opiekować, powoli oswajają się ze sobą.
Nad ich uczuciem, przyszłością, którą mogą razem zbudować, kładzie się cieniem choroba Róży i perspektywa jej przesiedlenia. Jest przecież Mazurką, czyli wobec budującej swą obecność na Ziemiach Odzyskanych polskiej władzy, Niemką i wrogiem. Okaleczonym przez wojnę ludziom-duchom dane więc będą tylko krótkie chwile szczęścia i spokoju.
Na drugim planie rozgrywa się tragedia przybyłego z Kresów małżeństwa (świetni Jacek Braciak i Kinga Preis), które zamiast krainy miodem i mlekiem płynącej, zastaje ziemię spaloną i okrutną.
Choć wojna się skończyła, ludzie nadal walczą o przetrwanie. Pionierskie czasy na dawnym pograniczu polsko-pruskim są bezwzględne. Nowa władza, wspierana przez przyjaciół Sowietów, rozprawia się brutalnie z tymi, którzy jej przeszkadzają – są nimi Mazurzy i wrogowie systemu, m.in. byli akowcy, tacy jak Tadeusz.
Rosyjscy żołnierze plądrują gospodarstwa, pija na umór i gwałcą kobiety. Nie oszczędzają przybyłych z Kresów Polaków, którzy zajmują gospodarstwa wysiedlonych z ojcowizny Mazurów.
Nic bohaterom filmu nie zostanie oszczędzone. Zło tropi ich wytrwale, by w końcu dopaść, choć parę razy wydaje się, że im się uda. Odrobina nadziei pojawia się dopiero w finale, który rozgrywa się w 1956 r.
Film zrobiony jest w klasyczny sposób. Przygaszonym kolorystycznie zdjęciom towarzyszy minimalistyczna, przejmująca muzyka Mikołaja Trzaski. Smarzowski pokazuje wojenną rzeczywistość bez znieczulenia, naturalistycznie. To świat, w którym wielu ludzi stało się bestiami. Na morzu zła jasnym światłem odbija się uczucie między Tadeuszem i Różą. Marcin Dorociński i Agata Kulesza zagrali świetne, przejmujące role. Dorociński miał o tyle trudne zadanie, że jego Tadeusz jest dobrym i bezkompromisowym człowiekiem, a dobro czasem w filmie trudno obronić. Udało się.
Nieznośne napięcie przecinane jest w filmie humorem, obyczajową, niezwykle celną obserwacją i delikatnymi, pełnymi uczucia scenami – to przecież film o miłości.
Historię powojennego romansu Smarzowski rozegrał mistrzowsko, po swojemu, bez fałszywych nut. To trzeba zobaczyć.
„Róża” , 2011, Polska, 94 min., reż. Wojciech Smarzowski, obsada:
Agata Kulesza, Marcin Dorociński, Kinga Preis, Jacek Braciak, Malwina Buss, Szymon Bobrowski, Edward Linde Lubaszenko, Eryk Lubos