hit
Klasycznie, trochę schematycznie, ale sprawnie i bardzo emocjonalnie opowiada Marcin Wrona w swoim debiutanckim filmie o spóźnionym przebudzeniu do życia pięściarza Igora. Dla Igora liczy się tylko boks – od niego wszystko się zaczyna i na nim się kończy. Zarośnięty rudy brutal koncentruje się tylko na sporcie. Samotność zawodowca po prostu.
Do czasu jednak. Okazuje się, że niezniszczalny z pozoru organizm Igora odmawia posłuszeństwa. Za dużo ciosów. Choroba przerywa dobrze rokującą karierę sportowca.
Igor jest wściekły na cały świat, chce się mścić. Trener zabrania mu się pokazywać w klubie, dopóki nie opanuje agresji.
Igor przechodzi wszystkie, podręcznikowe stadia psychologicznej reakcji pacjenta na wieść o śmiertelnej chorobie. Wściekłość, wyparcie, chęć autodestrukcji aż po pogodzenie się z losem i refleksję. Na początku pije, bije i uprawia seks z prostytutkami. Leczyć się nie chce – żyje
intensywnie i łapczywie. Potem zdaje sobie sprawę z pustki, jaka wokół niego przez lata narosła. Nie ma nikogo bliskiego, nikt za nim nie będzie płakał. Zdradził przyjaciela. Dziewczynie kazał usunąć ciążę. Pojawia się jednak szansa. Igor postanawia spłodzić potomka z przygodnie poznaną młodziutką Wietnamką. Proponuje jej układ – obywatelstwo za urodzenie dziecka. Nic nie jest jednak takie proste, jakim się na początku wydaje. Yen Ha wnosi do życia Igora swoją historie, nowe wydarzenia, nowych ludzi. Pojawia się zaczątek uczucia. Igor ma jednak coraz mniej czasu.
Wydaje się, że wszystko już było. Ale film ma tak wysoką temperaturę emocjonalną i jest tak dobrze zagrany, że klisze fabularne nie przeszkadzają. Precyzyjnie spleciona akcja prowadzi od brutalnych scen, w których umiera „stary Igor”, aż do pastelowych sekwencji łączących miłość z gorzką świadomością nieuchronności śmierci. Ciekawym zabiegiem jest połączenie dwojga „obcych” – wściekłego, wyalienowanego pięściarza i emigrantki z Wietnamu.
Nie byłoby tego filmu bez znakomitej, mocnej roli Eryka Lubosa (zdobywca ubiegłorocznej Narody im. Zbyszka Cybulskiego). On skupia na sobie całą uwagę. Jest wiarygodny, bardzo wyrazisty – wtedy gdy szaleje i wtedy, gdy łagodnieje pod wpływem uczucia. Przemianie bohatera towarzyszy zmiana stylu filmowania. Najpierw jest bardzo dynamicznie, jak w szalonym teledysku, potem zdjęcia zmieniają kolorystykę, rytm wyhamowuje, kamera podchodzi bliżej bohaterów, zagląda im w twarze.
Film jest zrealizowany pod włos, momentami finezyjny, momentami chropowaty. Baśń o złym wilku w jagnię zamienionym broni się mimo wszystko.
Chwała Marcinowi Wronie za jeszcze dwie rzeczy. Przede wszystkim zwrócił uwagę na problem emigrantów w Polsce. I zaangażował do roli trenera Marka Piotrowskiego, legendarnego już zawodnika, kick-boksera i boksera, zawodowego mistrza świata, który sukcesy zawodowe przypłacił ciężką choroba.
„Moja krew”, reż. Marcin Wrona, Polska, 2009 r., czas: 90 min., występują: Eryk Lubos, Luu De Ly, Wojciech Zieliński, Marek Piotrowski, Krzysztof Kolberger, Joann Pokojska, dystrybucja: Hagi